O facecie - któremu życie się UDAŁO
Andrzej Andrzejewski, bydgoszczanin od lat mieszkający w Gdyni, wodniak, płetwonurek i ratownik i wreszcie rzeczny (ale nie tylko) podróżnik.Autor kilku poczytnych opowiadań, w tym trzyczęściowej narracji z przeżytych wydarzeń pt. Moje Przestworza.
Następnie opis pierwszego zetknięcia z "prawdziwym" morzem na "prawdziwym" statku pt Między Lądami.
No i kilku ciekawych relacji z samotnych pontonowych wędrówek najdłuższymi rzekami Polski pt: Pontonem przez Polskę, oraz: Jak przemierzyłem Wartę.
Oto przedstawiam po kolei:
MOJE PRZESTWORZA
"Nie tylko na lądzie"
Andrzej Andrzejewski
MOJE PRZESTWORZA
Część
I
Nie tylko na lądzie
Wstęp
Parę słów tytułem wstępu do opisanej historii,
której nadałem tytuł Moje przestworza.
Jest
ona oparta na wydarzeniach autentycznych i dotyczy co ciekawszych epizodów
mojego życia, a że nie jest to życiorys, nie ma w niej wielu faktów godnych
szerszej relacji. Starałem się jednak zachować jakąś chronologię.
Brak
w nim szczegółowego opisu Wrocławia, zwłaszcza mojego Sępolna,
z którym związane są wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa. Nie
ma opisu Sępólna Krajeńskiego, w którym jako sześciolatek zacząłem chodzić
do szkoły. Prawie wcale nie opisałem rodzinnej Bydgoszczy. - Zrobił to
wcześniej za mnie niejaki Sulima Kamiński, w książce pt. Most
królowej Jadwigi, dając barwny obraz okolic mojej ulicy, miasta i jego
mieszkańców. Nie wspomniałem też o wspólnych rodzinnych wakacjach,
spędzanych przez kilka lat z rzędu na budowach wojskowych lotnisk, które
prowadził mój ojciec.
Natomiast
wypadałoby napomknąć o najbliższych: dzielnej matce - wieloletniej
nauczyciele wychowującej, w większości czasu samotnie, trójkę dzieci;
o ojcu - surowym, ale sprawiedliwym pełnym twardych zasad; młodszej
siostrze - chyba najroztropniejszej z rodzeństwa; no i najmłodszym
bracie, który pojawił się na świecie 9 lat po mnie ku utrapieniu
wszystkich. Zasługują oni na oddzielną, obszerną opowieść.
Ważny
powinien być również rozdział dotyczący dalszej rodziny, takiej jak na przykład
bracia mojej matki. Kilku z nich - znanych i szanowanych na Pomorzu
działaczy - zostało rozstrzelanych za polskość przez hitlerowców na początku
wojny. Inni tylko cudem uniknęli rozstrzelania tak, jak wuj Franciszek -
późniejszy proboszcz bydgoskiej fary. -Podobnie rzecz się miała w rodzinie
ojca.
Wszystkich
ich łączył gorący patriotyzm i zaangażowanie w sprawy dopiero co
odrodzonej Rzeczypospolitej. Za to należy im się hołd, nie tylko mój, ale też
następnych pokoleń.
Moja
historia to już czasy powojenne. Nie pamiętam ani okupacji, ani frontu
przetaczającego się przez Polskę. Wspomnienia sięgają czasu odbudowy kraju,
powolnej stabilizacji i etapów burzliwego przechodzenia od bezwzględnego,
krwawego komunizmu do dzisiejszej demokracji.
Zamiłowanie do wojska, które pojawiło się w
pewnym okresie - nie wykluczam, że zapisane w genach - nie miało nic
wspólnego z zapatrywaniami politycznymi. W tej kwestii, jak większość
żołnierzy zawodowych, miałem niezależne poglądy, na co w latach władzy
socjalistycznej nie patrzono przychylnie. Równie mocno jak wojsko miałem
zapisaną chęć szukania przygód. Muszę przyznać, że nie brakowało ich w życiu.
Ponadto, częściowo dzięki przemyślnemu zbiegowi okoliczności, a częściej
własnemu uporowi, udawało się realizować najbardziej nieziszczalne plany.
W moim przypadku sprawdziło się mądre powiedzenie: „chcieć, to móc”.
Tak
więc z rozbrykanego, zamiłowanego w wodzie dzieciaka dorosłem do
elitarnej grupy wojskowych płetwonurków, potem, jedynej w Polsce zawodowej
grupy ratowników helikopterowych, aż do etatu „wilka morskiego” na oceanicznych
statkach. Przeszedłem pełen ryzykownych przygód szlak, od podwodnych głębin do
chmur, a potem dalej, w morskie bezkresy.
Oto
moje przestworza...
1
Jest
2 września 2000 roku...
Gdybym
zaczął swoją opowieść od opisywania życia moich przodków pomieszkujących
jeszcze w grotach, być może byłoby przesadnym cofaniem się w głąb historii
- zresztą i tak nie znam jej w szczegółach. Natomiast poczynania
pradziadów z ostatnich trzech pokoleń, są mi już bardziej znane, a dzięki temu
warte odnotowania.
Bo
dajmy na to dziadek mojego ojca, mazowiecki szlachciura Ludwik Andrzejewski. Ścigany
carskim ukazem za powstańczą przeszłość, aby ratować głowę, na
przełomie XVIII i XIX wieku wyniósł się z Piotrkowa
Trybunalskiego na dalekie Pomorze, gdzie z typowym dla niepokornych a pełnych
inicjatywy patriotycznie nastawionych narwańców, wykupywał podbydgoskie wsie od
niemieckich bauerów - by potem osiedlać na nich polskich chłopów. Z kolei
jego syn - a mój dziadek, Florian - już jako zacny i szanowany
bydgoszczanin, wraz ze świtą jemu
podobnych, w 1919 roku witał legionowe oddziały generała Dowbor-Muśnickiego
na Starym Rynku ówczesnej stolicy Pomorza. Otóż wielkie to
i niewątpliwie historyczne wydarzenie wymagało poważnej inwestycji,
mianowicie, musiał w tym celu zakupić - koniecznie białego - konia,
przywdział mundur po trosze legionowy, po trosze husarski - bo wtedy, dalibóg
nikt naprawdę nie wiedział, jak taki mundur powinien wyglądać. Przytroczył do
boku ozdobą szablę i przepasany biało-czerwoną szarfą gotów był
manifestować przywiązanie Pomorza do Polski - nie tylko w Bydgoszczy, ale
i na uroczystościach patriotycznych w Warszawie.
Z
kolei mój pradziadek ze strony matki, w połowie XVIII wieku odbił
swoim handlowym galeonem od brzegów Holandii, by po wielu dniach żeglugi
wpłynąć na piękny - w porównaniu z obrzydliwym Morzem Północnym -
Bałtyk. Następnie poszukując kontrahentów, Wisłą zagłębił się w
słowiańską krainę, tak urzekającą, że już tu pozostał na zawsze, żeby
z biegiem lat stworzyć wielopokoleniowy ród Haneltów, wyróżniający się
niezwykłą szlachetnością i patriotyczną postawą.
To, że ja urodziłem się w 1943
roku, czyli w samym środku II wojny światowej, gdzieś
w Bieszczadach na terenie objętym krwawymi walkami partyzanckimi, nie
miało dużego wpływu na losy kraju, ani nawet na mój późniejszy życiorys.
Natomiast niewątpliwy wpływ miały twarde, awanturnicze - w najlepszym tego
słowa znaczeniu - charaktery moich rodziców, zwłaszcza ojca. Od 1941 roku oboje
działali w akowskiej partyzantce wojującej na Rzeszowszczyźnie. W rejonie,
na którym leśne oddziały Armii Krajowej mogły prowadzić akcje zaczepne wobec
okupanta najaktywniej, bez obaw, że represje z jego strony dotkną ludność
cywilną - przyczynę, która niejednokrotnie hamowała wiele działań partyzanckich
w głębi kraju. Podkarpacie bowiem było zamieszkałe przez Ukraińców, czyli
potencjalnych sprzymierzeńców wroga.
Droga
mojego ojca do „lasu” to historia zasługująca na osobną, pasjonującą, pełną dramatycznych
wydarzeń książkę. Droga inna od utartych wojennych szlaków żołnierza polskiego.
Winien mu jestem chociaż skrótowy opis, skoro sam nie zdążył tego zrobić.
Pierwszy
dzień wojny 1939 roku zastał 27-letniego Józefa Andrzejewskiego, kanoniera
artylerii przeciwlotniczej (od kilu lat zamieszkałego w Gdyni)
w oddziałach przygotowujących się do obrony Kępy Oksywskiej. Niestety,
potęga Wermachtu wraz ze swoją nieobliczalną agresją nie dawała obrońcom
Oksywia najmniejszych szans. Po 10 dniach, kiedy Gdynia i jej obrzeża
zostały zajęte przez Niemców, a spychane ku morzu w bezładnej walce
dywizje czuły już za plecami wodę Zatoki Gdańskiej oraz tragiczną
perspektywę rychłej niewoli, ojciec mój, nie mający już nic do stracenia, bez
kontaktu z oddziałem, nocą przedziera się samotnie przez linię frontu
i zaszywa w lasach otaczających od południa miasto. Później,
przebrany w cywilny zdobyczny uniform, w większości pieszo przemierza
ponad 200 kilometrową drogę do rodowej wsi pod Koronowem. Zaraz potem… niedaleka,
a równie mu bliska Bydgoszcz. Zatrzymuje się w rodzinnym domu na parę dni.
I tu, w gorącej głowie niepogodzonego z porażką żołnierza, rodzi się szaleńczy
pomysł - uciec do Rumunii gdzie, jak się spodziewa, czeka „tylko na niego” nie
rozbita w kampanii wrześniowej polska armia. Pomysł śmiały, ale mało
rozważny. Wie bowiem, że będzie musiał w pojedynkę przemierzyć, najbardziej
przygodnymi środkami lokomocji, kraj w całości zajęty przez wroga. Zamysł
niezrozumiały tym bardziej, że nikt go w zasadzie nie poszukuje
i nikt go nie ściga. Lecz oto znajduje towarzysza - dawnego przyjaciela
z gdyńskich bieżni, kiedy jeszcze wspólnie wyczynowo uprawiali
lekkoatletykę. Otóż po krótkiej naradzie, razem - na rowerach - ruszają na
południe. Jedynym niewątpliwym atutem w tej niebezpiecznej wyprawie jest
spryt, oraz… doskonała znajomość niemieckiego. - Między innymi tylko dlatego
zwariowany zamysł skończył się powodzeniem.
Po
wielu dniach pełnych przygód, docierają do Przełęczy Dukielskiej, lecz tu
niestety nie dopisuje im szczęście. Obaj wpadają w ręce słowackiej straży
granicznej. Po pertraktacjach, kiedy już jest pewność, że nie zostaną
potraktowani jako sojusznicy, a raczej oddani w ręce hitlerowców,
udaje się unieszkodliwić zaskoczoną obstawę, po czym podejmują desperacką
ucieczkę zakończoną sukcesem. Później - w towarzystwie nieodłącznego kolegi - ojciec szczęśliwie przechodzi granicę
węgierską, i tam, istotnie zastaje internowane polskie oddziały. Zgłasza się do
- jeszcze wówczas Brygady Pancernej - generała Maczka. Z tą jednostką,
ponownie jako żołnierz na pół regularnej armii, tajnymi drogami przez Włochy
dociera do Francji - niestety, podobnie jak Polska przed rokiem, wciągniętej w
wir wojny. Zatem dalszy ciąg batalii. Znowu walki i, znowu cofający się
front. Ojciec musiał wyróżniać się nie byle jaką odwagą, skoro na krótko przed
ogłoszeniem kapitulacji, jako jeden z niewielu zostaje przez samego
naczelnego dowódcę, gen. Maczka odznaczony Krzyżem Walecznych. - Jego
nazwisko odnajduję po latach, w książce p.t. Generał Maczek
w wykazie żołnierzy wyróżnionych za kampanię francuską.
Ale
na nic odwaga i poświęcenie. Armie rozbite, Francja podpisuje rozejm.
Młody podoficer, jak wielu przymusowo zdemobilizowanych żołnierzy, próbuje
wmieszać się we francuską społeczność. Zdradza go jednak brak znajomości
języka. Zatrzymany przez Niemców tłumaczy się polskim emigracyjnym pochodzeniem
jeszcze sprzed wojny. Pomogło o tyle, że zamiast do stalagu, zostaje
odtransportowany na roboty przymusowe w głąb Rzeszy i zatrudniony
w fabryce zbrojeniowej w Branschwiku.
Lecz
ani przez chwilę nie opuszcza go myśl o ucieczce. Przygotowuje się do niej
skrupulatnie, licząc nie tyle na własną błyskotliwość, ile na łut szczęścia. I
pewnego dnia wypełnia od dawna gotowy, ryzykowny plan - dokonuje spektakularnej
akcji sabotażowej, poczym korzystając z wywołanego zamieszania ulatania
się poza strzeżony teren. Wsiada do pociągu i przemierzając cały obszar
Trzeciej Rzeszy, przez Magdeburg, Berlin, Frankfurt n.Odrą, legitymując się
sfałszowanymi dokumentami, wraca do okupowanej Polski. Można więc sobie
wyobrazić, ile napięcia i niepewności przeżywał podczas nieustających
kontroli na szaleńczym szlaku. Powodzenie ucieczki nie byłoby jednak możliwe,
gdyby nie doskonałość języka, no i spreparowane poświadczenia. Na chwilę
pojawia się w rodzinnym domu w Bydgoszczy. Ma jednak świadomość, że
jest teraz poszukiwany przez gestapo i policję, toteż częściej niż w
rodzinnych pieleszach, ukrywa się w zaprzyjaźnionych, ale obcych domach.
Wreszcie z pomocą znajomego - o ironio - niemieckiego kolejarza,
schowany w parowozowej węglarce umyka do Warszawy. Spotyka tam starych
przyjaciół. A niebawem, za ich poręczeniem wstępuje do organizacji podziemnej -
wówczas jeszcze Związku Walki Zbrojnej - późniejszej Armii Krajowej. Składa
przysięgę przyjmując pseudonim „Maczek” - z sentymentu do dawnego dowódcy.
W tym samym czasie - również szczęśliwie przemycona - przyjeżdża do
Warszawy jego dziewczyna, już jako „osobista” narzeczona, późniejsza moja
matka.
4 listopada
1940 roku biorą cichy ślub w podmiejskim kościołku a pół roku później
razem wyjeżdżają do Jasła. - Ojciec, z zadaniem werbunku
i organizowania na tamtym terenie grup sabotażowo-dywersyjnych, matka jako
osoba wspierająca go duchowo. Przy tym podróż odbywa się pod pretekstem działalności
handlowej i jakoby poszukiwania pracy. Pod tym samym pretekstem we dwoje
jadą do Żmigrodu, maleńkiego polsko-ukraińsko-żydowskiego miasteczka. Po jako
takim zasymilowaniu, ojciec natychmiast przystępuje do wypełniania powierzonej
misji. I właśnie tam następuje istotne dla mnie wydarzenie.
5 stycznia 1943 roku przychodzę na świat jako pierworodny syn -
partyzanckie dziecko… mimo woli wmieszane w konspirację.
Natomiast
wiosną 44 roku, powstaje przeszkolona, odpowiednio uzbrojona i częściowo
umundurowana jednostka, podlegająca Drugiemu Pułkowi Strzelców Podhalańskich
krakowskiego okręgu Armii Krajowej.
Ojciec,
stary zaprawiony w bojach wiarus, w jej szeregach rozpoczyna aktywną,
zbrojną walkę z okupantem. Podejmuje ataki na konwoje, minuje tory, rozbraja
hitlerowskie posterunki. Znowu ma swój front.
Matka,
wychowując w tym czasie nieletnie dziecię, współpracuje z ukrycia
z „leśnymi”. Ale i jej zaczyna się w pewnym momencie palić grunt
pod nogami. Zdemaskowana, nagle nie ma wyboru, musi zostawić dziecko pod opieką
niańki, a sama przyłącza się do oddziału. W podniosłej atmosferze
składa uroczystą przysięgę i od teraz pod pseudonimem „Flis”, jako
formalny członek organizacji współuczestniczy w działaniu partyzanckich
oddziałów. Jest bliżej męża, ale - z dala od dziecka. Nic więc dziwnego,
że z niecierpliwą nadzieją oczekuje
nadejścia frontu, a zarazem wyzwolenia i zakończenia konspiracji
Był
styczeń 1945 roku, gdy ojciec wytoczył z lasu wóz, jeszcze do niedawna
„bojowy”, teraz zaprzęgnięty w dzielnego huculskiego konika, tworzył
całkiem dziarski podróżniczy tabor. Załadował nań żonę wraz z dzieckiem,
i wyruszył w daleką drogę na północ - z „wyzwolonych” Bieszczad
na rodzinne Pomorze.
Tak
zaczęła się kolejna odyseja młodych małżonków, a moja pierwsza wędrówka
przez Polskę. Bocznymi drogami, od wsi do wsi przez trzy tygodnie, owinięty
w piernaty przemierzałem kraj. Metą była Bydgoszcz. Lecz na miejscu miało
się okazać, że nie dla wszystkich z nas. Ojcem zaczęło interesować się UB
- rodzimy Urząd Bezpieczeństwa przejął rolę radzieckiego NKWD i teraz on,
równie gorliwie, ścigał nieujawnionych Akowców. W razie ujęcia, ojcu -
ofiarnemu żołnierzowi Polski Walczącej - groził taki sam los, jaki nieco
wcześniej spotkałby go z rąk gestapo. - Dla nowej Ludowej Władzy ciągle
był groźny. Musiał znowu uciekać. Zacierać ślady, ukrywać się, kluczyć. Już nie
przed Niemcami, teraz przed swoimi.
Matce
jakoś dano spokój. Ojciec gehennę pościgów i ucieczek musiał przeżywać
dalej.
Nie
potrafię odtworzyć trasy jego tajnych eskapad. Wiem, że był Gdańsk, Jarosław,
Kraków …jakieś niewielkie mieściny, w których chociaż na chwilę mógł czuć
się bezpieczniej.
Był
wreszcie Wrocław. Wśród zbieraniny uciekinierów ze wszystkich stron Polski, tam
na dłużej można było stać się niewidzialnym. Zdobył mieszkanie, a zaraz
potem ściągnął stęsknioną rodzinę. Już liczniejszą, albowiem w maju
1945 roku urodziła się moja siostra.
Z nostalgią
wspominam okres spędzony, jak na tamte czasy, w luksusie. Piętrowe
mieszkanko z ogródkiem, oraz skwerkiem przed frontowymi drzwiami
w willowej części wrocławskiego Sępolna.
Szczęście
niestety nie trwało długo. Upiór
bezpieki ponownie zajrzał w oczy. Trzeba było czym prędzej zwijać manatki
i szukać innego ukrycia. Tym razem miejscem postoju stało się Sępólno
Krajeńskie. - Pomorska zapadła mieścina (jeszcze wtedy oświetlana gazem), położona za to wśród przepięknych,
malowniczych jezior.
Zamieszkaliśmy
w obskurnym baraku, ale szczęśliwi, bo w rodzinnym komplecie.
Po
roku niewygód los pozwolił nam wrócić do Bydgoszczy, do domu dziadków. Groźba
aresztowania, ciągle wisząca nad ojcem, wydawała się jednak już mniej realna
bo, albo zmieniły się czasy, albo rodzice przywykli do ciągłego lęku.
Z całą
swobodą - chociaż jeszcze niezupełnie - można było odetchnąć dopiero po
56 roku. Był to okres, kiedy komunizm złagodniał. Więzienia zaczęli
opuszczać ludzie złamani psychicznie i fizycznie, ludzie-wraki. Ci sami,
którzy poświęcali życie w walce z okupantem, a którym zabrakło
szczęścia, by uniknąć tak zwanej „socjalistycznej sprawiedliwości”.
2
Przeprowadzka
rodziców z krajeńskiej prowincji do Bydgoszczy w 50-tym roku, od pierwszego
dnia zetknęła mnie z życiem całkowicie odmiennym. W miejsce wrocławskich,
cichych, otoczonych parkami willi, potem małomiasteczkowej sępoleńskicj
zapyziałości - innego krajobrazu dotąd nie znałem - naraz przyszło zamieszkać w
dziadkowej czteropiętrowej kamienicy w samym centrum ciasno zabudowanego
wielkomiejskiego molocha. Z trudem przyzwyczajałem się do nowych warunków,
gdzie zgiełk, hałas i uliczny ruch od początku budził przerażenie. Jedno co
mogło się podobać to właśnie dom dziadków. Usytuowany na rogu ulic Królowej
Jadwigi i Garbary w zasadzie nie różnił się od sąsiadujących z nim 3-4
piętrowych kamienic, pełnych wież, wieżyczek, wykuszów i innych cudacznych
ozdób. A jednak wyróżniało go coś, czym nie mogła pochwalić się żadna z
bydgoskich kamienic. Mianowicie: na zwieńczeniu frontowej elewacji stała
podparta wysuniętym cokołem naturalnej wielkości cementowa figura
kościuszkowskiego kosyniera, w sukmanie, czerwonej rogatywce i wielką kosą
ustawioną na sztorc. Pod nią, w okrągłym okienku, popiersie samego Kościuszki -
co dziwne, owa na wskroś Polska dekoracja, a jednocześnie dziadkowa duma,
jakimś cudem przetrwała w nienaruszonym stanie okupację, kiedy to
najdrobniejsze symbole polskości były brutalnie niszczone.
Wśród tych cieszących
oko i zatrważających nowości przede wszystkim, jako siedmiolatek, musiałem
nauczyć się specyficznej bydgoskiej polszczyzny. O ile w domu dbano o
poprawność języka, to w szkole i na ulicy obowiązywał swoisty
polsko-niemiecko-pomorski żargon. Z trudem na przykład odgadywałem podaną
godzinę, gdy zamiast powiedzieć: za piętnaście druga, informowano: jest
„kwadrans na drugą”. Albo: wpół do trzeciej - po bydgosku brzmiała:
„półczecia”. No a jak zrozumieć, co to jest trygiel? A to po prostu garnek.
Jako że moja ulica mieściła się nie daleko dworca, wobec tego w sąsiedztwie
zamieszkiwali głównie baniarze - czyli pracownicy kolei. Toteż bezustannie
obracałem się wśród: wichajstrów, bremz i dinksów. Od teraz: śnieg odgarniałem
nie łopatą, a szypą. Opowiadałem zamiast dowcipów, wyce. Nos wycierałem
szneptuchem a zakupy dostawałem w tytce. Z czasem, pobrawszy nauki - ku
rozpaczy matki - zacząłem posługiwać się takim językiem jak swoim. Mijały lata,
a ja, jakoś bez oporów wrastałem w tą
szczególną atmosferę pomorskiego miasta, w którym Niemcy, gospodarząc przez
dziesięciolecia pozostawili po sobie długotrwałe piętno.
Moje
dzieciństwo, podobnie jak dzieciństwo wielu chłopaków w wieku 10-12 lat,
w powojennej Bydgoszczy przebiegało aż nadto burzliwie. Pełne przewinień,
wykroczeń, grzechów i grzeszków. To, że nie doprowadzały one rodziców do
trwałego rozstroju nerwowego, można przypisać tylko niezwykłej dobroci Stwórcy.
Spośród przewinień grzechem głównym były chociażby samowolne wycieczki za
miasto, gdzie okoliczne lasy usiane niezliczoną ilością niewypałów,
a nawet całych magazynów uzbrojenia, kusiły niezwykłym atrakcjami.
Zbierane jak grzyby pozostałości po działaniach frontowych, w wyniku mniej
lub bardziej skomplikowanych zabiegów dawały wspaniałe efekty akustyczno-świetlne.
Nie wiem skąd brała się w nas wiedza o działaniu materiałów
wybuchowych, bo chyba tylko łaskawa opatrzność sprawiała, że pomimo zakazanych
zabaw, szczęśliwie jakoś nie ubywało - po dokładnym przeliczeniu - ani rąk, ani
nóg, ani nawet palców u dłoni.
A ile
frajdy przysparzały kategorycznie zabronione zabawy w Brdzie - sporej
rzece przepływającej przez Bydgoszcz. Ukrywanie się w krzakach przed
milicją wodną i wskakiwanie do wody z chwilą odpłynięcia patrolującej
motorówki.
Niesłychaną
atrakcją była też kąpiel w „korytku” - półlegalnym „aqupraku” dla
dzieciarni zamieszkującej okolice dworca kolejowego.
Woda
z pobliskiej elektrowni chłodząca turbiny, odprowadzana do rzeki betonową
niecką o dość dużym nachyleniu, dawała okazję do uprawiania tzw. sportów
ekstremalnych. Wśród spragnionych kąpieli, albo raczej żądnych emocji smarkaczy
bohaterem był ten, kto dawał się ponieść rwącemu nurtowi od samego wylotu,
czyli maksymalnej wysokości, i zaliczył szereg stromych progów-kaskad
wyhamowujących prąd wody. Taka przejażdżka o dystansie około
150 metrów kończyła się na kracie oddzielającej od koryta rzeki. Efektem
imprezy, poza napływem adrenaliny, była zdarta skóra, potłuczone nogi, zbity
tyłek i podarte gatki, ale i prestiż wśród chłopaków. Oczywiście, liczyli
się tylko ci, którzy zaliczali na zadkach całą długość kaskady. Lecz najwięcej
odwagi wymagało przyznanie się do wyczynu... w domu. A tam niestety
nigdy nie doceniano ani wyczynu, ani tym bardziej prestiżu.
Zimą
uprawialiśmy sporty zimowe: albo na sankach, albo na łyżwach. Nart generalnie
nie było, były za to liczne kanały, które zaraz po zamarznięciu należało
natychmiast sforsować. Jeśli za pierwszym, drugim, trzecim razem udawało się na
sucho, to za którymś z kolei, musiało się nie udać. Potem był powrót do
domu w przemoczonym ubraniu - ale jak zrobić, żeby nie zastać w tym
czasie ojca!?
Owe
łobuzerskie „zajęcia pozaszkolne” na ogół nie uchodziły płazem. Lecz nie była
im w stanie zapobiec żadna przestroga ani najbardziej surowa tzw.
rodzicielska kuratela. Wszystkiego trzeba było doświadczyć na własnej skórze.
Z
czasem, po latach szczeniackich wybryków, których nie da się zliczyć, gdy zmieniłem
nieco zainteresowania, zaczęły mnie przyciągać inne zajęcia.
Całemu mojemu dzieciństwu towarzyszył
unoszący się nad miastem w pogodne dni ryk rozgrzewanych silników
samolotowych, jako że niecałe 5 km od domu, na miejscowym lotnisku
stacjonował pułk lotnictwa szturmowego. Toteż w każdej wolnej chwili
urywałem się z domu, by obserwować starty i lądowania bojowych
„Iłów” - w późniejszych latach
odrzutowych „Limów”. W dniach, gdy odbywały się skoki spadochronowe,
z zapartym tchem wlepiałem wzrok w punkcik, który odrywał się od
dwupłatowego „CSS-a”. Czekałem: otworzy spadochron, czy nie? - Zwykle otwierał.
Pobudzona wyobraźnia nie pozwalała często zasnąć. Widziałem siebie, jak nie za
sterami samolotu to pod spadochronem. Koniecznie w powietrzu.
Niemal
w tym samym czasie moją nadmiernie rozbudzoną fantazję zaczęło męczyć coś
innego. Przestałem być już podwórkowym Indianinem, i chociaż niełatwo było
rozstać się ze stanowiskiem „wodza Delawarów”, to pozostało hersztowanie
bandzie z sąsiedniej ulicy. Lecz i to w końcu przestało bawić. -
Harcerstwo do którego wstąpiłem z entuzjazmem, po wspaniałym chwilowym odrodzeniu
w 56 roku, stawało się powoli harcerstwem masowym, sterowanym
i wyprowadzanym na drogę socjalistyczną, czyli „ideologicznie słuszną”.
Tym samym jego atrakcyjność spadła do zera.
Natomiast
ponownie zaczęła przyciągać woda.
Bydgoszcz
jest jednym z niewielu miast w Polsce, gdzie każda linia autobusowa
czy tramwajowa kończy się nad jakimś wodnym zbiornikiem. Taki stan rzeczy nie
mógł pozostać bez wpływu na młodego człowieka pełnego niezwyczajnych pomysłów,
ponadto, jako były Indianin musiałem umieć pływać. Z wodą byłem więc
w miarę obyty, toteż nie wystarczyło już pokonywanie dystansów
w Brdzie i zabawy w chowanego z milicją. Nurtowała
ciekawość: co kryje pod swoją pomarszczoną, nieprzejrzystą dla gołego oka
powierzchnią, niedostępna toń.
Któregoś
dnia z pierwszą w życiu maseczką, rurką i płetwami wybrałem się
nad godną zainteresowania sadzawkę - było to rozległe bajoro w centrum miasta.
Czarna tajemnicza topiel, według moich wyobrażeń powinna kryć nieprzebrane
skarby. Niestety, rozczarowanie okazało się ogromne. Zanurzyłem głowę, potem
nawet resztę tułowia i, nie dostrzegłem żadnych skarbów. Mało! Nie
dostrzegłem dna ani własnych dłoni tuż przed szybką maski. Widoczność nie
przekraczała bowiem kilkunastu centymetrów. I wydaje się dziwne, ale ów brak
przejrzystości w tym niewielkim stawie wywoła aż tak bolesny zawód,
a nawet zniechęcenie do wszelkiego nurkowania. Byłem przecież przekonany,
że będę pierwszym, który dotrze do zatopionych i jeszcze nie odkrytych tam cenności.
Kto
wie, czy po owym dotkliwym rozczarowaniu nie stałbym się obojętny na magię
głębin, gdyby nie poczciwa, kochana ciotka, którą tylekroć odwiedzałem
w rodzinnej, podbydgoskiej wsi Salno.
Któregoś
lata podczas kolejnych saleńskich odwiedzin, patrząc na sypiący się wąs uznała
mnie za dorosłego na tyle, by ujawnić skrzętnie skrywaną dotąd tajemnicę. Otóż około kilometra od wsi -
opowiadała - w lesie są ukryte dwa jeziora. Sam las też chowa się
w rozległej kotlinie pomiędzy polami tak, że nie widać go nawet z bliska.
- I podobno jest tam bardzo ładnie…
Pierwszy raz usłyszałem o lesie, a tym
bardziej o jeziorach w Salnie, dlatego słuchałem ze zdziwieniem. - Wcześniej
fakt ten podlegał zatajeniu prawdopodobnie z uwagi na moje bezpieczeństwo.
- Teraz ciotka barwnie opisywała uroki tamtego miejsca.
Okolice
Salna zawsze wydawały mi się monotonne i nieciekawe. Otoczone prawie
bezdrzewną, zaoraną równiną, w której poza gospodarstwami wsi nie widziało się
żadnych innych zabudowań, wprawiała raczej w melancholię niż oczarowanie. Jedynie
dawna rodowa posiadłość w tym lichym krajobrazie mogła imponować. Niegdyś
okazała, bogata, otoczona parkowym ogrodem, bez wątpienia świadczyła o
szczególnej pozycji jej gospodarzy. Lecz od pewnego okresu z roku na
rok popadając w coraz większą ruinę nie dawała nadziei na powrót do
minionego splendoru.
Żal mi było dawnej wspaniałości walącego się
teraz majątku, lecz poznawszy niespodziewanie atrakcyjny sekret, odzyskałem
dobry nastrój. Nie słuchając zawiłych objaśnień, z miejsca postanowiłem
ruszyć na poszukiwanie owej „krainy czarów”.
Droga
wiodła przez wieś, po czym ginęła w głębi krętego, porosłego gęstwiną
nieprzebytych chaszczy, jaru. Ten w miarę schodzenia stawał się coraz
głębszy, mroczniejszy i coraz bardziej tajemniczy - w mojej
indiańskiej duszy prawie Kanion Kolorado. Chłonąłem pełną dzikości przyrodę
tonącą w ciszy i atmosferze zupełnego odludzia. Nagle, za kolejnym
zakrętem, w prześwicie krzewiastej dżungli rozwarła się przestrzeń. Stanąłem
i wlepiwszy wzrok jak w teatralną scenę, nie mogłem nabrać oddechu. Drogę
zamykała lazurowa, idealnie gładka tafla jeziora. Wrażenie oszałamiające. To
nie była taka sobie tafla, to autentyczny szmaragd, w którym odbijał się
gęsty świerkowy las. Sceneria istotnie jak z bajki, a porównanie ze
smętkiem pejzażu parędziesiąt metrów wyżej, wywołało tym większe oszołomienie -
Tylko raz w życiu, wiele lat później, przeżyłem podobne oczarowanie
w Tatrach.
Przejęty
podszedłem do brzegu. Kryształowo czysta woda pozwalała zajrzeć kilkadziesiąt
centymetrów w głąb, gdzie dno bogate roślinnością i wielobarwnym
życiem, nęcąco zapraszało do odwiedzin - do całkowicie odmiennego świata. Już
wiedziałem: od teraz, jezioro będzie moje! Że prędzej czy później muszę je
przejrzeć wzdłuż, w szerz, no i oczywiście… w dół. Nie mniej czarowne
okazało się sąsiednie jezioro. Nieco mniejsze, lecz również ukryte
w głębokiej kotlinie, której stoki dookoła szczelnie porastał gęsty
świerkowy bór, a promieniu kilometra, poza samotną leśniczówką, ani
jednego zabudowania. Wokół zielony mrok gęstwin, spokój i ta błękitna,
przezroczysta toń. - Być może niewyobrażalne, ale jeszcze niecałe pół wieku
temu istniały w Polsce takie uroczyska. Już ich nie ma.
Od
tamtego lata wszystkie wakacyjne biwaki spędzałem w tym miejscu. Na
zagubionej między drzewami polanie, w pobliżu brzegu rozbijałem pałatkowy
namiot i po jako takim zagospodarowaniu, na długie godziny wchodziłem do wody
uzbrojony w sprzęt ABC czyli: maskę, rurkę (tzw. chrapy) i płetwy.
Początkowo tylko podglądałem podwodne życie - jakże inne od znanego na powierzchni.
Zafascynowany obserwowałem barwny świat rybiego drobiazgu. Wśród lobelii
i innych mniej znanych wodorostów, przyglądałem się szczupakom, które
zaczajone między łodygami trzcin, nagle atakowały rybkę mającą nieszczęście
odpłynąć od stada.
Na
niewielkiej głębokości woda była ciepła i kryształowo przezroczysta,
a życie w jaskrawym słońcu mieniło się pełnymi kolorami. Lecz głębia
wciągała bardziej. Może mniej bogata i kolorowa, ale kusząca swoją
tajemniczą niedostępnością. Tam należało zanurkować! I tam już spotykałem „prawdziwe”
ryby: sporych rozmiarów szczupaki, znieruchomiałe - pełne przeświadczenia
o swoim królewskim immunitecie. Drzemiącego na dnie węgorza lub
zagrzebanego w mule lina.
Siłą
rzeczy zwyciężyła atawistyczna natura myśliwego. Zacząłem przyjeżdżać
z harpunem - był to własnoręcznie wykonany oścień, z pojedynczym
grotem zaopatrzonym w zadziory. Wciągnęła mnie łowiecka przygoda. Po ponad
godzinnym polowaniu wychodziłem na brzeg zmarznięty, roztrzęsiony z zimna,
ale w pełni chwały - z dwoma, albo i więcej, rybami nawleczonymi
na drucianą agrafę. - Muszę nadmienić, że w latach 50-tych nikt nie
traktował tego rodzaju łowów jak kłusownictwa. Nie były żadnym przestępstwem.
Po prostu, niewinną zabawą. A przy okazji darmowym jedzeniem, które czasem
udawało się przehandlować.
Trudno
jednak zostać łowcą, mając najprostszy z możliwych ekwipunek. Do tego ten
prymitywny szpikulec jako sprzęt myśliwski, i... najmniejszego doświadczenia.
Toteż dopiero musiałem się uczyć: poprawnych zanurzeń, wstrzymywania oddechu na
dłużej niż minutę, a potem… jak radzić
sobie z ciśnieniem wody.
Na
głębokości 4 metrów napór na błonę bębenkową uszu staje się tak dotkliwy,
że ciemnieje w oczach z bólu. - W tamtych czasach maseczki nie
miały elastycznego wgłębienia do zaciskania nosa, więc z bólem musiałem
walczyć różnymi sposobami. No, a jak walczyć z chłodem? Na to już nie
było sposobu, gdyż dla takich amatorów jak ja, skafander ciągle był czymś
nieznanym.
Mimo
to polowania stawały się coraz bardziej owocne. Wystarczyło znurkować do
głębokości, na której obraz dna widziany z powierzchni już się zacierał.
Następnie, płynąc pomaleńku, wypatrywać ryby. Bywało, że nagle napływało stado,
lecz nim zdecydowałem się na atak, znikało w głębi. Dopiero po kilkunastu
próbach potrafiłem ruszać w pościg. Gdy jakiś spóźnialski znalazł się
w zasięgu ościenia, istniała szansa, że zostanie trafiony. Zatem ukoronowaniem
pościgu coraz częściej była zdobycz. - Po latach, gdy posługiwałem się kuszą,
umiejętność polowania harpunem gdzieś zanikła bezpowrotnie. Póki co, łatwiej mi
było trafić szczupaka. Wprawdzie trudniejszego do wypatrzenia wśród trzcin, ale
nadmiernie ufny w swoją nietykalność, pozwalał się podejść zupełnie blisko
- najczęściej zbyt blisko. Z kolei węgorz - dostrzegalny jedynie wtedy,
gdy żerował - był nie do upolowania pojedynczym grotem.
Podwodne
łowy, poznawanie coraz to innych akwenów, pokonywanie coraz większych
głębokości stało się moją pasją. Niestety, malała ona wraz z nadejściem
jesiennych chłodów i spadkiem wodnych temperatur. W tym momencie na
powrót odzywała się tęsknota za lataniem.
3
Tak
nadszedł czas realizacji podniebnych marzeń. Pewnego dnia, zdecydowany,
zaszedłem do siedziby bydgoskiego aeroklubu z postanowieniem: zapisuję się na
kurs szybowcowy! - wszak od dawna marzyło i się latanie! O dziwo nie było
problemu, bo zawsze przychylnie patrzy się na kadrę przyszłych lotników, lecz
podstawowy warunek jaki przedstawiono na wstępie, to przejście trudnych badań
lekarskich - oczywiście zaliczonych pozytywnie. Po tygodniu, zaopatrzony
w skierowanie oraz bilet wsiadłem z grupą takich jak ja napaleńców,
do pociągu mającego nas dowieść do wrocławskiego GOBL-u - bo tylko Główny
Ośrodek Badań Lotniczo-Lekarskich miał prawo wystawiać świadectwo zdrowia
lotnikom.
W drodze,
siedząc w zatłoczonym przedziale z wypiekami na twarzy chłonąłem opowieści
starych szybowników, którzy jechali na swoje coroczne badania okresowe.
Widziałem wtedy siebie wraz z nimi w chmurach, szybującego gdzieś hen
wysoko, z dala do wszystkiego co ziemskie.
Rano
pociąg stanął na wrocławskim dworcu. Jak
zawsze podczas odwiedzin nadodrzańskiej metropolii, z niezwykłą siłą odżyły
wspomnienia z dzieciństwa. Z Wrocławiem bowiem wiązały się moje
pierwsze świadome przeżycia: dom na Sępolnie, pierwsze przedszkole, samodzielne
wyprawy w nieznane, zabawy nad Odrą i w grożących zawaleniem
murach powojennych ruin. Wszystko to zostawiło trwały odcisk w rozrzewnionej
duszy i sprawiało, że do Wrocławia odnosiłem się z jakimś szczególnym
sentymentem. Lecz tym razem, oprócz sentymentu, czekały mnie inne doznania -
poważniejsze.
Badania
w ośrodku zaczynaliśmy od rana. Na początek, dzień poświęcony testom
psychologicznym. Szybko miało się okazać, że jest to trudny, wyczerpujący
sprawdzian, toteż zrozumiałe, że wywoływał wśród nas niekłamane emocje. Lecz kto
przeszedł je pozytywnie, miał prawo do następnej części - tzw. badań ogólnych.
Pierwszy
etap pokonałem bez problemu. Teraz czekał mnie sprawdzian zdrowotny -
w moim przekonaniu zwykła formalność, a tu... dramat! Wszyscy
„zaliczani” kolejno specjaliści wpisywali wyniki nie mając zastrzeżeń dopóki
nie trafiłem do laryngologa. Ten, gdy zajrzał do nosa, zaczął wydziwiać,
a cmokać, a przewracać oczami, w końcu orzekł: skrzywienie
przegrody. A człowiek z krzywą
przegrodą nosa nie może być lotnikiem! - Decyzja kategoryczna
i bezwzględna. W jednej chwili rozpłynął się sen o lataniu.
W tamtym momencie wydawało mi się, że to koniec życia. Mało! Koniec
świata! Naraz przekląłem dzień, w którym uznałem, że najlepszą sportową
dyscypliną do uprawiania jest boks. - Przez ostatnie trzy lata wyczynowo
wojowałem na ringu, z różnym powodzeniem, a to musiało zostawić
ślady. I widocznie szło mi kiepsko, skoro pozwoliłem sobie rozbić tak ważną
część twarzy. Więc na dno piekła wysyłałem trenerów i tych, którzy mi ten
nos połamali. - Później jeszcze przez rok uprawiałem wyczynowo boksowanie,
zanim z powodu nieszczęsnego nosa lekarze przestali mnie dopuszczać do
dalszych walk.
Na
razie przeżywałem największą tragedię życia. Nawet nie pocieszało, że takich
jak ja nieszczęśników była połowa mojej grupy, równie załamanych i tak samo
przypisujących winę wszystkiemu, tylko nie sobie. W rozpaczy znalazło się jednak
coś, co w pewnym stopniu osłodziło gorycz nieszczęścia - z krzywym
nosem mogłem być spadochroniarzem. Tak, częściowo pocieszony, z odpowiednim
glejtem w kieszeni wracałem do Bydgoszczy - niestety, już jako człowiek
drugiej kategorii!!!
Może
właśnie dzięki owemu przeświadczeniu wiosną 60 roku z tym większym
zapałem rozpocząłem teoretyczne zajęcia spadochronowe. I od teraz, przyszło mi
godzić (acz z trudem) naukę w szkole średniej, treningi
i spadochroniarstwo. - To ostatnie wychodziło jakoś najlepiej.
Wraz
z wiosennymi wypogodzeniami, jako zaawansowani adepci przeszliśmy
z sal wykładowych bliżej lotniska, do ogródków ćwiczeń, by tam, posługując
się najrozmaitszymi przyrządami nabierać nawyków prawidłowego zachowania
zarówno w powietrzu jak i podczas lądowania. Wszystko łatwe
i proste, aż do pierwszego wejścia na wieżę spadochronową - na spotkanie
z rzeczywistą wysokością.
Niby
tylko 30 metrów, a ile strachu. Nawet późniejsze skoki
z samolotu nie sprawiały tyle emocji, co to pierwsze zmierzenie się
z naturalnym lękiem. Odległość dziesięciu pięter do ziemi jest tak przeraźliwa, tak wystarczająca żeby
się zabić, że paraliżuje nie tylko ruchy, ale i myślenie. A przecież
należało w tę przestrzeń skoczyć. - To nic, że nad głową wisiało
rozpostarte, usztywnione nylonowe płótno uwiązane dodatkowo do liny
z przeciwwagą. Około trzech metrów należało spaść lotem swobodnym zanim
zadziałały zabezpieczenia. Potem powolne opadanie dawało czas na relaks. Taki
był pierwszy raz. Następne skoki nie przysparzały już podobnych emocji. Zaczęło
się nawet podobać.
Dalszy
ciąg szkolenia przewidywał zajęcia w spadochroniarni. A po nich
dopiero, start do pierwszego skoku z samolotu. Wreszcie nadszedł ten
niecierpliwie oczekiwany dzień. Pewnego pogodnego wiosennego popołudnia wraz
z grupą straceńców stanąłem na płycie lotniska, oko w oko
z ryczącymi silnikami „Li 2”.
Po
krótkim instruktażu, należycie wyekwipowany, pouczony i… nieco pobladły, na
drżących nogach zajmowałem miejsce w ładowni poczciwej „Lidki”. Kiedy
samolot ruszył do rozbiegu, wiedziałem, że nadeszło to, co musiało nadejść.
Przez skórę wtedy przelatuje dreszcz, a zniewalające podniecenie nie ma nic
wspólnego z radosną euforią. Wpiąwszy linki desantowe do pręta pod sufitem,
oczekiwaliśmy już tylko na otwarcie drzwi i sygnał do wyskoku. Wreszcie,
zielone światło nad kabiną, krzyk instruktora i... otchłań! Kilkusekundowa
przerwa w życiorysie. Dopiero brutalne szarpnięcie uświadamia, że jestem
znowu wśród żywych. Nade mną biała czasza otwartego spadochronu i, zaskakująca
cisza. Obawa o wytrzymałość linek i klamer uprzęży mija po minucie. Nareszcie
można się rozejrzeć. Nieopodal, osiem kukiełek zawieszonych pod białymi
parasolami. Pod nogami, sześćset metrów niżej, przepiękna panorama Bydgoszczy:
ciasne, pocięte ulicami skupiska domów, zwichrowana wstęga Brdy i gdzieniegdzie
plamy parków z kościelnymi iglicami, a wszystko w otoczeniu nieprzerwanej
czerni lasów. Chwilowo obraz jest nieruchomy, sielski i upajający. Chciałoby
się tak wisieć i gapić z godzinę.
Lecz
wrażenie błogości w absolutnym bezruchu nie trwa długo. Nadchodzi moment,
kiedy trzeba spojrzeć, gdzie wypadnie lądować. Na szczęście pod stopami zielona
równina przekreślona kreską pasa startowego. Lecz wszystkie przedmioty
zaczynają nabierać realnych kształtów, są coraz bliższe, wyraźniejsze i… zbliżają
się coraz szybciej. Nagle spostrzegam, że trawa lądowiska w diabelnym tempie
pędzi na spotkanie z podeszwami butów. Niewiele czasu zostaje na
skorygowanie kierunku lotu tak, by plecami odwrócić się do wiatru. Skrzyżowanie
linek, złączenie nóg i... walę o ziemię. Leżę rozciągnięty na lotniskowej
murawie. Płótno spadochronu majestatycznie opada obok. Zbierając się z ziemi
obserwuję kolegę, gdy ten, kilkadziesiąt metrów ode mnie dziko walczy
z nadętą przez wiatr czaszą - to takie zagadkowe dziwa termiki.
Mam
ochotę na jeszcze jeden skok, ale jest zbyt późno. Samolot przystępuje do
ostatniego startu z grupą bardziej zaawansowanych skoczków. Dla nas
nowicjuszy, na dzisiaj basta.
Wracając
do domu nadal jeszcze przeżywałem wydarzenia ostatnich godzin. Na przemian,
euforię i dreszcz emocji.
W ciągu
najbliższych tygodni tylko dwukrotnie udaje się skoczyć z wysokości
sześciuset metrów. Większość pobytu na lotnisku kończę daremnym oczekiwaniem:
to na pogodę, to na instruktora, to wreszcie na samolot. Początkowy zapał
powoli zmienia się w obojętność, potem w zniechęcenie. Jakoś nie
cieszą prace porządkowe w spadochroniarni - mają być jakoby zajęciem
udoskonalającym spadochroniarza. Ale nie ma frajerów! - Podobno u szybowników
jest jeszcze gorzej.
Póki
co mam swoje zajęcia, i jak wspomniałem wcześniej, połamany nos uniemożliwił
dalsze uprawnianie boksu, toteż coraz poważniej myślę o zmianie
dyscypliny.
Przy
bydgoskiej „Polonii” od niedawna działała sekcja dżudo. Korciło mnie, by tam
wypróbować swoich sił, lecz wcześniej musiałem poddać się operacji
wyprostowania skrzywionej przegrody - było to warunkiem dopuszczenia do uprawiania
jakiegokolwiek sportu. Więc aby nie przerywać nauki w szkole, wraz
z rozpoczęciem letnich ferii wylądowałem w szpitalu. No i połowę lata
miałem z głowy, bo jeszcze trzy tygodnie po zabiegu chodziłem ze
spuchniętym jak kartofel kinolem. Nie było mowy ani o skokach, ani
o nurkowaniu.
Natomiast
z początkiem roku szkolnego wstąpiłem do milicyjnego klubu „Polonia”. - W
tamtych latach tylko milicyjne kluby miały prawo prowadzić sekcje japońskich
sztuk walki. Zacząłem wciągać się w nową dla mnie dyscyplinę - dżudo.
Przygotowanie nie tyle bokserskie, co bardziej sprawnościowe i kondycyjne,
ustawiało mnie w dobrej pozycji wśród klubowych kolegów. Braki
w technice nadrabiałem szybkością i refleksem a to pozwalało na
zdobywanie w krótkim czasie kolejnych stopni wtajemniczenia. Uzyskiwałem
pierwsze sukcesy na macie, toteż wraz z sukcesami wzrastał zapał. Zacząłem
zażarcie trenować, co niebawem zaowocowało zwycięstwami w turniejach.
Wreszcie wywojowałem sobie pierwsze mistrzostwo, wprawdzie tylko okręgu, ale to
już był sukces.
Rósł
apetyt na medale. Niestety, późniejszy splot wydarzeń zniweczył sportowe
zapędy, jak również ambitne mistrzowskie plany.
4
Skończyłem
szkołę średnią. Przeto nadszedł moment znalezienia się w kręgu
zainteresowań Wojskowej Komendy Uzupełnień.
Nie
powiem, i ja byłem zainteresowany wojskiem. Podobała mi się służba
w mundurze. W wojsku widziałem ciekawe, uporządkowane, nie pozbawione
emocji życie. Co do wyboru formacji nie było wątpliwości gdyż, jak sądziłem, człowiek
przygotowany spadochronowo, zaprawiony w sportach walki mógł oglądać siebie,
jeśli nie w berecie komandosa, to przynajmniej w marynarskiej gali.
Taką
też deklarację złożyłem podczas pierwszego spotkania z wojskową komisją.
Przy pełnej uznania aprobacie panów pułkowników zostałem zapisany
w rubryce - wojska powietrznodesantowe.
Miałem
jeszcze rok czasu do poboru. Nic więc nie stało na przeszkodzie, aby zająć się
swoimi sprawami, a było ich co nie miara.
Na
domiar, pewnego jesiennego dnia miało się okazać, że lista zainteresowań wcale
nie jest zamknięta. Drogą pocztową otrzymałem, nie zaproszenie, lecz
kategoryczne wezwanie do Zarządu Wojewódzkiego Ligi Obrony Kraju. Trochę dziwił
ten bezwzględny nakaz, lecz jak przystało na szanującego praworządność
i urzędowe wezwania obywatela, nie znając sprawy, udałem się do siedziby
wyżej wymienionego. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy po pierwszym
sakramentalnym pytaniu pana „lokowca” o cel przybycia, usłyszałem:
-
Umiecie pływać?
Myślałem,
że wszyscy wiedzą, że umiem, a ten tylko udaje niedoinformowanego bęcwała.
Odpowiedziałem więc, obszernie i wyczerpująco:
-
No pewnie!
„Bęcwał”
pokiwał głową i orzekł:
-
No to od przyszłego tygodnia będziecie uczestniczyć w kursie na
płetwonurka.
O rety!
- Zaniemówiłem na moment - Niemożliwe! Ja, nieopierzony amator, miałem się stać
prawdziwym płetwonurkiem? Z papierami!?
Parę
dni później zasiadłem w ławce sali wykładowej, by z typowym dla
siebie zapałem przystąpić do nauki o zagadnieniach, które od dawna uważałem za
pasjonujące. Równolegle ze szkoleniem teoretycznym odbywały się zajęcia na
basenie, toteż nareszcie nie musiałem czekać na lato, by dowoli sobie popływać.
Pod okiem instruktorów nabierałem doskonałości pływackich a na wykładach
chłonąłem wiedzę o sprzęcie, technice i fizjologii nurkowania, oraz
wszystkich innych mądrościach potrzebnych przyszłemu „człowiekowi głębin”.
Minęły
trzy miesiące i kończyła się zima. Nadszedł czas sprawdzenia nabytej wiedzy
w praktyce - zajęcia na otwartej wodzie. Tak, którejś majowej niedzieli
załadowawszy ekwipunek na ciężarowy samochód, dwudziestoosobową grupą udaliśmy
się nad wodę za miasto. I tu zaskoczenie. Zamiast nad którymś z tylu
pięknych akwenów wokół Bydgoszczy, rozładowywaliśmy sprzęt na brzegu
obrzydliwego, płytkiego stawu. - Kto wymyślił miejsce naszego pierwszego,
prawdziwego nurkowania, nie wiem do dzisiaj.
Woda kolorem przypominała kawę
z mlekiem, a błotnista „plaża” bagno. Mimo to z entuzjazmem
wciągaliśmy na siebie skafandry, zakładaliśmy aparaty, maseczki i płetwy.
Po czym asekurowani linami z brzegu, podzieleni na kilka par zaczynaliśmy
podwodną eksplorację. Pierwsze wrażenie? - Absolutna ciemność. Już na
głębokości jednego metra całkowity brak widoczności nie pozwalał dojrzeć
własnych dłoni. Dotykiem jedynie wyczuwało się paskudnie muliste dno, a
poruszone, wystrzeliwało czarną chmurą niczym podczas erupcji wulkanu, do tego
źle wyważeni brzuchami ryliśmy gęsty, skłębiony szlam. Na dobitkę po krótkim
czasie okazało się, że nasze skafandry, mimo ustawicznego łatania, są dziurawe
jak sito, więc szybko namakająca bielizna zmniejszała wyporność. Oraliśmy więc
dno niczym podwodne pługi. Ale nie koniec rozkoszy. Przez nieszczelności w
wężach przesączała się woda, zatem przy każdym wdechu trzeba było ją ostrożnie
odcedzać od powietrza podawanego
z aparatu. Niektórym się to udawało, jednak większość krztusząc się
i kaszląc, w panice wyrywała ku niosącej ratunek powierzchni.
Niecałe
pół godziny wytrzymałem w tej mało fascynującej toni. Zmęczony walką
z błotem, chłodem i mulistą breją, z trudem wychodziłem na brzeg. I jeśli
założeniem organizatorów zajęć było wyeliminowanie najsłabszych, to ja
o włos spełniłbym powyższy warunek. Szczękając zębami z zimna, plując
dennym mułem, zasmarkany, przysięgałem sobie - Koniec z podwodą
przygodą!!! Wiadomo, każdy nowicjusz musi wypić swoją porcję wody, nie myślałem
jednak, że od razu pół wiadra. Długo potem trwałem przy danej sobie przysiędze
- aż do pierwszych, naprawdę upalnych dni, kiedy to następne zajęcia
odbywaliśmy w zupełnie innych warunkach.
Nadszedł czerwiec, a z nim
letnie upały. Ponownie rozkładaliśmy ekwipunek, lecz tym razem nad rozległym
zbiornikiem toru regatowego u ujścia Brdy. Co za odmienność! Zalew, przy
swojej temperaturze blisko 20°C
i widoczności
kilku dobrych metrów działał jak magnes, przy tym sprzęt, po solidnym
przeglądzie wydawał się bardziej przyjazny niż dwa tygodnie wcześniej. Toteż
szybko zapomniałem o koszmarze pierwszego nieszczęsnego bagrowania.
Ponadto do wody wchodziliśmy z zakotwiczonej z dala od brzegu tratwy, co
stanowiło dodatkową atrakcję i dawało posmak prawie „marynarskiej” przygody.

Tratwa - jako baza nurkowa.

Ostatnia odprawa przed zanurzeniem
Dno na głębokości 4 metrów widoczne
było już spod samego lustra. Urozmaicone, piaszczyste i pełne życia. Co
prawda aparaty dalej podawały wodę i trzeba było ją przez zęby odsączyć od
powietrza, ale czy to za sprawą treningów, czy uroków otoczenia, nurkowanie nie
było już walką o przetrwanie. Po godzinie spędzonej na podglądaniu
przydennej fauny, wynurzyłem się w pełni szczęścia, gotowy powtórnie dać
nura nie bacząc na ułomności sprzętu. Tamtego dnia, pasja, która ponownie
odezwała się z całą mocą, pozostała już… na zawsze!
Kolejne
zajęcia, w coraz to innych akwenach, też nie były tylko „szkołami przetrwania”, a wraz z przybywaniem
godzin spędzonych w toni, przybywało również umiejętności,
a i w pewnym sensie, doświadczenia.
Po
zrealizowaniu wymaganego programu nastał czas egzaminów nadających uprawnienia
płetwonurka III klasy. - Tu miało się okazać, na ile zapał i poważne
traktowanie tego, co interesujące, może przysporzyć satysfakcji. Do sprawdzianu
przygotowałem się jak należy, a to - co najważniejsze! - zostało potwierdzone
przez surową komisję. W rezultacie, uznany za jednego z najlepiej zaliczających
testy, uzyskałem prawo - wraz z trójką kolegów - do udziału
w szkoleniu podnoszącym kwalifikacje nurka. Zostałem wytypowany na kurs
drugiej klasy, czyli obóz w Charzykowych. Nobilitacja tym większa, że
o takie wyróżnienie ubiegało się kilkunastu innych młodych ludzi, równie
ambitnych jak ja. Zatem nie wolno mi było nie skorzystać z oferty.
Termin
rozpoczęcia kursu przypadał na drugą połowę lata, toteż niecierpliwie
wyczekiwałem dnia wyjazdu. Wreszcie nadszedł. Zapakowawszy do plecaka niezbędne
ciuchy, wyruszyłem, modnym wówczas autostopem, do odległej o 80 kilometrów
popularnej wśród wodniaków miejscowości, i jeszcze tego samego dnia
zameldowałem się w komendzie tamtejszego Ośrodka Szkolenia Płetwonurków.
Głównym obiektem siedziby była całkiem imponująca
willa usytuowana nad brzegiem jeziora. W niej mieściły się biura, sale
wykładowe oraz kwatery dla instruktorów. Nam kursantom niestety, za
pomieszczenia mieszkalne służyły dwa rozległe hangary po łodziach regatowych -
wypełnione już kompletem uczestników. Ludźmi z różnych stron Polski,
w liczbie około trzydziestu.
Jak
wszyscy, najpierw musiałem zaliczyć kancelarię komendanta, a następnie przebrać
się w organizacyjny mundur, czyli: niebieski drelich, białą marynarską
podkoszulkę i granatowy beret do kompletu. Ubiór nieco zgrzebny, ale potem
z nie byle jaką dumą paradowaliśmy w nim po miasteczku pewni, że
wzbudzimy szczególne zainteresowanie wśród miejscowych dziewczyn. Przeto jeszcze
tego samego wieczoru, korzystając z braku zajęcia, wyruszyliśmy niewielką
grupką na zwiedzanie okolicy.
Charzykowy
to mała, typowo letniskowa osada położona nad rozległym jeziorem, zabudowana
mniej lub bardziej gustownymi z domkami. Jedne niepozorne, skromne, ale
interesujące, inne pretensjonalne, otoczone parkanami, spoza których nie
wszędzie dostrzegało się przejaw dobrego smaku. Lecz miejscowość ogólnie
sprawiała sympatyczne wrażenie, tylko Ośrodek LOKu, poza efektowną willą,
prezentował się nieco gorzej. Mimo to pobyt w nim robił z nas nurków,
pełnych zarozumialstwa nadętych snobów, bo nawet ekipę bokserów
z sąsiedniego obozu treningowego traktowaliśmy jak gówniarzy, bez
należnego dla ich dyscypliny respektu.
Ranek
następnego dnia zaczął się od koniecznej gimnastyki, potem apelu i wyznaczenia
zadań. Zapachniało wojskiem. Jednak nie przejąłem się tym za bardzo, bo jako
potrafiący przystosować się do zmienności losu, uznałem, że w końcu jest
to obóz paramilitarny, przygotowujący do niedalekiej służby wojskowej, i czy
dryl będzie mniejszy czy większy, muszę sobie poradzić.
Pierwsze
dwa dni zajęły wykłady oraz zaznajomienie ze sprzętem - ten ostatni był
dobrze znany z zajęć klubowych, bowiem w początkach lat 60-tych
nurkowało się na jedynym dostępnym, radzieckim wyposażeniu. Podstawę stanowiły
powietrzne aparaty o obiegu otwartym „Ukraina”, czyli: dwie sześciolitrowe
butle, na stałe zamocowany automat oddechowy systemu Cousteau-Gagnan i niespotykane już w żadnym ze znanych mi
potem aparatów, akustyczne urządzenie rezerwy. - Jego działanie polegało na
włączaniu się gwizdka w momencie spadku ciśnienia w butlach do
określonej wartości. Zadziałanie mechanizmu dawało znać przeraźliwym świstem po
każdym wdechu o tym, że nurkuję już na resztkach powietrza, i nadszedł
czas na wynurzenie. Sygnał, słyszany pod wodą w promieniu kilkunastu
metrów, siłą rzeczy zmuszał do bezwzględnego powrotu na powierzchnię. Więc
urządzenie, moim zdaniem mądre, a przede wszystkim gwarantujące
bezpieczeństwo - Przekazuję to tym, którzy obecnie nurkują na współczesnych „Barracudach” czy „Nemrodach”.
Innym,
mniej znanym, lecz używanym aparatem oddechowym był „Podwodnik” - o tej
samej zasadzie działania tyle, że większy (mieścił po dziewięć litrów powietrza
w dwóch butlach). W obu aparatach maksymalne ciśnienie powietrza nie
mogło przekraczać 150 atmosfer.
Pozostały
sprzęt, taki jak maski, płetwy, chrapy (czyli rurki pływackie zwane też z
niemiecka sznorklami), były rodzimej produkcji. O ile w klubach
używaliśmy czasem skafandrów, tutaj przedmiot ten był w praktyce zupełnie
nieznany. Poznawaliśmy co prawda wszystkie stosowane na świecie rodzaje ubiorów
podwodnych, ale tylko w teorii.
Pierwsze
zajęcia nurkowe zaczęliśmy od niewielkiej głębokości przy kei. Potem, stopniowo
oddalając się od brzegu zwiększaliśmy zanurzenie. Przy głębokości około ośmiu
metrów poniżej lustra wody spotkałem się - nie po raz pierwszy - ze zjawiskiem
termokliny, ale tu po raz pierwszy odczułem ją
tak dotkliwie. Lato tego roku było wyjątkowo chłodne i deszczowe,
na skutek czego temperatura wody w jeziorach nie przekraczała 17°C, a
mając na sobie, oprócz kąpielówek, koszulę z krótkimi rękawami - jako
ochronę przed zimnem - musiałem w niej
wytrzymywać, co najmniej czterdzieści minut. Z obrzydzeniem
zanurzało się nogi, a co dopiero całe ciało. No i ta termoklina!
W okolicach
wspomnianej głębokości ośmiu metrów, w zamkniętych akwenach następuje
zetknięcie się dwóch warstw wody o różnej gęstości oraz temperaturze.
O ile woda powierzchniowa ma
zbliżoną do ciepłoty powietrza, to woda głębsza utrzymuje stałą, nie
zmieniającą się w ciągu roku +4°C. Jest to temperatura, która paraliżuje
chłodem. Gwałtowność przeskoku szokuje, a mimo to trudno się powstrzymać przed
sprawdzeniem własnego charakteru. Najpierw zaskakuje zmiana widoczności. Dno,
o ile nie jest zbyt głęboko, staje się naraz wyraźnie widoczne. Lecz zanim
tego doświadczysz, najpierw z ciekawością wsuwasz rękę w zielonkawą,
krystaliczną, ciemniejszą toń, a palce natychmiast sztywnieją z zimna.
Cofasz ją czym prędzej przestraszony i zadajesz sobie pytanie: jak tu wejść
w całości, żeby dotrzeć do dna? W końcu przełamujesz opór.
Z zaciśniętymi zębami zanurzasz nogi, gorzej z resztę tułowia, ale najtrudniej
schłodzić głowę. Wreszcie zdobywasz się na heroizm. Warstwa zimnej wody sięga
maseczki i nagle... w połowie szybki widzisz wyraźną granicę dwóch
mas. Górną, nieco jaśniejszą lecz mało przezroczystą, oraz dolną, ciemną
za to krystaliczną, przy tym każdy ruch wywołuje zmącenie przypominające
mieszanie się gliceryny w napełnionej wodą szklance.
Kiedy
już się nadziwisz, w pełni desperacji spływasz niżej, a tam
widoczność - oszałamiająca! Co z tego! Jesteś skostniały do szpiku i nie
masz najmniejszej ochoty niczego podziwiać. Czym prędzej więc uciekasz do
zbawczej granicy, i naraz… masz wrażenie, że zanurzyłeś się w wannie.
Ogarnia cię rozkoszne ciepło. Po jako takim rozgrzaniu i przywróceniu dobrego
samopoczucia, powtarzasz eksperyment. Już nie, żeby zachwycać się dnem, ale
żeby jeszcze raz przeżyć szok zmiany: od lodu do łaźni parowej - która
w rzeczywistości ma nie więcej jak 17°C. Mimo wszystko szybko masz dość
eksperymentów. Ciągnie cię ku powierzchni. Z niecierpliwością oczekujesz
upragnionego gwizdu urządzenia rezerwy, gdyż ambicja nie pozwala na wynurzenie
się wcześniej. Ale nie tylko ambicja. Godziny spędzane pod wodą wyrobiły nawyk
oszczędnego dysponowania powietrzem, środowisko też przestało być tak obce jak
na początku. Jesteś spokojniejszy, racjonalnie kontrolujesz oddechy, a to
mimo twojej woli wydłuża czas nurkowania. W końcu jest! Odezwał się
świstek. I w tym momencie przestaje ci się spieszyć. Mimo że jest to
sygnał do natychmiastowego wypłynięcia, zaczyna ci się tu podobać. Przeciągasz
moment na ile się da. Wreszcie sygnalista na łodzi, trzema szarpnięciami linki
asekuracyjnej przekazuje znak, że i on ma już dosyć. Kiedy wydostajesz się
na powierzchnię, widzisz nad sobą zamiast ciepłego słoneczka, szare, siąpiące
deszczem chmury (takie dni były w większości). Masz ochotę wracać
z powrotem pod wodę. Niestety, wywlekają cię na pokład i dobrze jeśli
pomogą zdjąć ciężki aparat. Niewiele czasu zostaje na ubranie się
i rozgrzanie. Teraz tobie przypada rola sygnalisty. W rozdygotanych,
zesztywniałych dłoniach musisz wyczuć każdy ruch linki, na końcu której paręnaście
metrów poniżej łodzi, walczy z zimnem i strachem twój kolega. Tak
dzień po dniu, nurkowanie na przemian z wykładami.
Tego
roku organizatorzy szkolenia nie przewidzieli pewnej wątpliwej atrakcji, jaką
przyszło zafundować kursantom. Otóż zbiegiem okoliczności - trudno go nazwać
szczęśliwym - akurat mój turnus musiał uczestniczyć w mało sympatycznym
zadaniu.
Kilkanaście
dni przed naszym przyjazdem doszło do tragicznego wypadku w pobliżu
przystani. Turystyczny jacht, w swoim zwykłym jak co dzień rejsie,
niespodziewanie trafił na gwałtowną
burzę. Minęły minuty, kiedy pod naporem porywistego szkwału łódka nagle położyła
się na burcie, a po chwili odwróciła do góry stępką. Z czteroosobowej
załogi uratowała się tylko jedna. Troje ludzi poszło na dno.
Gdy
zaczynaliśmy szkolenie, już działała ekipa -
jacyś płetwonurkowie z nieznanego nam, poznańskiego klubu. Dopiero
czwartego dnia intensywnych poszukiwań udało im się znaleźć jedną osobę
z jachtu. Przez dziesięć następnych - nic. Nie zazdrościliśmy im roboty,
ale byłoby dziwne, gdyby nie zaangażowano i nas. Lecz zgodnie ze zdrowym
rozsądkiem należało wcześniej przejść kolejne fazy szkolenia, by móc zanurzyć
się na głębokość dwudziestu metrów bez niepotrzebnego ryzyka - taką głębokość
zanotowano w przeszukiwanym rejonie.
W końcu
nadszedł ten dzień. Z pełnym ekwipunkiem, choć ciągle bez skafandrów,
udaliśmy się łodzią w wyznaczony sektor. Pod nami 20 metrów głębi -
siódme piętro wieżowca! - i pierwsze moje zejście na tak dużą głębokość.
Przygotowanie sprzętu przebiegało ślamazarnie a podniecenie staraliśmy się
zamaskować głupimi dowcipami lub nerwowym śmiechem. Nic dziwnego, przed
nami dość niezwykłe przedsięwzięcie jak na początkujących płetwonurków.
A do tego ta fatalna pogoda. Odruchowo starałem się na różne sposoby
opóźnić spotkanie z lodowatą wodą, bezskutecznie. Kiedy nadeszła moja
kolej, na miękkich nogach stawałem na burcie szklonej krypy. Komenda:
„skok!”... i paraliżujący chłód odbiera oddech. Gwałtownie zamyka się
lustro wody nad głową. Wokół inny świat. Chwila oswojenia z zimnem,
sprawdzenie podawania powietrza, znak dla sygnalisty, że OK i zaczynam
zanurzenie.
Wraz
ze zwiększaniem się odległości od powierzchni oraz wzrostem ciśnienia,
powietrze do płuc napływa z coraz większym oporem, staje się gęstsze,
jednocześnie pióropusz pęcherzy ginie gdzieś daleko nad głową. Z coraz
większą trudnością dociera światło, wreszcie zalega mrok, ale dłonie są
wyraźnie widoczne - i to jest dziwne. Czas stoi w miejscu, przy tym mam
świadomość, że dokoła nic, tylko
bezkresna wodna otchłań. Już któryś raz przedmuchałem uszy, gdy naraz
z mroku wyłania się martwa, księżycowo-gładka powierzchnia dna. Nie ma ryb
ani najdrobniejszej roślinki, za to widać każdy szczegół, tyle, że dokąd sięga
wzrok, wszędzie szaro, brunatnie, ponuro. Mimo to, na moment robi się raźniej.
Ale na moment, gdyż powraca uprzytomnienie, że gdzieś tu niedaleko leżą ludzkie
zwłoki. Dookoła grobowa cisza przerywana tylko miarowym bulgotem bąbli
uchodzących z zaworu wydechowego. Półmrok, samotność, zimno
i, najgorsze, gdy po chwili na cienkiej warstwie mułu ukazują się ohydne,
regularne bruzdy - to efekt wcześniejszych poszukiwań wleczonymi po dnie
hakami. Ich widok sprawia, że oddech przyśpiesza, a serce zaczyna walić
jak oszalałe. Płynę wzdłuż tych odrażających śladów, a w wyobraźni -
pobudzonej azotem zawartym w sprężonym powietrzu - widzę obok siebie…
przerażającego ludopotwora z bezkształtną, straszną twarzą. Zaczajony
unosi się nieruchomo w toni, by znienacka złapać za nogę, zakręcić butle,
albo zedrzeć maskę. Struchlały rozglądam się na boki, lecz wszędzie pustka,
i tylko ten wstrętnie poorany muł. Jestem zesztywniały z zimna
i strachu. Marzę żeby jak najszybciej wypłynąć, lecz jednocześnie…
chciałbym zasłynąć bohaterstwem tego, który odnalazł i wydobył coś, czego
inni nie potrafili. Miotany na przemian, to lękiem to poczuciem męstwa,
uparcie powiększam upiorny krąg na spodzie jeziora. Na siłę trzymam nerwy
w ryzach. Trwa to nieznośnie długo.
Naraz
odezwał się gwizdek. Nareszcie! Kończy się powietrze - w niecałe pół godziny
wyczerpałem prawie cały zapas. Czas wychodzić. Z ulgą ruszyłem ku
powierzchni i dopiero mogę ocenić dzielący mnie dystans od lustra wody. - Kawał
drogi! Ciśnienie w uszach, już bezboleśnie, regulowało się samo, nie
musiałem pomagać, przy tym, od pewnego miejsca otoczenie z każdym metrem
coraz bardziej jaśniało, aż nad głową ujrzałem cień łodzi. Pełen szczęścia
opuszczałem nieprzyjazną głębię.
Poszukiwania
trwały do końca kursu. Niestety, bez rezultatu. Mnie jeszcze dwa razy wypadało
zanurzyć się na owe dwadzieścia metrów w tamtym rejonie. Za każdym razem
z takimi samymi emocjami, i bez efektów.
Dzięki
Bogu nie tylko podwodne emocje towarzyszyły naszemu kursanckiemu życiu.
Wieczorami Charzykowy tętniło życiem towarzyskim, naturalnie rej wodzili
chłopcy w niebieskich mundurach - może dlatego, że nie było tu innych
mundurów. Lecz, jako że kończył się żeglarski sezon, ludzie masowo wracali do
domów, mimo to dziewcząt jakoś nie
brakowało. Jednak najchętniej odwiedzaliśmy bazę harcerską w Funce -
zwłaszcza jej żeński podobóz. Położona w głębi lasu nad tym samym jeziorem parę
kilometrów od Charzykowy była stałym, sięgającym tradycją lat
przedwojennych, obozowiskiem bydgoskiej chorągwi ZHP. - Mnie, z tamtym
miejscem łączą szczególne wspomnienia jeszcze z okresu swojego harcerstwa.
Otóż
odwiedzaliśmy je kilkakrotnie w ramach tzw. „integracji wojska z ludem”.
Natomiast nie zapomnę pewnej szczególnej, a do tego b a r d z o kurtuazyjnej wizyty. Postanowiliśmy złożyć ją
harcerkom w ich stanicy nie inaczej, jak własnym „statkiem”. Przygotowaliśmy
w tym celu ośrodkową „Dezetę” - łódź wielkości sporej szalupy na dwunastu
chłopa nie licząc sternika, po pięć wioseł na każdą burtę - i uprzedziwszy
wcześniej gospodarzy, w któreś niedzielne popołudnie, wypomadowani,
eleganccy, zasiedliśmy do wioseł. Łódka odepchnięta od kei raźno ruszyła na
jezioro. Początkowo wiosłowanie, mimo treningów i najlepszych chęci, szło
dość nieskładnie. Trudno było utrzymać kierunek i należyte tempo. Kiedy już
zgraliśmy się i wiosła złapały rytm, mieliśmy akurat dość. Oczy zalewał
pot, ręce sztywniały, a plecy jak połamane lumbagiem. Poczciwa dezeta
nabrała cech galery. Kilkadziesiąt długich minut minęło zanim w dali ukazał
się, ten już tęsknie wypatrywany, pomost. Wstąpiła otucha, i aby zrobić jak najlepsze
wrażenie, z podwójną energią przyłożyliśmy się do drągów. Łódź teraz
mknęła jak strzała.
Na
brzegu jakiś obserwator obwieścił obozowi nadciąganie gości, więc kto żyw,
wybiegł na spotkanie. Naraz brzegową skarpę zapełnił tłum harcerzy - bez wątpienia z podziwem obserwowali
nasz wioślarski talent.
Pomost,
dzięki zdwojonym staraniom załogi, nabierał coraz wyrazistszych kształtów,
wreszcie, z niebezpieczną szybkością zaczął zbliżać się ku dziobowi. I
wtedy… stało się coś, czego nikt nie przewidywał. Szyper, jednocześnie sternik
- pewny siebie mądrala, przejęty swoim zadaniem naraz stracił głowę, pokręciły
mu się komendy i, o zgrozo, kierunki wychylenia steru. Potężna,
wyładowana ludźmi łódź, ku przerażeniu gospodarzy zamiast w brzegową łachę,
z całym impetem wali w kruchy, ażurowy pomost. Pryskają deski,
wyginają rurki, łamią wiązania. Jeden wielki zgrzyt i trzask. Kilku
z nas, uderzonych wiosłami fika koziołki, wpada między ławki. Łódź
zatrzymuje się na kłębowisku żelaza przednią częścią w wewnętrznym baseniku.
Cisza, nie ma oklasków, harcerstwo stoi oniemiałe, my też nie wiemy jak się
zachować. Wygrzebujemy się z pomiędzy ławek do wody - bo… pomostu już nie
ma. Wypychamy nasz barbarzyński taran z pogiętych konstrukcji
i podciągamy do brzegu. Poszycie na szczęcie całe, a i wiosła
też nie ucierpiały. Z głupimi minami wychodzimy na ląd. Mokrzy, brudni,
zdruzgotani. - Cały przygotowany fason diabli wzięli. Konsternacja nie trwała
jednak długo. Harcerskie pospólstwo szybko wybaczyło naszą niedoskonałość,
a może uznało, że sprawiliśmy im fajny ubaw. Dziewczyny i tak
patrzyły na nas jak na egzotycznych bohaterów, a my zachowywaliśmy się,
jakby cały spektakl był precyzyjnie zaplanowany i doskonale wykonany.
Nieco
inne zdanie miała na ten temat komenda obozu. Ale w końcu udało się
załagodzić sprawę, po zapewnieniu, że odbudujemy zdemolowaną keję. No
i ten przypadek sprawił, że przez pięć kolejnych dni byliśmy codziennymi
gośćmi obozowiczów. Oczywiście nie praca nad zniszczonym pomostem była
najważniejsza w czasie naszych niby roboczych odwiedzin.
Koniec
kursu nadchodził nieuchronnie, a coraz niecierpliwiej oczekiwaliśmy tego
momentu. Zbyt boleśnie dokuczał wojskowy rygor, ponadto pogoda robiła się
z każdym dniem paskudniejsza, do tego zawiało już jesiennym chłodem, w
związku z czym woda przybrała temperaturę, która zniechęciłaby do pływania
nawet pingwina. Obiecywane skafandry nie nadeszły, a wiecznie nie
wysychające „termoizolacyjne podkoszulki płetwonurka” rozlazły się
w strzępy. Na szczęście czekał nas tylko egzamin i... pakowanie manatków.
- To pierwsze jak zawsze budziło emocje. Wszak zmuszało do wysiłku mózgi
rozmiękłe i pokurczone przez chłód wody.
Wreszcie
pora egzaminu. Najpierw obowiązkowy sprawdzian sprawności nurkowej. Nie
pamiętam już wymaganych ćwiczeń, wiem, że przymuszały do pełnej mobilizacji
zarówno siły jak i wolę. Dalsza, teoretyczna część rozłożona była na dwie
tury. Obejmowała kilkanaście przedmiotów.
Ogólnie
sprawdzian wypadł dla mnie zadowalająco. Z satysfakcją przyjąłem pierwszy
„donos” - wypadało coś cztery z hakiem. Jak później wynikało
z bilansu, uplasowałem się w czołówce zdających. Jeszcze raz
utwierdziłem w przekonaniu, że w pewnych dziedzinach, które mnie
fascynowały, potrafiłem przełamać niechęć do wkuwania. Miało to świadczyć
o mojej, jakoby wrodzonej pracowitości oraz zdolnościach intelektualnych.
Nic bardziej błędnego!
Kurs,
w uroczystej oprawie, kończyło wręczenie dyplomów z nagłówkiem:
„Specjalista nurek II klasy” - potwierdzone specjalnym wpisem
w odpowiedniej książce i wzruszającymi życzeniami: „aby ilość
zanurzeń była (…mniej więcej) równa ilości wynurzeń”.
Jeszcze
tego samego dnia spakowani, z torbami na plecach, pełni chwały
rozjeżdżaliśmy się do domów.
Jesień 1963 roku zbliżała
się wielkimi krokami a z nią, wyczekiwane powołanie w szeregi -
niewątpliwie niezwyciężonej i najsprawniejszej - armii. Toteż od pewnego
czasu przeżywałem dramat wyboru, mając bowiem tak elitarne specjalizacje jak
spadochroniarstwo i nurkowanie, teoretycznie mogłem wybierać pomiędzy
wojskami desantowymi
i marynarką
wojenną. Obie te formacje jednakowo prestiżowe, kusiły swą romantyką. -
Niektórzy w tym miejscu być może każą mi się postukać w czoło, bo
gdzie w wojsku romantyka!? Lecz moje pojmowanie romantyki zawsze odbiegało od
ogólnie przyjętego i do dzisiaj uważam je za normalne. Jednak nie mogąc się
zdecydować, pozostawiłem prawo decyzji urzędnikom komisji poborowej.
5
Jesień 1963 roku zbliżała się wielkimi krokami a z nią, wyczekiwane powołanie w szeregi - niewątpliwie niezwyciężonej i najsprawniejszej - armii. Toteż od pewnego czasu przeżywałem dramat wyboru, mając bowiem tak elitarne specjalizacje jak spadochroniarstwo i nurkowanie, teoretycznie mogłem wybierać pomiędzy wojskami desantowymi i marynarką wojenną. Obie te formacje jednakowo prestiżowe, kusiły swą romantyką. - Niektórzy w tym miejscu być może każą mi się postukać w czoło, bo gdzie w wojsku romantyka!? Lecz moje pojmowanie romantyki zawsze odbiegało od ogólnie przyjętego i do dzisiaj uważam je za normalne. Jednak nie mogąc się zdecydować, pozostawiłem prawo decyzji urzędnikom komisji poborowej.
5
Czas oczekiwania upływał na aktywnej
działalności pomiędzy wodniactwem, a treningami. Dawno pożegnałem się z
boksem, natomiast w polonijnej sekcji dżudo dość szybko osiągnąłem czwarty
stopień wtajemniczenia - drugie kiu,
i nie bez satysfakcji występowałem na macie przepasany brązowym pasem. Był to
tylko stopień uczniowski, ale wierzyłem, że z biegiem czasu dostąpię
mistrzostwa, a z nim tytułu - dan.
Wiara absolutnie bez pokrycia, gdyż mundur na długi czas miał rozdzielić mnie
z klubem, zatem i z treningami, i z zawodami.
Aż
oto nadszedł dzień, kiedy listonosz w swojej codziennej marszrucie zaszedł
pod mój adres. Beznamiętnie, z kamienna twarzą wręczył pismo
z nagłówkiem WP. Rutynowym gestem podsunął druczek, na którym miałem
pokwitować odbiór i poszedł. Wiedziałem - karta powołania. Oczywiste, że do
wojska, ale pytanie: do jakiego? Z przejęciem otwierałem urzędową kopertę
i jeszcze większym przejęciem zacząłem wczytywać się w zawiadomienie.
Nagle pociemniało mi w oczach! Zmusiłem się, by jeszcze raz odczytać nazwę
miejscowości, do której powinienem się udać. Potem jeszcze raz. Ciągle coś się
nie zgadzało. Nazwisko, adres - wszystko w porządku. Tylko ta miejscowość…
Nie Kraków, nie Gdynia, nie Ustka, a... Grudziądz!? i ten jakiś nic nie
mówiący mi numer. Co za fatalne nieporozumienie! W jednej chwili runęło
całe moje pozytywne nastawienie do życia. W gruzach legły plany, marzenia
i ambicje. Wojsko objawiło się w najgorszej postaci. Przede mną
zwykłe „odwalenie pańszczyzny”. Grudziądz - miasto, którego nie znałem zanadto,
ale z jakąś sympatią się do niego odnosiłem, naraz nieprawdopodobnie mi
zbrzydło. To, że blisko Bydgoszczy? - to nic. Już wolałbym jakieś Choszczno,
Żagań, czy inny, choćby najbardziej zapadły leśny garnizon. Dlaczego
Grudziądz!? Wojskowa pospolitość nad pospolitościami gdzie rządziło pogardliwie
określane: „zupactwo” do spółki ze „szwejostwem”! - Tak to wtedy widziałem.
Mojej rozpaczy dołożyła jeszcze informacja, że tajemniczy numer jednostki
dotyczy szkoły podoficerskiej...
s a m o c h o d o w e j ! Akurat tego, do czego nie miałem najmniejszego
powołania. No cóż, z rozdartym sercem musiałem pogodzić się z decyzją
WKR-u. Chociaż tak naprawdę, nie bardzo wiedziałem komu ją zawdzięczać, i gdyby
nawet była to pomyłka, to brakowało już czasu na odwołanie, bo termin wyjazdu
wyznaczał poranną porę następnego dnia.
Po
nieprzespanej nocy, rankiem z torbą na plecach powlokłem się na dworzec. -
Nie pamiętam nawet czy pożegnałem najbliższych. Pociąg, do zohydzonego
w mojej głowie miasta, przepełniony był takimi jak ja poborowymi. Połowa
z nich już pijana, a druga - właśnie upijająca się. Mnie nawet na to
nie było stać. Na trzeźwo przeżywałem swoje Waterloo,
by w wisielczym nastroju przetrwać dwugodzinną podróż.
Grudziądzki
dworzec, gdy tylko go zobaczyłem, już od
progu jawił mi się jako zapleśniała stacyjka w syberyjskim chutorze. Bez
rozglądania wymknąłem się peronowej obławie. - Zwykle w dniach
poborów dworce były obstawione wojskowymi patrolami, do których należało
wyłapywanie (pijanej w większości) hordy i odtransportowywanie do
jednostek wskazanych na kartach powołania. Nie chciałem być doprowadzony,
a tym bardziej dowieziony ciężarówką na miejsce „zsyłki”. Długo błądziłem
po mieście, „szukając swojego wojska” i dopiero po południu stanąłem
u celu. Lecz tu... jakiś mały promyk rozświetlił moją zbolałą duszę.
Jednostka stacjonowała przy jednej z ruchliwych ulic w centrum miasta, do
tego, w sąsiedztwie budynku z napisem… Liceum Pedagogiczne. Wprawdzie
wizytówką mojej instytucji był ponury,
koszarowy ceglak, lecz otoczenie gwarantowało jakiś kontakt z cywilizacją,
zwłaszcza kłujący w oczy neon kina „Tivoli” naprzeciw. Oczywiście wrażenie
podświadome, gdyż w moim zbuntowanym nastawieniu, cały Grudziądz łącznie
z Bogu ducha winnymi mieszkańcami, był daleki od cywilizacji. Brakowało mi
tylko dantejskiego cytatu nad wejściem „WY, KTÓRZY TU WCHODZICIE, PORZUĆCIE
WSZELKIE NADZIEJE”.
Przekroczyłem
bramę mocno po dopuszczalnym czasie, ale że trzeźwy, skończyło się na
przeraźliwie wyryczanym upomnieniu i przepędzeniu w rejon wyznaczonej
kompanii. Od tej chwili zaczęło się zwykłe wojsko: fryzjer, kąpiel, wydanie
mundurów (zwane nie wiadomo czemu, sortami), potem zbiórki, zbiórki, zbiórki.
Miedzy tym biegi. Kto kiedyś to przeżył, ten wie a kto nie, to może lepiej
dla niego.

Prawdziwe wojsko
Po
pierwszych dniach nieustającego krzyku, w ciągłym galopie, jednostka
zaczynała nabierać cech właściwych swojemu przeznaczeniu, a więc szkoły
wojskowej - wszak tylko podoficerskiej, ale z właściwym dla tej instytucji
programem zajęć. Pomiędzy musztrą a taktyką - wykłady. W dobrze
wyposażonych salach i pracowniach, zgłębialiśmy wiedzę o samochodach,
oraz wszystkim, co dotyczyło służby transportowej w armii.
Może wydawać się dziwne, ale
o wiele bardziej pociągały mnie zajęcia w tzw. polu. Dopiero tam
dostrzegałem prawdziwy cel działania wojska. Atak lub obrona, w kontakcie
z (wyimaginowanym na szczęście) nieprzyjacielem, tłumaczyła sens istnienia
armii. Poczułem coś, co nazwać by można powołaniem. Pot na czole, mokre plecy,
rzężący oddech, a czasem brak oddechu, poobcierane nogi - lubiłem to, pod
warunkiem, że tylko jako uboczny efekt całościowych czy chociażby fragmentów
ćwiczeń taktycznych. Doskonale trafiało do mnie wyświechtane porzekadło: „im
więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju.” Poza tym przybliżało
warunki, z jakimi mógł się spotkać żołnierz w prawdziwej walce. I
tylko dzięki takiej filozofii mogłem, bez większego buntu, znosić koszarowe
uciążliwości. Natomiast z nauki o samochodach, najbardziej przypadła
mi do gustu umiejętność wskakiwania w pełnym biegu na skrzynię ciężarówki.
Ćwiczyliśmy tę sztukę na placu manewrowym poza terenem jednostki.
Aby
bezpiecznie i sprawnie dostać się na samochód, należało podbiec na
wysokość tylnego koła, następnie wyskokiem sięgnąć prawej lub lewej burty tak,
aby zawisnąć mając przełożoną ją pod pachą. Następnie obszernym zamachem nogi
zaczepić stopą górną krawędź skrzyni, podciągnąć resztę ciała i wtoczyć
się do wnętrza. Wykonanie wymagało zarówno siły jak i zręczności.
Początkowo nie wszystkim wychodziło, dopiero po kilkunastu próbach robiliśmy
bezbłędnie. Była fajna zabawa, ale kiedy samochód przyspieszał do
kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, robiło się mniej wesoło, zwłaszcza tym,
którzy mieli kłopoty od początku. Szczęśliwie poza niewielkimi potłuczeniami
nie dochodziło do większych kontuzji. Długo potem doszukiwałem się sensu tego
ćwiczenia, by wreszcie dojść do wniosku, że jeśli nie na placu boju, to owa
umiejętność może przydać się kiedyś w okolicznościach, które nie będą
miały nic wspólnego z wojskiem.
Intensywność
zajęć nie pozwalała mi na rozpamiętywanie pogrzebanych aspiracji, po za tym, frustrację
rekompensowała dość dobra pozycja wśród kolegów, a czasem i przełożonych.
Pogodziłem się z dolą, toteż bez nostalgii śledziłem życie miasta za oknem
i nawet nie tęskniłem za przepustkami - do przysięgi i tak były
nieosiągalne.
Pewnego
popołudnia monotonię koszarowego życia zakłóciło na pozór błahe wydarzenie. -
W niedalekiej przyszłości miało ono zmienić moje nastawienie do świata.
Podczas przerwy w codziennych zajęciach, zostałem wezwany przez oficera
dyżurnego do biura przepustek. Takie wezwania nie zawsze muszą się łączyć z
przyjemnościami, dlatego w drodze, nieco strwożony zastanawiałem się: - co
znowu za licho? Z daleka zobaczyłem przed wejściem do dyżurki, czekającego
oficera… w mundurze milicyjnym. Teraz poczułem się naprawdę nieswojo.
Miałem niejedno za uszami, ale żeby zaraz milicja? I to tu,
w jednostce wojskowej? Tak czy
inaczej wypadało podejść.
Zameldowałem się regulaminowo - na
ile zobowiązywał marny stopień szeregowca - i z mrowieniem na plecach czekałem
na reakcję. Lecz po obustronnej, dość oficjalnej prezentacji, przybysz
przystąpił do rozmowy o dziwo, w przyjacielskim tonie. Jeszcze nie
wiedziałem o co chodzi, ale uszło ze mnie powietrze. Natomiast kiedy usłyszałem
cel wizyty, poczułem się jak ktoś, komu nagle przyniesiono cenną, lecz dawno odżałowaną
zgubę. Temat bowiem dotyczył sportu.
Otóż
w Grudziądzu od niedawna przy miejscowym klubie „Olimpia”, rozpoczęła
działać sekcja dżudo. Liczyła już kilkudziesięciu członków, a prowadził ją
przypadkowy instruktor. Tymczasem potrzebny był trener. Niekonieczne
z pełnymi kwalifikacjami - taki był w owym czasie prawie nieosiągalny
- ale z jako takim pojęciem o wymienionej dyscyplinie. Zmieszałem
się, gdy jegomość przedstawił decyzję mojego byłego trenera z bydgoskiej
Polonii. To on wskazał mnie jako najodpowiedniejszego do prowadzenia sekcji. -
Chyba z byka spadli! - pomyślałem. Ani doświadczenia, ani zbytnich
wiadomości, a do tego aktualna sytuacja, w której to ja byłem
zobligowany do posłuchu, a nie odwrotnie. Nijak nie widziałem siebie na
takim stanowisku. W oparciu o te argumenty starałem się zrzucić
z karku ciężar przyszłej odpowiedzialności. - A w ogóle, po co
mi to!? Niestety, decyzję podjął już ktoś przede mną. Jakkolwiek temat był
przedstawiony w formie prośby czy niezobowiązującej propozycji, to jednak
wyczułem, że żadne wykręty nie wchodzą w rachubę.
Zrozumiałem
naraz, komu zawdzięczam ten cały Grudziądz. „Polonia” i „Olimpia” to kluby
milicyjne. Do wojska stąd niedaleko, zatem wystarczył jeden telefon,
przedstawienie sprawy i wio! - Żołnierz jedzie tam, gdzie mu każą,
a nie tam gdzie by chciał. Zresztą mój gość nie próbował niczego ukrywać.
Mimo wszystko nareszcie jakaś satysfakcja. Co z tego, kiedy ambitne
militarne plany i „wzniosłe” marzenia szlag trafił. Miałem również świadomość,
że praca trenerska, zwłaszcza z początkującymi adeptami „wielkiego dżudo”,
nie podniesie na wyżyny własnego poziomu, że raczej poprzestanę na tym czego
się dotąd nauczyłem, i tyle.
Dalsza
rozmowa zeszła na tematy bardziej towarzysko-osobiste. W końcu pożegnaliśmy się zapewnieniem:
że z jego strony resort załatwi z wojskiem co należy w powyższej
sprawie, a z mojej, że przeanalizuję propozycję.
Wracałem
do pododdziału mocno zszokowany. Lecz kiedy myśli nabrały jako takiego ładu,
doszedłem do prostej konkluzji, że właściwie nie ma czego analizować, bo czy
treningi podniosą poziom moich umiejętności czy nie, nie miało już znaczenia.
Ważne, że dostałem szansę kontynuowania przerwanego sportu. Wiedziałem też, że
w roli instruktora dam sobie jakoś radę. - O prawdziwej trenerce
raczej nie mogło być mowy.
I wtedy
stało się coś dziwnego. Ulica za oknem, oglądana z kompanijnego korytarza,
dotąd smutna i bezbarwna, naraz, zrobiła się swojska, przyjazna, słoneczna
i kolorowa.- Tylko po wewnętrznej stronie okna raczej bez zmian. Dzień po
dniu, jak wcześniej, musztra, taktyka, strzelanie, wykłady, od których aż
mdliło. Nudne praktyki w warsztatach i wszystko to, co miało zrobić
ze mnie fachowca w niechcianej specjalności. Czas mijał, a z upływem
tygodni mijała też nadzieja. Powoli zapominałem o tamtej, tyle obiecującej
rozmowie.
Zbliżała
się Gwiazdka. Z nią pierwsza Wigilia poza domem. Dzisiaj, może to sobie
trudno wyobrazić, ale Wigilia w wojsku 1963 roku miała swoją
niepowtarzalną egzotykę, i nie tylko z racji koszarowej dyscypliny, raczej z
powodów czysto politycznych. W pierwszym rzędzie nie mogło być mowy
o oficjalnym wieczorze wigilijnym. - W tej kwestii trzeba było zdać się na
własną pomysłowość, no i paczki z domu. Również rozkład dnia nie
przewidywał najmniejszych odstępstw od codzienności. Do późnego wieczora
toczyło się zwykłe wojskowe życie, a o 22.00 capstrzyk. Lecz piętnaście minut
później regulamin zezwalał na opuszczenie łóżek.
W
wieczór wigilijny, jak było do przewidzenia, zgodnie z przepisem punktualnie
o 22.00 posłusznie leżeliśmy pod kocami - w bieliźnie, bo piżam w owych
czasach wojsko nie znało. Aliści, gdy tylko minął regulaminowy kwadrans, sala ożyła.
Najpierw wyskoczył z łóżka drewniany podkład - na którym ułożony był
siennik (taki prawdziwy, wypchany prawdziwą słomą) - ustawiony na taboretach
i przykryty prześcieradłem spełniał rolę stołu świątecznego. Na nim po
chwili pojawiły się wiktuały przysłane z domów. Stanęła również buteleczka
cichcem wyjęta spod szafki. Niemal równie konspiracyjnie, wydobywaliśmy
z dna paczek świąteczne opłatki.
Do
zaimprowizowanego stołu zasiadło kilkanaście, przypominających zjawy postaci, w śnieżnobiałych
koszulach i równie białych... kalesonach. Potem tradycyjne dzielenie się
opłatkiem. Ktoś zaintonował kolędę, podchwyciliśmy - początkowo z cicha,
a potem coraz głośniej aż w końcu, nie przejmując się zakazami. ryczeliśmy
na całe gardła,
Podobną
oprawę miała Wigilia w sąsiednich salach i sąsiednich kompaniach,
a i pewnie w całym wojsku. Na przekór wszystkiemu jednostka do
późnej nocy rozbrzmiewała kolędami. Nie było siły, która mogłaby je uciszyć.
Dzień
następny, świąteczny, traktowano jak zwykłą niedzielę - dobrze, że chociaż tyle
- naturalnie bez prawa wyjścia do kościoła.
Święta
Bożego Narodzenia minęły prawie niezauważone, lecz też nikt nie wytknął nam tak
nie socjalistycznego zachowania, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Szybko wrócił
zwykły koszarowy rygor.
Najbardziej
oczekiwanym dniem od pierwszego przekroczenia bramy jednostki, jest dzień
przysięgi. Nie tylko z powodu swej podniosłości, ile za sprawą zakończenia
wojskowego przedszkola. Wszystkim nam przyświecała niczym nie potwierdzona
nadzieja, że od tego uroczystego momentu, życie zrobi się choć trochę
normalniejsze. Skończy się głupie ściganie, zajęcia staną się ciekawsze,
a wyjście do miasta będzie codziennością. - Teraz już mocno zaczynałem
wypatrywać owej upragnionej codzienności, bo w głębi ducha widziałem
siebie znowu na sali treningowej, chociaż nic na razie tego nie zapowiadało.
Kończył się okres unitarny.
Przygotowanie
do uroczystej przysięgi nabierało rozpędu. Na gwałt zaczęliśmy wkuwać
regulaminy i przepisy wojskowe, co ze względu na niewielką atrakcyjność
tematów wcale nie było łatwe. Mimo wszystko każdy miał ochotę dobrze wypaść na
egzaminie, gdyż suma punktów mogła wpłynąć na późniejsze, ewentualne przywileje.
Ostatni etap przygotowań to zbiorowe czyszczenie broni, butów i wszystkiego,
co podlegało czyszczeniu. Następnie pobieranie mundurów wyjściowych
i generalne prasowanie. Wcześniej, o czym nie wspomniałem, należało
niemal obowiązkowo wysłać zaproszenia do rodzin. Lecz ja akurat ten obowiązek
zlekceważyłem. Może nie powinienem się przyznawać; dla mnie przysięga wojskowa
miała, nie tyle w swojej treści ile w oprawie, charakter wiejskiego
wesela. Była w moim przekonaniu czymś gminnym. Czymś tak pospolitym, że
matka z ojcem - tak sobie myślałem - czuliby się, podobnie jak ja, mocno
zażenowani. Nie wiem skąd się wzięło owe nastawienie do, bądź co bądź, podniosłego
i ważnego wydarzenia - zwłaszcza dla kogoś, kto z powagą traktował
instytucję wojska. Może wpływała na to ciągle niewygasła pretensja, a może
niechęć do pospolitości? - Nie wysłałem zaproszenia i koniec.
W rezultacie
poważnie naraziłem się ojcu, a podczas przysięgi poczułem smak samotności
- jak mały kolonista, do którego w czasie niedzielnych wizyt nie
przyjechali rodzice. Po głównych uroczystościach, nagrodzony przepustką,
samotnie wałęsałem się po ulicach, z zazdrością patrząc na kolegów, którym
w spacerach towarzyszyły rodziny. Z drugiej zaś strony, miałem
swojego rodzaju satysfakcję - najbliżsi nie muszą mnie oglądać w zielonym
mundurze „piechura” i w czapce garnizonowej zamiast komandoskiego beretu,
oraz, że nie muszę opowiadać, jak babrzę się w samochodowych smarach.
Poświąteczny
dzień zaczął się od rozliczania spóźnionych z przepustek i tych, którym
kochające rodziny lub kumple, przemycili zbyt dużo wódki, a wypita zbyt
dziarsko, źle posłużyła się dzielnym rycerzom. I taki to ten przysięgowy
folklor. Od niego pewnie wojsko przyjęło nazwę - ludowe.
Dalsze
dni i tygodnie nie przyniosły większych zmian. Upragnione przepustki
wydawane były tylko w sobotę i w niedzielę, a i to pod
warunkiem, że wykazałeś się regulaminowym zachowaniem i sportową
sprawnością. Ganianie takie samo tyle, że może trochę wolniej. Coraz częściej
zaczęto nam przypominać, już nie o żołnierskiej i obywatelskiej
postawie ale, że jesteśmy elewami -
słuchaczami Szkoły Podoficerskiej, w związku z czym powinniśmy
bardziej garnąć się do nauki, a nade wszystko być przykładnymi
żołnierzami. - Różnie bywało z dostosowywaniem się do powyższych poleceń.
Natomiast
dokuczliwą uciążliwością stało się, rzekomo zaszczytne, dopuszczenie do zadań
bojowych - czyli służby wartowniczej. Otóż, od tej chwili blady strach padł na
tak zwane, stare wojsko. Tajne ścieżki nielegalnych wyjść poza terytorium
jednostki, znane tylko wygom, stały się naraz „drogami śmierci”. Bowiem młodzi
wartownicy, pomni nakazom regulaminów, otwierali ogień do wszystkiego, co
uchodziło za próbę działalności szpiegowsko-dywersyjnej - zwykle dotyczyło to
kolegów ze starszego rocznika. Na szczęście umiejętności strzeleckie sprawiały,
że kończyło się zaledwie na przestraszeniu domniemanego dywersanta
a dzielny wartownik, zamiast spodziewanej pochwały… obrywał po grzbiecie.
Ale bojowe porywy - od kiedy sami wartownicy po służbie korzystali
z sekretnych przejść - powoli zaczęły się uspokajać.
Właśnie
wtedy nastąpił dzień, którego oczekiwałem już tylko resztkami nadziei. Któregoś
przedpołudnia wyrwany z sali wykładowej, otrzymałem polecenie zameldowania
się u szefa sztabu. Nie znając sprawy, z mrówkami na plecach maszerowałem
do gmachu dowództwa - takie wezwania nie wróżyły nic dobrego. Dotyczyły zwykle
bardzo poważnych spraw, a ja ciągle nie znałem przyczyny tak gwałtownego
nakazu. Przed wejściem, stremowany obciągnąłem mundur, jeszcze raz w myślach
powtórzyłem formułkę raportu i zapukałem do drzwi. W gabinecie już
oczekiwał „trzeci po Bogu” - szef w stopniu majora. Wykrzyczałem swój
wyuczony meldunek i wyprężony jak struna z niepokojem wpatrywałem się
w twarz pryncypała. Na szczęście ta wyrażała nie tylko pogodę, ale
i pewien rodzaj uznania.
Aha!
Już wiem, o co chodzi - pomyślałem z ulgą. Faktycznie, major
przywitał mnie z szacunkiem godnym olimpijczyka. - widocznie tak musiałem
być opisany przez przedstawicieli Resortu Spraw Wewnętrznych. Wylewnie wygłosił
zadowolenie: że oto żołnierz z jego oddziału jest tym, który przyczyni się
do rozwoju sportu w mieście Grudziądzu. Stoi przed nim doskonały trener,
a takiemu należy udzielić wszelkiej aprobaty. Z czerwonymi uszami
słuchałem tej opinii na wyrost, nie widząc jak się zachować. Skonsternowany, w końcu
wydukałem coś od siebie: że postaram się nie zawieść dobrej opinii armii
i pracować na chwałę swojej jednostki - czy jakoś podobnie.
Przyjąwszy
na odchodne gratulacje i dobre życzenia, uskrzydlony, pełen triumfu wracałem do
rejonu zakwaterowania - gdzie już czekała na mnie stała przepustka. Od teraz
każdego popołudnia mogłem bez przeszkód przekraczać bramę koszar. Byłem jednym
z niewielu, którzy dostąpili takiego przywileju.
6
Pierwsze
wyjście wypadało wykorzystać na odszukanie i podziękowanie swojemu
dobroczyńcy - za takiego bowiem uznałem owego oficera milicji. Po zasięgnięciu
informacji, dość szybko odnalazłem go we wskazanej kancelarii Komendy Miasta.
Oficjalnie zaproszony, podjęty kawą, w przyjacielskiej rozmowie wymieniliśmy
sobie uwagi o poziomie uczestników, ich zaawansowaniu i miejscu
treningu. Właściwie na tym kończyła się jego rola. Ode mnie teraz zależało, jak
sobie poradzę dalej.
Czas
przyspieszył. Niezwłocznie zadzwoniłem do domu, by przysłano mi klubową dżudogę
(kimono). - Przezornie trzymałem w sypialnianej szafie,
a z pewnością już napoczęły ją mole. Nie czekając końca tygodnia,
wyprasowany, przepisowo podopinany i odpowiednio pouczony, udałem się na
pierwszy trening. Jeszcze bez torby treningowej, za to z głową pełną obaw
i wątpliwości.
Moje
wkroczenie na salę nie miało charakteru uroczystego, nie było oklasków ani
fanfar, po prostu trening akurat trwał. Na macie kilkunastu młodych chłopaków
ćwiczyło chwyty pod okiem niewiele od nich starszego kolegi i nikt nie zwracał
na mnie uwagi.
Stojąc
na uboczu miałem czas przyjrzeć się ćwiczeniom, wyposażeniu sali oraz strojom
w jakich trenowała młodzież. A stroje były przeróżne, głównie dresy,
jakieś własnej roboty niby kimona, kolorowe koszule, między tym bieliły się
nieliczne dżudogi. Rolę tatami spełniała
z powodzeniem porządna zapaśnicza mata. Lecz główną uwagę poświęciłem
trenującym - właśnie przerabiali rzuty biodrowe. W miarę dobre wejścia,
właściwe ustawienia i poprawne przerzuty, kończyło niestety karkołomne
lądowanie, bez wyhamowania i najmniejszej amortyzacji. Młody instruktor
nie zwracał na to uwagi. Pokrzykiwał, demonstrował elementy rzutu, ale nie
reagował na błędy w technice tzw. padów. Obserwując poszczególnych zawodników
wyrabiałem sobie powoli pogląd na poziom ćwiczących, a w miarę przebiegu
treningu rodziło się coraz więcej uwag mimo, że wiele przemawiało na korzyść
nie tyle prowadzącego, ile stopnia zaawansowania trenujących. Nie byli to
absolutni nowicjusze.
Stojąc
pod ścianą ciągle byłem traktowany jak przypadkowy gap. Nie przyciągałem
niczyjej uwagi. Dopiero gdy trening miał się ku końcowi, po obowiązującym Rej
czyli japońskim podziękowaniu, podszedłem do instruktora. Przedstawiłem się
i wyjawiłem powód swojej obecności. Ten, ku zaskoczeniu, zareagował
zdziwioną miną. Żadne wcześniejsze wieści jakoby miał przybyć jakiś nowy
trener, nie były mu znane. - Nie do wiary! Przecież przynajmniej prowadzący
powinien być uprzedzony - pomyślałem. Nieco uspokoiła informacja, że główny
instruktor jest nieobecny, a chwilowo zastępuje go ten młody człowiek. Na
następnym treningu sprawa powinna się wyjaśnić.
Wracałem
do jednostki co najmniej zmieszany. Przecież wszystko miało być załatwione,
a tu proszę - nikt nic nie wie? Do wyjaśnienia przyszło mi czekać całe
trzy dni.
W tym
czasie zajęcia na „militarnej uczelni” przebiegały swoim rytmem: wkuwanie na
przemian z oraniem pola ćwiczeń. Zmieniła się tylko moja pozycja
w pododdziale.
Wieść
o pracy w klubie rozniosła błyskawicznie, co sprawiło, że u jednych
wzbudziłem nieukrywaną zawiść, u innych tylko taką sobie zazdrość. Lecz
ani jedni ani drudzy nie mieli pojęcia, że wszystko może ulec zmianie, bo gdyby
z treningów nic nie wyszło, najgłupiej byłoby przedstawić sytuację
przełożonym. Ci bowiem widzieli mnie już, co najmniej, na liście „czołowych
trenerów Polski" - stąd brała się ich przychylność. I marny mój los gdyby
cała historia skończyła się niczym. Toteż nietrudno sobie wyobrazić, ile
napięcia kosztowało oczekiwanie najbliższego treningu. Na dobitkę, przywieziono
mi z Bydgoszczy żądane kimono, z nomen omen, gratulacjami.
Nadszedł
wreszcie dzień, w którym miały się rozwiać wątpliwości. Tym razem na
trening przyszedłem wcześniej. W szatni powoli robiło się tłoczno. Schodzący
z zaciekawieniem spoglądali na obcego, nie zadając pytań. Nie byłem
zdecydowany: przebierać się czy nie? W końcu nie wytrzymałem. Ubrany
w dżudogę wyszedłem na salę. Było mi już wszystko jedno czy to ja będę
kogoś trenował, czy ktoś mnie. Ważne, że znowu mogłem znaleźć się na macie.
Teraz
dostrzegłem zainteresowanie. Brązowy pas wzbudzał ciekawość. Był to
z pewnością pierwszy tego koloru pas, jaki ci młodzi ludzie mieli okazję
oglądać na czyimś kimonie, a pewnie niejeden o takim marzył. Wszak
pozwalało na to drugie kiu, a nie szóste, które upoważniało do
noszenia zaledwie białego pasa - obi.
Nie
zwracając uwagi na resztę, sam zacząłem rozgrzewkę. W tym czasie sala zapełniła
się zawodnikami, po czym wszyscy karnie stanęli na macie w oczekiwaniu na
kogoś ważnego. Po chwili, w wejściu ukazał się wcześniej poznany
instruktor w towarzystwie obcego mi człowieka. Mimo dość nietypowej
prezencji domyśliłem się, że to właśnie od niego zależy moja dalsza rola
w klubie. Jedno co o nim wiedziałem to tylko to, że ma na imię
Włodek. - Nazwisko Enerlich jeszcze niczego mi nie mówiło, ale niebawem mogłem
się szczycić przyjaźnią z najbardziej popularną postacią w mieście.
To on był inicjatorem utworzenia sekcji.
Człowiek około
trzydziestki, krępy, powiedziałbym przysadzisty, przy tym szerokie ramiona,
masywne nogi i żylaste ręce świadczyły o nie przeciętnej sile. Jakoś nie
pasowała do tej postury twarz, pełna ujmującego uśmiechu, o ładnych
regularnych rysach, budząca już od pierwszego spotkania sympatię. Cała
nietypowość nowego gościa polegała na tym, że jego prawa ręka zwisała na
temblaku - to tłumaczyło cywilny ubiór i absencję na treningach.
Uszkodzona ręka - jak mi później
powiedziano - była efektem wcześniejszej kontuzji, gdzieś poza salą treningową.
Przedstawiliśmy
się sobie. Bez wylewności, ale z szacunkiem - tym razem bez zdziwienia.
Wyglądało na to, że spodziewał się spotkać mnie na sali, wobec tego nastąpiła
dość ceremonialna prezentacja, z podkreśleniem, że od teraz treningi, jako
wsparcie, będzie prowadził nowy instruktor. Spadł kamień z serca. Zależało
mi, nie tyle na prowadzeniu treningów, ile na uzasadnionym uczestnictwie i… to
zostało załatwione.
Od
tego dnia, dwa razy w tygodniu z torbą na plecach biegałem na swoje
treningi odbywające się na drugim końcu miasta. Równocześnie jakoś dziwnie
złagodniał wojskowy dryl a miasto stało się sympatyczne, przyjazne
i uśmiechnięte. Praca w klubie porywała bez reszty. Jakkolwiek sam
niewiele zyskiwałem na treningach, to jednak z satysfakcją obserwowałem
postępy chłopaków. Przydały się nawyki wdrożone na salach treningowych
w minionych latach.
Prowadzący
sporty walki trener, oprócz poziomu szkolenia, ma jeszcze inny ważny problem na
głowie. Do judo garną się przeważnie chłopcy - chociaż w sekcji miałem
i parę dziewcząt. Właśnie u chłopaków, po kilku czy kilkunastu
treningach pojawiała się chęć pokazania przed innymi, co potrafią - najczęściej
na ulicy. Sprawa stała się poważna, gdy wśród swoich podopiecznych dostrzegłem
zawadiaków, którzy nabierali przedwcześnie przekonania, że nie ma od nich
mocniejszych w osiedlu. Teoria, że judo jest sportem szlachetnym,
nastawionym na obronę i w swoim założeniu na wykorzystaniu agresji
oraz siły przeciwnika - „ustąp a zwyciężysz”, jakoś nie do wszystkich
przemawia. Wkładałem więc wiele wysiłku i szukałem różnych argumentów, aby
zapobiec możliwemu nieszczęściu - mając w pamięci swoje początki.
Przypominam
sobie wydarzenie jeszcze z Bydgoszczy, które o włos nie miały - w
najlepszym razie - kryminalnego zakończenia. Pewnego dnia, gdy z grupą kolegów
wracałem z treningu odludną częścią miasta, zostaliśmy zaczepieni przez
trójkę osiłków. Prowokacyjnie szukali okazji do bójki. Można było ich
zlekceważyć a skończyłoby się na wymianie pogróżek i tyle. Ale nie, nas
judoków nie będzie byle kto bezkarnie zaczepiał!!!
Któryś
z mojej paczki, akurat ten najchudszy ale z najdłuższym stażem w sekcji,
postanowił dać im pokazową lekcję - oczywiście byliśmy gotowi mu w każdej
chwili pomóc. On jednak, nie oglądając
się na nikogo odłożył torbę z dżudogą, podszedł do najbliższego
i korzystając z zaskoczenia, podciął nogi w
najbardziej klasycznym „dużym podcięciu zewnętrznym”- Japończyk
powiedziałby na to: o
soto gari. Jeśli jest wykonane poprawnie, sprawia, że zgarnięte od tyłu
nogi przeciwnika wyskakują do poziomu ramion Z tej wysokości facet,
w pozycji horyzontalnej, całym ciężarem wali plecami o podłoże. -
W tym przypadku zamiast maty, był
twardy betonowy chodnik, a rzut wyjątkowo poprawny. Po sekundzie na
ulicy leżał człowiek. Najgorsze, że zamroczony wstrząsem nie dawał znaku życia.
Dwaj pozostali oceniwszy swoje niewielkie szanse w bójce, woleli ustąpić
z placu boju. Za to my zachowaliśmy się jak ostatnie szczeniaki. Widząc,
że mimo odludzia pojawili się gapie, porwawszy torby, nie patrząc za siebie
zwiewaliśmy co sił w nogach. Byle jak najdalej od miejsca incydentu.
Dopiero
w domu przyszedł czas na oprzytomnienie. Pewność że uczestniczyłem w
przypadkowym zabójstwie nie dawała spokoju. Przez najbliższe dni
spodziewałem się w każdej chwili milicyjnej wizyty. Szczęśliwie skończyło
się na strachu. - A tak niewiele brakowało.
Albo
inny przypadek - też z moim udziałem - w którym nie trzeba było dużo, a
przybrałby tragiczny obrót. Podobnie jak
poprzedni miał miejsce w latach szkolnych, a więc w okresie
ledwie rozpoczętej „kariery sportowej”.
Jeden
z moich szkolnych przyjaciół uwikłany w perypetie miłosne, spodziewał
się lania ze strony rywali, bowiem miał nieszczęście zaangażować się
w pannę wyjątkowo atrakcyjną, lecz niestety nie samotną. Wobec tego do
kogóż mógłby się zwrócić o pomoc, jak nie do mnie, „wielkiego dżudoki”!
Wybraliśmy
się więc razem na spotkanie - on ze swoją wybranką, a ja… z jego
rywalami. Randka przebiegła spokojnie i bez zakłóceń, ale tylko do pewnego
momentu. Bo w drodze powrotnej drogę zastąpiła nam zgraja łobuzów, z
których tylko paru było w poważniejszym wieku, reszta, raczej smarkacze.
Natomiast z postawy było widać, że nie mają zamiaru nam podarować. My
z kolei nie mieliśmy ochoty ustąpić. Nikt też nie wysilał się na
pertraktacje, więc prawie natychmiast rozgorzała bójka. Otóż szybko okazało się,
że mimo liczebnej przewagi, we dwóch jesteśmy dużo lepsi i za chwilę to oni
oberwą. Wtedy jeden z napastników, chcąc koniecznie wygrać, albo może żeby
tylko postraszyć, sięgnął po nóż. Dla mnie jednak było to wyzwanie. Przekonany
o własnej sile i umiejętnościach wiedziałem, że bez trudu
unieszkodliwię nożownika, a tu, już w pierwszym starciu ostrze
przejechało po żebrach. Widok krwi, która chlusnęła z otwartej rany,
natychmiast ostudziła wojownicze zapędy. Przestraszony nożownik, pozbywszy się
ambicji, po prostu wziął nogi za pas, zabierając ze sobą równie przestraszonych
koleżków. Miałem szczęście, rana okazała się rozległa, ale niezbyt głęboka,
a sprawca dopiero początkującym zabijaką. Skończyło się na kilkunastu
szwach i parotygodniowej przerwie w treningach.
Opis
tych wydarzeń powinien uświadomić wszystkim „wojownikom”; jak łatwo sobie
przekreślić albo nawet skrócić życiorys, gdy się głupio wykorzystuje
umiejętności sportów siłowych. Te kanony starałem się wszelkimi sposobami wpoić
podopiecznym. W pewnym sensie byłem za nich odpowiedzialny. Na szczęście
odpowiedzialność, jak i sprawy treningowe mogłem dzielić ze wspomnianym
Włodkiem - znanym powszechnie Włodem.
Jego
uszkodzona ręka dość szybko wróciła do pełnej sprawności i od tego czasu
treningi prowadziliśmy wspólnie. Podział był prosty. On zajmował się stroną
siłową i kondycyjną, ja techniczną. Uzupełnialiśmy się doskonale, w wyniku
czego, niedługo potem nasza współpraca
przerodziła się w naprawdę serdeczną przyjaźń. Bowiem oprócz klubu, obu
nas łączyły inne bliskie zainteresowania. Włodek był niepisanym królem
miejscowego światka żeglarskiego. Uzdolniony szkutnik, jachtowy instruktor,
opiekun wodniackiej młodzieży, cieszył się mirem nie tylko w Grudziądzu, ale
również na jeziorach mazurskich. Z tej racji ja, jako ”doświadczony”
płetwonurek, też mogłem go fascynować. Mnie zaś imponowała jego popularność.
Toteż na zasadzie wzajemnych preferencji, niebawem stałem się bywalcem jego
domu, a z chwilą nastania sezonu żeglarskiego, stałym gościem
przystani żeglarskich nad niedalekim jeziorem Rudnik.
Z czasem
poszerzyło się grono znajomych. Coraz rozleglejsze kontakty towarzyskie
pozwalały poznać nowych, ciekawych ludzi i miasto. Grudziądz robił się
w moich oczach coraz piękniejszy. Coraz częściej gorąco przepraszałem za niedawne
obelgi miotane pod jego adresem.
7
Wiosna
przyniosła również zmiany w życiu służbowym (od: służba wojskowa). Po
półrocznym szkoleniu pierwszy awans. Starszy szeregowy to jeszcze żaden
stopień, ale dla mnie już się liczył. Kwalifikował do grupy tak zwanych
„starych żołnierzy”, a to niejednokrotnie jest ważniejsze od szarży.
Gdzieś
na początku maja, na jednej z porannych zbiórek pododdziału z ust dowódcy
padło pytanie zadane z całą powagą: „Kto umie dobrze pływać?” Nikt takiego
pytania się nie spodziewał. W mojej formacji powyższa umiejętność nigdy
nie była wymagana. Więc o co chodzi? Po chwili zgłosiło się paru desperatów
z wiarą… że nie przyjdzie im przepływać Wisły. Oczekując na jakąś
szczególną atrakcję zgłosiłem się i ja. Wierzyłem w głębi ducha, że
jeszcze coś niecoś zostało z umiejętności pływackich.
Otóż
jednostka szczyciła się basenem na własnym terenie. Wiedzieliśmy o nim.
Lecz swoim żałosnym widokiem, opróżniony, nikogo nie napawał otuchą, że może
posłużyć kiedyś jako obiekt sportowy. Wprawdzie miał olimpijskie wymiary, ale
oprócz wymiarów nic w nim nie było olimpijskiego. Służył do zupełnie
innych celów. Każdego rana przynajmniej kompania próbowała go napełnić.
Sąsiadował z boiskiem, wobec tego zaraz po pobudce zbierały się nad nim
pododdziały ćwiczące zaprawę poranną. Który z zaspanych rycerzy nie zdążył
się wysikać pod oknami koszar, leciał do basenu. Na szczęście ten, dziurawy jak
sito, zamiast gromadzić daninę, tylko śmierdział szczochami. Aż tu nagle
proszę, zwierzchnictwo postanowiło po niewielkim remoncie napełnić go czystą,
prawdziwą wodą. I żeby mógł kiedyś w pełni nazywać się pływackim,
zgodnie z przepisami należało postawić nad nim ratownika. W związku
z takim zamierzeniem szukano kandydatów - na razie na przeszkolenie.
Naraz
i we mnie dał o sobie znać wodniacki zew. Zgłosiłem swoją kandydaturę mimo
świadomości, że „dwa grzyby w barszczu” to za dużo. Ale jak nie skorzystać
z propozycji zrobienia uprawnień ratownika WOPR, kiedy okazja pcha się
sama w ręce?
Swoich
konkurentów przelicytowałem Książeczką Płetwonurka - było to trochę więcej niż
karta pływacka. Potrzebowano dwóch. Tym drugim musiał być ktoś równie dobry. No
i znalazł się. Kto? Oczywiście… pisarz batalionowy. Taki przecież zawsze
wszystko umie i we wszystkim jest najlepszy, i to raczej ja powinienem
dorównywać jego kwalifikacjom niż odwrotnie. To nic, że nie miał dowodów
potwierdzających umiejętności, ale miał za to tupet, zdolność przekonywania,
i niezachwiane przekonanie… że jakoś sobie poradzi. A przede wszystkim,
był najbliżej szefostwa.
Parę
dni później, obaj zaopatrzeni w odpowiednie karty podróży, wyruszyliśmy
oddelegowani na trzytygodniowy kurs do Stargardu Szczecińskiego. Tam mieliśmy
odbyć pełen zakres szkolenia ratowniczego.
Na
miejscu czekało nas zupełnie inne życie. Ciągle wojskowe, ale wolne od zbiórek,
pobudek, musztr. Niczym jakaś szczególna elita żołnierska zamieszkaliśmy w eleganckich
pokojach hotelowych. Po śniadaniu w kasynie oficerskim, udawaliśmy się na
okazały kryty basen. Kilka godzin wykładów plus zajęcia pływackie,
i wracaliśmy do naszych hotelowych kwater. Po obiedzie w tym samym
kasynie, zbijaliśmy bąki włócząc się po mieście.
Pierwszy
dzień kursu zgodnie z moimi przewidywaniami poświęcony był sprawdzianowi.
Należało zaliczyć wyznaczony dystans dowolnym stylem, lecz w określonym
czasie - tego wymagały reguły zrozumiałe dla przyszłych ratowników.
Jak
większość, poradziłem sobie z próbą bez większych problemów. Natomiast
w maksymalne osłupienie wprawiły pływackie wyczyny mojego
kolegi-kancelisty.
Po
desperackim zeskoku - do którego trzeba było długo nakłaniać - zaczął pokonywać
dystans… jakby nie w tą stronę co trzeba. Dziwnie łatwiej mu było pionowo
w dół, niż w poziomie do przeciwległego brzegu. Osiągnąwszy dno,
chaotyczną szamotaniną usiłował wydostać się ku powierzchni, lecz zarówno siła
ciążenia, jak i zbyt mała gęstość materii akurat na taką ewolucję mu nie
pozwalała. „Też płetwonurek?” - pomyślałem zaskoczony - „a może nie umie
pływać!” Niestety to drugie było bliższe prawdy.
O ile
wcześniej z rozbawieniem patrzyłem na instruktora, który z wielkim
drągiem z brzegu obserwował przyszłych ratowników gotowy do wyciągania
tonących, tak teraz z szacunkiem dla jego zdolności przewidywania albo
doświadczeniu, widziałem jak robi z niego użytek. Było to moje pierwsze
zetknięcie z tak absurdalnym brakiem samooceny. - Na co liczył facet,
który nie potrafił utrzymać się na wodzie? W jaki sposób chciał zostać
ratownikiem!? Przecież do niego należało w przyszłości czuwanie nad
bezpieczeństwem na kąpielisku. Podobnych „pływaków” wyłoniło się jeszcze
kilku. - Z identycznym fenomenem miałem się spotkać parę lat później.
O tyle zrozumiałym, gdyż dotyczył adeptów nurkowania, a tych, jak
wiadomo powinna cechować umiejętność poruszania się w większości pod wodą.
Tymczasem
mój niedoszły „współratownik” z poczuciem hańby wracał do jednostki. Nie
zazdrościłem mu. - Dzisiaj wiem, że tacy jak on i w takich
sytuacjach potrafią wyjść obronną ręką, a nawet zrobić z siebie
skrzywdzonego bohatera.
W grupie
kilkunastu kursantów z różnych jednostek okręgu bydgoskiego, pozostałem
jedynym reprezentantem swojej „uczelni”, zatem martwiła mnie nieciekawa
perspektywa: latem będę trzymał dyżury nad wodą... bez zmiennika.
Kurs,
mimo skróconego trybu, obejmował cały zakres programu. Po trzech tygodniach
nauki, zaliczeniu nieodzownych egzaminów, wracałem do - jak to się ładnie
nazywało - macierzystej jednostki. Wprawdzie bez należnego mi dokumentu
w formie Książeczki Ratownika, za to z wpisem do Książeczki Nurka
(którą przezornie z sobą zabrałem) - „ukończył kurs z wynikiem
pozytywnym”. Wspominam o tym, bo owej książeczki nigdy nie miałem dostać
do ręki, mimo zapewnień, że niebawem zostanie przysłana. Nie pomogły żadne
zabiegi. Ktoś po prostu zrobił interes na wojsku. Wpis w Książeczce Nurka
był jedynym potwierdzeniem. - Parę lat później umożliwił mi podwyższenie
ratowniczych kwalifikacji.
Wracałem
nie tyle do „macierzystej jednostki”, ile bardziej do swojej braci z sali
treningowej i rudnickich pomostów.
8
Wraz
z wiosną zaczął się ruch na wspomnianym Rudniku -
rozległym, a niezbyt urodziwym akwenem oddalonym o jakieś pięć albo
sześć kilometrów od miasta. Otóż jako najbliższy przyjaciel Włoda - „pierwszego
po Bogu” wśród żeglarskiej wiary - korzystając z niedzielnych przepustek
coraz częściej bywałem w stanicach rozsianych wokół jeziora. Na zasadzie
szczególnych przywilejów mogłem też korzystać z przejażdżki
w charakterze pasażera albo co najwyżej... balastowego. Natomiast, mimo
usilnych zabiegów Włodka i jego jachtowych kumpli, nie potrafiłem wzbudzić
w sobie większego zainteresowania żeglarstwem. Po trochu dlatego, że ten
akurat sport wydawał mi się zbyt statyczny - bo ani uczucia szybkości, ani
związanych z jego brakiem, emocji - a po trochu z typowej dla
mnie przekory. Pamiętam że w dzieciństwie z tego samego powodu nie
nauczyłem się jeździć na łyżwach. (Zresztą nie umiem do dzisiaj). W Bydgoszczy,
mieście pociętym kanałami, prawie wszyscy uprawiali łyżwiarstwo. Tylko ja
uparcie unikałem łyżew, nie chcąc być tak jak wszyscy. Ot, takie moje
dziwactwo.
Za
to jezioro Rudnik interesowało mnie z zupełnie innej strony, mianowicie
czy nadaje się do nurkowania. Głębokość nie była tu rewelacyjna, zaledwie
kilkanaście metrów. Równie mało rewelacyjna była widoczność, ale ponieważ okolica
nie posiadała bardziej atrakcyjnego zbiornika, wiedziałem, że wcześniej czy
później zdecyduję się na podwodną eskapadę.
A
wracając do jachtowego tematu, chciałbym wspomnieć pewien ni to epizod, ni
wydarzenie. Po prostu taka sobie zabawna historyjka, która miała miejsce parę
miesięcy po tym, jak pierwszy raz zetknąłem się z grudziądzkimi
żeglarzami. Już słynąłem jako kompletny żeglarski laik, w dodatku
z tych, którzy całe żeglarstwo mają w głębokiej pogardzie. Mimo to
Włod, widząc że daję się czasami przewieźć na łódce, wskazał pewnego dnia
swojego regatowego „Fina” ze słowami: - Wsiadaj stary i płyń.
Było
to bardzo szlachetne, lecz mocno ryzykowne polecenie. Ale cóż miałem robić?
Łódka stała otaklowana, w pełni gotowa do rejsu.
Z tremą
wgramoliłem się do kokpitu i odepchnąłem od kei. Po chwili, goniony
podmuchem pędziłem nie bardzo wiedząc dokąd, aż znalazłem się na środku
jeziora. Podpatrywanych wcześniej nawigacyjnych umiejętności starczyło do
momentu, kiedy wiatr zmienił kierunek. Łódź, czując rękę żółtodzioba stanęła,
a ja nie bardzo wiedziałem, co robić dalej!? Zrozpaczony szukałem już
tylko ratunku w pagaju, ale tego, akurat nie było
Działo
się to szczęśliwie za wyspą i nikt nie oglądał moich perypetii. Tkwiłem
bezradny w miejscu, lecz w pewnym momencie powiało z właściwej
strony. Znowu ruszyłem: - teraz, oby jak najkrótszą drogą zmykać do swojego
pomostu i odstawić tę cholerną łajbę!
Na
szczęście wiatr pchał ciągle w pożądanym kierunku. Kiedy deski pomostu
były dwa metry od dziobu, puściłem szot i oddałem ster w lewo. Łódka
natychmiast wyhamowała, po czym posłusznie skręciła. Delikatnie dotknąłem
burtą kei i zatrzymałem się w jej połowie. - Cały manewr był trochę
dziełem przypadku, a trochę wcześniejszych obserwacji. Kiedy stanąłem na
brzegu, niczym sępy dopadli mnie chłopaki od żaglówek. Posypały się pretensje:
-
Stary! Po coś tyle czasu ukrywał, że jesteś sternikiem jachtowym? My i tak
wiedzieliśmy że masz patent!
W ich
przekonaniu nie do pomyślenia było, żeby Włod przyjaźnił się z kimś, kto
nie miał co najmniej patentu żeglarza. A tak naprawdę…? Kiedy zobaczyli
mnie samego na łodzi i w dodatku w tej, na którą mogli tylko
popatrzeć z daleka, polecieli do Włodka z wymówkami. Ten, żeby
ratować twarz, musiał uciec się do bezczelnego kłamstwa:
-
Kochani! Andrzej jest starym sternikiem jachtowym, możecie się od niego uczyć.
Nie
wiem, na ile ich przekonał, ale moje lądowanie na „jajeczko”, rozwiało
wątpliwości. Odtąd byłem facetem, który mógłby wiele jeszcze pokazać, lecz nie
chce się chwalić.
Niespodziewanie
nadeszło lato. Początek czerwca przyniósł piękną, upalną pogodę. Toteż zgodnie
z decyzją szefostwa rozpocząłem wachty nad swoim wojskowym basenem. Jego
remont ograniczył się do wycięcia krzaków, połataniu dziur i jako takim
zmyciu dna, wobec czego po zalaniu wodą, wypełniała go brudna, zmącona toń bez
możliwości dojrzenia dna nawet w najpłytszym miejscu. Mimo wszystko uznano, że
nadaje się do pływania.
Natomiast
jeden z pierwszych dyżurów o włos nie zakończył przed czasem mojej
ratowniczej działalności. Któregoś dnia przymaszerował pluton. - W ramach
zajęć w.f. pierwsza dla tego pododdziału kąpiel w nareszcie uruchomionym
basenie. Stojąc nieopodal, obserwowałem czynności żołnierzy po komendach
dowodzącego. Wszystko odbywało się karnie, w najlepszym porządku. Jednak,
gdy tylko pierwsi stanęli w gaciach, wstąpiło w nich szaleństwo. Nikt
już nie czekał na instrukcje, pouczenia czy rozkazy. Bez uprzedzenia, ile sił
w nogach hurmem runęli w stronę brzegu pływalni. Zaskoczony nie
zdążyłem zrobić jakiegokolwiek gestu, by zapobiec nieuniknionej katastrofie.
W efektownych łamańcach, po wyskoku wpadali w mętność basenowej zawiesiny.
Pozostało mi tylko powstrzymać tych „spóźnialskich” i czekać, aż wypłyną
pierwsi.
Kiedy
wynurzyli się - na szczęście w komplecie - ich widok budził przerażenie.
Szybko minęła radość z kąpieli. Przestraszony wyciągałem po kolei
nieboraków, pokaleczonych, porozbijanych i częściowo odartych ze skóry. Kilku
z nich z miejsca nadawało się do ambulatorium - a i tak
dobrze, że nie do szpitala na oddział chirurgii urazowej.
Basen
w najgłębszym miejscu miał 1,5 metra. Wszyscy wiedzieli, ale widok
wody i porażające słońce zaćmił mózgi.
Sprawa,
szczęśliwie dla mnie rozeszła się po kościach, minęła bez konsekwencji - a mogło
być paskudnie. Późniejsze zajęcia przebiegały spokojniej. Przezornie przestrzegałem
i zabraniałem skoków, przy tym szczególną przyjemność sprawiało mi
pouczanie szarży, czułem się wtedy naprawdę na stanowisku.
Moje
obowiązki związane z pływalnią, po miesiącu zakończył sanepid. Przysłana
komisja orzekła, że woda nie nadaje się do kąpieli. Spuszczono ją więc
i basen znowu stał się tylko betonową atrapą.
Koniec
roku szkolnego zawieszał na okres wakacji działalność sekcji dżudo.
Postanowiliśmy z Włodem przeprowadzić wewnętrzny turniej, by na jego podstawie
wyłonić najlepszych, i jeszcze w aktualnym roku szkolnym nadać wyższe
stopnie wtajemniczenia, a wraz z nimi wręczyć upragnione żółte pasy.
Turniej
miał charakter oficjalny, z udziałem władz klubu oraz publiczności.
Impreza więc nie tylko udana, ale ze wszech miar pożyteczna, gdyż walnie
przyczyniła się do rozpropagowania, nieznanej wszystkim, dyscypliny. Ponadto,
podnosiła naszą rangę -Włoda i moją - jako trenerów.
Po
turnieju żegnałem się z chłopakami, obiecując sobie, że za dwa miesiące
spotkamy się znowu w komplecie.
9
Tymczasem Samochodowa Szkoła
Podoficerska wraz z innymi jednostkami garnizonu przygotowywała się do
corocznie organizowanych zawodów lekkoatletycznych. Wśród wielu kandydatów
miałem i ja szansę zakwalifikować się do udziału w którejś z konkurencji.
- Z powodzeniem mogłem wystartować w biegach na średnim dystansie.
Biegi
nie były nigdy moją koronną dyscypliną, ale już w szkole średniej brałem
udział (z różnym rezultatem) w międzyszkolnych mityngach. Chciałem
więc ponownie spróbować swoich sił.
Ku
własnemu zaskoczeniu, w eliminacjach na szczeblu jednostki zająłem drugie
miejsce. W takiej sytuacji miałbym powód, żeby pękać z dumy, gdyby
nie fakt, że ten pierwszy wyprzedził mnie o… półtora okrążenia. Tak czy
inaczej zakwalifikowałem się do reprezentacji.
Przez
trzy tygodnie poprzedzające zawody z pasją trenowałem biegi parę godzin
dziennie. Wracałem do oddziału zziajany, spocony, ale pewny dobrego rezultatu
na bieżni.
Aż
nadszedł dzień startu. W bojowym nastroju wraz z innymi zawodnikami
zameldowałem się na stadionie. Dobrego samopoczucia nie psuła nawet świadomość,
że nie jestem w stanie pokonać kolegi z własnej jednostki - starego
lekkoatlety z toruńskich klubów. Za to podniecała myśl o drugim
miejscu, co na szczeblu garnizonu byłoby nie lada triumfem.
Na
chwilę przed startem do biegu na moim dystansie, czyli na 1500 metrów,
zrobiło się zamieszanie. Zabrakło jednego z zawodników. W związku
z tak wyjątkową sytuacją mógł wyjść na bieżnię każdy, kto czuł się na
siłach.
I nie
wierzę oczom! Nagle na starcie pojawia się kolega z mojej drużyny.
Żałosne, zapijaczone chuchro o fizjonomii walczącego z gruźlicą
leptosomatyka. Zawsze samym wyglądem wzbudzał litość. Nie dość, że nie brał
udziału w eliminacjach, to pamiętam, ile razy na marszobiegach
zabieraliśmy od niego plecak, karabin i pozostałe oporządzenie byle
dociągnął do miejsca zbiórki. „I ten gość chce z nami starować, na
tak trudnym dystansie?” - pomyślałem szczerze rozbawiony.
Nie
było czasu na perswazje. Gdyż za chwilę rozległ się strzał startera.
Ruszyliśmy, i naturalnie, jak było do przewidzenia już po pierwszych kilkudziesięciu
metrach na czele stawki sunął nasz toruński szybkobiegacz, a dystans do niego
rósł z każdą chwilą. Ja biegłem według własnej taktyki. Nie zmieniając tempa
dawałem się wyprzedzać innym, większość bowiem, niczym sprinterzy wyrwała do
przodu. Wiedziałem że po drugim, trzecim okrążeniu i tak będę miał ich za plecami.
Lecz tuż za mną, dzielnie trzymał się mój drużynowy koleś. Czekałem kiedy
spuchnie i zostanie z tyłu. On jednak ciągle trwał na swojej pozycji
jak przyklejony. Mimo wszystko moja taktyka sprawdzała się - po kolei
wyprzedzałem rywali. Po drugim okrążeniu był już tylko przede mną, hen daleko,
prowadzący. Dystans do pozostałych zaczął się zwiększać, za wyjątkiem cherlaka.
Ten, świszcząc i rzężąc biegł nadal tuż za mną. -„Jeszcze będzie sprint
przed metą” - kalkulowałem - „wtedy go zgubię”.
Kilkadziesiąt
metrów przed linią mety gwałtownie przyspieszyłem. I co? pożal się Boże
rywal, zamiast zostać w tyle, zaczął mnie doganiać. Po chwili miałem go z przodu.
Wychodziłem z siebie, by odzyskać utraconą pozycję. A tu nic.
Doznałem wrażenia, jakbym zatrzymał się w miejscu, gdy w ty czasie konkurent,
niczym na skrzydłach pruł do mety. Minąłem linię kilkanaście kroków za nim.
Chociaż
nie dawałem po sobie poznać, czułem się zdruzgotany. Nie dlatego, że dobiegłem
trzeci - to było do przełknięcia. Przegrałem z kimś, kto uchodził za
ostatniego fajtłapę. Znaczyło, że byle pijaczysko jest lepsze ode mnie. To nic,
że reprezentanci pozostałych jednostek przybiegli na dalszych pozycjach,
bardziej doskwierała gorzka świadomość; - nie dość, że nie jestem wicemistrzem
garnizonu, to nawet nie jestem najlepszy w swojej jedenastoosobowej
drużynie! Gratulowałem wygranej, ale w duchu życzyłem mu połamania nóg.
Zdobyty dyplom schowałem gdzieś głęboko na dno szafki.
Program
zajęć szkolnych urozmaiciła, oczekiwana przez większość, nauka jazdy. Ja akurat
miałem swoje prawo jazdy włącznie z pozwoleniem na prowadzenie samochodów
ciężarowych, lecz nie chwaląc się, jak inni uczestniczyłem w szkoleniu. Po
pierwszych obowiązkowych lekcjach manewrowania, długą kolumną samochodów
wyruszaliśmy za miasto, aby tam nabywać sprawności w poruszaniu się
w ruchu, tarasując przy okazji skutecznie na parę godzin okoliczne szosy.
Gdy
ta umiejętność została w miarę opanowana, przystąpiliśmy do doskonalenia
sztuki pokonywania bezdroży. Przenieśliśmy się w dziki teren. Najgorsze,
że teren wcale nie był aż tak dziki, i właśnie przez to daleko trudniejszy.
Temu miał służyć miejscowy autodrom - rozjeżdżony, poryty koleinami błotnisty
ugór, który sprawiał kłopoty nawet starym kierowcom. Ciężarówki raz po raz grzęzły
w błocie i nie zawsze dawały sobie rady terenowe „Stary” z napędem na
cztery koła. Pokonanie całej trasy bez przymusowego zatrzymania, świadczyło
o naprawdę dobrym opanowaniu kunsztu szoferskiego. Mnie, jak wielu innym,
też nie od razu się udawało.
Przypominam
sobie dzień, kiedy to na jednej z lekcji nie bacząc na przestrogi,
próbowałem z fantazją przejechać zdradliwy, grząski wykrot. Przed
przeszkodą rozpędziłem swojego „Stara” i… z całym impetem wryłem się
w bagnistą dziurę. Przeciążony silnik nie miał ochoty ciągnąć dalej. Po
prostu zdechł.
Utartą
karą za brawurę oraz brak umiejętności, było uruchamianie go korbą. Na
ogół potulnie poddawaliśmy się sankcji, świadomi winy, jak i tego, że
instruktorami byli tzw. „starzy żołnierze”. W wojskowej tradycji miało to
niejednokrotnie znaczenie większe od starszego stopniem - oczywiście
nieformalnie.
W moim
przypadku instruktorem był starszy szeregowy ze stażem o rok dłuższym od
mojego. Różnica więc przepastna. I ten fakt, jego zdaniem, dawał mu absolutną
władzę nade mną.
Posłuszny
poleceniu wysiadłem z kabiny, i grzęznąc po kolana w błocie
usiłowałem dobrnąć przed maskę. Wreszcie dotarłem. Kompletnie upaćkany,
oślizgłymi palcami wsunąłem korbę w otwór zderzaka - nawet tak prosta
wydawałoby się czynność, w tej sytuacji była sztuką, gdyż samochód stał
przechylony z zadartym kuprem, gdy jego przednia część tkwiła
w kałuży. Toteż każdy obrót musiał wywołać błotną fontannę. Mimo to
desperacko zabrałem się do uruchamiania milczącego motoru.
W chwili
przekręcenia korby, mój wszechwładny, a „niezmiernie dowcipny” instruktor,
przypomniał sobie o starym numerze, jaki robi się niedoszłym kierowcom.
W połowie obrotu wyłączył stacyjkę. Zwykle jest tak, że wyłączony
w nieodpowiednim momencie zapłon powoduje tzw. odbicie. Korba gwałtownie
cofa się wstecz po czym jak końskie kopyto wali na oślep i dobrze, jeśli
kończy się tylko na wybiciu kciuka. Tym razem w porę puściłem uchwyt a końcówka
pręta przeleciała obok dłoni. Przekonany, że to tylko przypadek, ponowiłem
próbę. Efekt - identyczny!
Spojrzałem
w stronę kabiny, gdzie zza szyby triumfalnie patrzyła na mnie roześmiana, chamska
gęba instruktora „figlarza”. - Nieopodal, ze skarpy, również z rozbawioną
miną przyglądał się całej zabawie sierżant kierujący zajęciami. Dla niego też był
to taki sobie figiel.
Kiedy
zwróciłem uwagę, że niebezpieczne wygłupy mogą się skończyć źle dla starszego
służbą, twarz sierżanta nadal wyrażała wesołość.
Puściłem
wiązankę instruktorowi, i przystąpiłem jeszcze raz do uruchamiania. Za to
mój dowcipniś uznał, że zabawa staje się coraz fajniejsza: jeden wkurzony,
drugi wesoły, wszystko jak należy! - Bawmy się więc dalej! Po chwili, ponownie
w porę wyłączony zapłon dał takiego kopa, że korba wypada mi z ręki
i ledwie uniknąłem uderzenia.
Teraz
już figle się dla mnie skończyły. Zapomniałem też o utartych, „śmiesznych”
obyczajach szkoleniowców. Nie spiesząc się, bo trudno się było spieszyć
w grzęzawisku, podszedłem do drzwi kabiny. Za nimi siedział, ciągle
jeszcze rozbawiony, pewny swojej nietykalności starszy szeregowy
z półtorarocznym stażem - bo cóż mógł mu wobec takiej przewagi zrobić
młody żołnierzyk, w dodatku kursant.
Możliwe,
że dzięki owej pewności siebie dziwnie łatwo dał się wysadzić z fotela.
Krótki lot zakończyło efektowne lądowanie w błocie. Próbował poderwać się
do bójki, ale to tylko pogorszyło sprawę. Biedak nie przewidział, że
w pewnych okolicznościach może nie być lepszy. Szarpnięty w przód,
rozciągnął jak długi na brzuchu. Dźwignią na łokieć przydusiłem go do kałuży
i odczekałem aż dobrze nasiąknie. Chwilę bronił się rozpaczliwym
wierzganiem, w końcu dał za wygraną. Już nie stawiał oporu. Po dłuższej chwili
pozwoliłem mu wstać.
Jakże
żałośnie wyglądał, dzielny jeszcze niedawno, wicerezerwista. Zgarniając błoto
z twarzy pierwsze błagalne spojrzenie skierował na prowadzącego podoficera,
ale ten, o dziwo, cały incydent kwitował tym samym, niezmienionym,
pobłażliwym uśmiechem. To odebrało nieszczęsnemu nauczycielowi wszelki zapał
i wiarę w sprawiedliwość. Mnie zaś serdecznie ulżyło. Podwójnie, bo gdyby
cała akcja nie spodobała się sierżantowi, to z całą pewnością wylądowałbym w
areszcie.
Nie
czekałem na dalszy ciąg wydarzeń, zasiadłem za kierownicą, uruchomiłem
rozrusznik i po włączeniu przedniego napędu powoli wyprowadziłem samochód
z pułapki.
Przygoda
skończyła się na niespełnionych pogróżkach. Chociaż jeszcze kilkakrotnie razem
pokonywaliśmy trasy, nie wracaliśmy w rozmowie do autodromowego zajścia.
Przypuszczam, że instruktor już nie powtarzał swojego dowcipu z zapłonem
wobec innych.
Podobnych
incydentów w swoim armijnym curriculum vitae miałem kilka,
z różnym wynikiem, lecz ten wydaje się dzisiaj najbardziej efektowny, a
i równie pożyteczny. Nadmienię, że jako słuchaczowi wojskowej „uczelni”
nie było dane, tak naprawdę zetknąć się z tzw. falą. Po prostu kontakty ze
starszym rocznikiem były dość ograniczone, lecz zachowanie mojego, jakby nie
patrzeć kolegi-instruktora, stanowiło swojego rodzaju przejaw fali. Okazuje
się, że i z tym można sobie poradzić.
Dni
letnich miesięcy upływały na częstych zajęciach w terenie, prawie
coniedzielnych odwiedzinach chłopaków w Rudniku i krótkim urlopie
okolicznościowym spędzonym w Bydgoszczy.
Wraz
z końcem wakacji Grudziądz zatętnił młodzieżą, a sąsiadujące z nami
Liceum Pedagogiczne znowu wypełniło się znajomymi dziewczynami. Zrobiło się
bardziej interesująco i barwnie.
W połowie
września powróciły przerwane treningi. Przybyło kilka twarzy, a wśród nich,
dwie całkiem niebrzydkie „dżudoczki”. Początkowo nie wiedziałem czy traktować
je na równi z resztą zawodników, czy też bardziej ulgowo. Ostatecznie
uznałem: nie ma lekko, wszyscy dostają
jednakowo w kość!
Z upływem
czasu powstała już prawie mała damska drużyna. Dziewczęta jak cała reszta
trenowały z zapałem. Natomiast, o ile technicznie dorównywały
chłopcom, to nijak nie dawało się wykrzesać z nich, tak niezbędnej
w walce, agresji. Ich randori,
czyli walki treningowe, wyglądały śmiesznie. Wszystkie bez oporu poddawały się każdemu
rzutowi przeciwniczki i nie pomagały perswazje ani żadne opeery. W końcu
dałem spokój, pogodziłem się z babską naturą. Chłopaków w tym czasie
musiałem hamować, by ćwiczenia… nie zamieniały się w bójki.
10
Nastała
jesień, a z nią czas podjęcia ważnej - prawie życiowej - decyzji. Kończył
się roczny okres szkolenia, toteż słuchacze Podoficerskiej Szkoły Wojsk
Samochodowych generalnie przygotowywali się do końcowych egzaminów. Wiedziałem,
że jeśli przebrnę je pozytywnie, to znajdę się wśród dowódców-instruktorów
tejże szkoły - większość wyemigruje w Polskę. Do mnie należało teraz
ustosunkowanie się do propozycji, jaką przedstawiała mi armia, bo: albo jeszcze
rok w służbie zasadniczej? Albo, dwa lata w nadterminowej. Ta druga
propozycja dawała uprawnienia nieomal żołnierza zawodowego, ale nieuchronnie
skazywała na dodatkowy rok w wojskowym drylu. A że przywykłem już do
koszarowego życia, po pobieżnym przeanalizowaniu wszystkich; za i przeciw,
opowiedziałem się zdecydowanie za zawodowstwem. I tak zostało. - Kiedyś na
długo przedtem, jeden z kolegów widząc, jak noszę czapkę na bakier,
orzekł: - Ty już zostaniesz w armii na zawsze! I oto miało się sprawdzić!
Egzaminy,
zgodnie z przewidywaniem, przeszły bez niespodzianek. Zaraz po nich nominacje
na pierwsze stopnie podoficerskie. Kapral to już nie starszy szeregowy. Nareszcie
mogłem przejść na „ty” ze swoim dowódcą drużyny i od teraz przejąć formalnie
etat dowodzącego.
Około
listopada jednostka opustoszała. Pozostali jedynie żołnierze służby zasadniczej
oddziału technicznego, no i kadra. Kadra w najszerszym tego słowa
znaczeniu, bo nie tylko zawodowa, ale wszyscy, którzy mieli wziąć udział
w przygotowaniu następnego rocznika przyszłych podoficerów.
Jeszcze
w tym samym miesiącu dopełniałem formalności zmiany swojego wojskowego
statusu. Już nie pamiętam części biurokratycznej. W pamięci został mi za
to moment, kiedy w magazynie mundurowym wymieniałem swoje ciężkie buty ze spinaczami
na wyjściowe półbuty przysługujące tylko kadrze zawodowej. Wraz z nimi
fasowałem: mundur nowego kroju, pas tzw. oficerski, furażerkę i torbę-raportówkę,
a zamiast plecaka, porządną skórzaną walizkę. Tak wyekwipowany wprowadziłem się
do małego pokoiku wygospodarowanego z pomieszczeń kompanii.
Równocześnie
skończyły się zbiórki, zaprawy poranne, pospieszne posiłki w stołówce
żołnierskiej. W zamian za to, śniadania i obiady w kasynie.
W miejsce przepustek, swobodne wyjścia i powroty o każdej porze
dnia. Służba wojskowa zaczęła być pracą, za którą otrzymywałem zupełnie
przyzwoite apanaże.
W drugiej
połowie listopada, wraz z przybyciem poborowych rozpocząłem działalność
szkoleniowo-wychowawczą na stanowisku zastępcy dowódcy plutonu.
Pamiętam
pierwsze problemy, jakie niesie za sobą zmiana ról z dowodzonego na
dowodzącego. Szybko dostosowałem się do nowych warunków. Zacząłem też całkiem
dobrze radzić sobie z problemami - nie zawsze ku zadowoleniu podwładnych.
Ale
nade wszystko, w wyniku powyższych zmian zostałem pełnoprawnym obywatelem
miasta Grudziądza, gdy popołudniami w cywilnym stroju mogłem swobodnie
paradować po ulicach, wzbudzając zazdrość kolegów, którzy pozostali
w służbie zasadniczej. Na niwie wojskowej bywało różnie. Moje sukcesy
dowódcze przeplatały się z porażkami. O tych ostatnich starałem się
jak najszybciej zapomnieć. Pierwsze natomiast - co uważam za normalne - na
dłużej pozostały w pamięci.
Zaliczam
do nich pewien przypadek, który nawiasem, niewiele miał wspólnego
z dowódczymi talentami za to przyniósł korzyść nie byle jakiego rodzaju.
Otóż jeden z podwładnych wiedząc o moich zainteresowaniach
nurkowaniem, zaproponował mi sprzedaż aparatu powietrznego, który - jak
twierdził - jako bezużyteczny rupieć zalegał w kącie jego piwnicy. Niesamowita
okazja. Podjąłem więc propozycję bez wahania. - Trzeba pamiętać, że w owym
okresie posiadanie prywatnego sprzętu nurkowego było czymś niezwykłym, bowiem
wyłączny monopol na jego użytkowanie miały przede wszystkim kluby.
Nie
zaprzątając sobie głowy ceną, przystałem na żądne warunki - w beztroskim,
kawalerskim bytowaniu stać mnie było na taki wydatek. Szkopuł tkwił w tym,
że po nabytek musiałem jechać aż do dalekiego Słupska.
W któreś
sobotnie popołudnie wsiadłem do pociągu i z listem polecającym
w kieszeni, udałem się pod wskazany adres. - A następnego dnia, byłem
posiadaczem własnego akwalungu.
Wracając, już snułem plany samodzielnych, podwodnych wypraw - o tym jednak
mogło decydować posiadanie dodatkowo skafandra. Obawiałem się, że z tym
będzie gorzej. Lecz od czego znajomości i łut szczęścia.
Minął
tydzień, jak rozpuściłem wici po mieście. Ku mojemu zaskoczeniu wieczorem
przyleciał któryś z kolegów z informacją, że na jego strychu leży
coś, co mogłoby przypominać skafander - może nie nurkowy, ale na pewno
wodoszczelny. Pobiegłem w te pędy. Po obejrzeniu okazało się, że jest to
istotnie skafander, tyle że ewakuacyjny dla załóg radzieckich okrętów podwodnych.
Jednak po niewielkich przeróbkach mógł być przystosowany do nurkowania. Co do
szczelności - z tym musiałem poczekać. Kupiłem bez długich rozmyślań,
zwłaszcza że kosztował mnie grosze. Bezzwłocznie też zabrałem się do
modernizacji. W pierwszym rzędzie należało odciąć dolną część nogawek
zakończonych wielkimi niezdarnymi łapciami, by w ich miejsce wkleić zwykłe,
wysokie kalosze - kupione w najbliższym sklepie obuwniczym. Po kilku
próbach udało się wreszcie połączyć wszystko we właściwy sposób
i właściwej kolejności. Teraz mogłem przystąpić do sprawdzenia w wodzie.
Pierwszy
sprawdzian wypadł prawie dobrze. Jednak najsłabszym punktem był swoisty rodzaj „włazu”,
gdzie w piersiowej części uniformu umieszczono jak gdyby szeroki dodatkowy
rękaw z elastycznego, gumowego płótna. I to on właśnie, jak wskazuje
nazwa, służył do wchodzenia.
Żeby się ubrać, należało w ów właz
wcisnąć najpierw nogi, później górną część ciała. Będąc już wewnątrz, naciągnąć
na głowę szczelny kaptur po czym znaleźć taki sposób zawiązania włazu, by przez
zagięcia węzła nie dostawała się woda - lecz akurat to było najtrudniejsze. Do
końca nie rozszyfrowałem systemu. Bywały nurkowania, kiedy to nie wiedząc
dlaczego, wychodziłem z wody zupełnie suchy.
Gdy
już cały podwodny ekwipaż miałem skompletowany, nadeszła zima. A że prace, zarówno
wojskowo-szkoleniowe, jak i działalność klubowa przebiegały bez
incydentów, mogłem sobie pozwolić na snucie planów… zimowej eksploracji jeziora
Rudnik. Ponadto mroźne lutowe dni, podsycały wyobrażenie o pierwszym
w życiu nurkowaniu pod lodem - co nawet dla doświadczonych nurków było
czymś niezwykłym.
Wreszcie
stało się. Pewnego niedzielnego poranka z grupą przyjaciół, wyekwipowani
w sprzęt nurkowy, liny tudzież siekiery, ruszyliśmy za miasto na zamarzniętą
taflę. Ustaliwszy miejsce, koledzy zabrali się do wyrąbywanie przerębla - gdy
ja w tym czasie trzęsącymi rękoma zakładałem na siebie cały swój
przydźwigany rynsztunek. Lód był wyjątkowo gruby, więc chłopaki namordowali się
zdrowo, lecz po pół godzinie mogliśmy zacząć podwodną wyprawę.
Sprzęt
nałożony jak należy, automat oddechowy pracuje bez zarzutu, jeszcze tylko
sprawdzenie linki asekuracyjnej... i pod wodę!
Linka
asekuracyjna, która we wcześniejszych eskapadach spełniała rolę tylko
sygnałowej, tym razem miała być prawdziwą „linką życia”. Od niej zależało, czy
kiedy odpłynę od przerębla, będę mógł do niego wrócić. Każda jej grubość wtedy
wydaje się zbyt mała, a każdy węzeł za słaby.
Moja
rzeczywiście nie robiła wrażenia mocnej, ale od czego wiara w Opatrzność.
Jeszcze raz - niezbyt uczciwie - zrobiłem rachunek sumienia, po czym
przeżegnałem się pobożnie i usadowiony na krawędzi, zamknąwszy oczy
chlupnąłem do lodowej dziury, jak w czarną przepaść.
Pierwsze
odczucie to paraliżujące zimno. Gołe dłonie i odsłonięta część twarzy
drętwieją do bólu. Parzy zimnem każda kropla pod maską. Równocześnie przez
węzeł na piersiach zaczyna przenikać pierwsza strużka wody i niczym sopel
wrzucony za koszulę, „rozkosznie” rozpływa się po ciele. Wszystko to głupstwo,
ważne, że automat podaje powietrze, można oddychać. Jeszcze znak do Włoda-sygnalisty,
że wszystko OK! Odruchowe nabranie oddechu z aparatu, i w dół.
Wraz z głębokością, skafander pod wpływem wzrastającego ciśnienia pozbywał się
resztek zalegającego powietrza, a w załamaniach, mimo kilku warstw
bielizny boleśnie podszczypywał skórę.
Głębia
w tym miejscu wynosiła około ośmiu metrów, zatem już w połowie ból
w uszach zasygnalizował konieczność zrobienia przedmuchu. Przełamując
niechęć do jakiegokolwiek wysiłku, przycisnąłem maskę do nosa, by mocnym
dmuchnięciem zniwelować napór wody na błonę bębenkową. Ulżyło po drugiej próbie
- i podlodowy świat od razu pod stał się bardziej litościwy. Nadspodziewanie
szybko zobaczyłem szary muł dna i... nie mogłem wyjść z podziwu. Jezioro,
w którym widoczność latem nie przekracza 1,5 metra, teraz pozwalała
na odróżnianie przedmiotów z odległości sześciu, siedmiu metrów i to
mimo pokrytej śniegiem, grubej warstwy lodu.
Mulista
płaszczyzna bez roślinności i żadnych przyciągających wzrok szczegółów nie
nadawała się do długiego oglądania. Jak wszędzie przypominała pusty, księżycowy
krajobraz. Rozejrzałem się pobieżnie, a nie napotkawszy nic godnego uwagi, po
pokonaniu krótkiego dystansu, ruszyłem ku powierzchni. Chciałem teraz obejrzeć taflę
od strony, którą tylko nieliczni mają możliwość oglądać. Pionowo dopłynąłem do
lodu i… pierwszym, co przykuwa uwagę nurka-podglądacza, jest lśniąca, ruchoma
kałuża pod sufitem ze szklistej masy. Swoim połyskiem,
kształtem, ruchliwością, jak żywo przypomina rozlaną rtęć. Rozedrgana,
pulsująca i przybywa jej z każdym wydechem. Dotknięta dłonią rozpada
się na drobne kropelki, które po chwili wracają do swojej kałuży. Niezwykłe
zjawisko zadziwia i ekscytuje. Nakłania do zabawy.
W
końcu zaspokoiwszy ciekawość, zacząłem rozglądać się za innymi wrażeniami.
I nagle... co to!? Nad głową kroczą w parze dwa owalne cienie, obok
następne, śmiesznie podskakujące. Ni to kaczki, ni to mewy, ni jakieś dziwne,
zabawne stwory. Trzeba chwili, żeby domyślić się, że są to po prostu ludzkie
stopy - wykuty przerębel i cuda, które się w nim działy, zwabiły
gapiów a każdy ich krok podglądany od dołu, przypomina spacerującego ptaka.
Zapatrzony
w podlodowe dziwowisko mógłbym zapomnieć o zimnie
i niebezpieczeństwach, gdyby nie powtarzające się, natrętnie nerwowe
szarpnięcia linki. Doprowadzają one czasem do pasji, zwłaszcza gdy ma się nad
sobą mało doświadczonego sygnalistę. Nurkującemu nie zawsze starcza
świadomości, że asekurowanie z góry sprawia więcej emocji niż samo
nurkowanie. Sygnalista, stojąc na krawędzi przerębla z liną w ręku,
w wyobraźni najczęściej widzi wszystko co najgorsze. Nie wie, co się
dzieje z facetem uwiązanym na drugim jej końcu, w dodatku pod lodem.
Na odsłoniętym akwenie może obserwować wypływające pęcherze powietrza,
a po ich regularności potrafi odczytać kondycję swojego nurka. Tutaj nic,
poza niezrozumiałymi ruchami sygnałówki. Dlatego na każde swoje szarpnięcie, co
sekundę chciałby mieć bezzwłoczną odpowiedź: „Wszystko w porządku”.
Niepokojony ciągłym poszarpywaniem,
jakoś panowałem nad chęcią natychmiastowego wynurzenia po to, by posłać
wiązankę komu się należała. Lecz w końcu cierpliwość uległa wyczerpaniu.
Wkurzony ruszyłem ku dziurze. Linka, jeszcze przed chwilą przeklinana, teraz
była jedynym drogowskazem. Tylko ona pokazywała właściwy kierunek.
Na
tle białego lodu ukazał się ciemniejszy kwadrat, więc miałem już pewność, że
wracam tam, skąd przyszedłem - czyli do normalnego świata. Lecz kiedy ujrzałem
rozpromienioną, pełną szczęścia twarz Włoda, zapomniałem o wszelkich
złościach. Nawet, gdy z jakąś nienaturalną gorliwością wywlókł mnie na lód
jak zdechłą fokę - jakby bał się, że zechcę zaraz wrócić w czerń
przerębla.
Zasmarkany,
nieco zzieleniały z zimna, naprawdę miałem ochotę wejść tam jeszcze raz,
ale powietrza w butlach zostało raptem na parę minut pływania. Powtórne
zanurzenie więc nie miało sensu. Z pomocą kolegów zdjąłem z pleców
aparat i jeszcze z maską w ręku rozejrzałem się po przybyłych.
Pierwszym, który zwrócił na siebie uwagę był, ku zaskoczeniu, znajomy
z mojej jednostki major. Jako pierwszy podszedł, żeby się przywitać - był
chyba szczęśliwy, że mógł uścisnąć rękę „prawdziwego nurka”. Wśród opowiadań
o wrażeniach, likwidowaliśmy stanowisko. Po godzinie, zadowolony
z udanej wyprawy, wracałem do domu - albo bardziej poprawnie - miejsca
zakwaterowania.
Następny
dzień przyniósł niemiłą niespodziankę - wezwanie do raportu. Nie mogłem pojąć.
Liczyłem raczej na wyrazy podziwu, a tu dywanik, i to u samego
dowódcy jednostki. Okazało się, że spotkany major opisał moje wyczyny tak
malowniczo i tak sugestywnie, że pryncypałowi włosy stanęły dęba. Aby
w przyszłości uchronić jednostkę przed stratami w ludziach,
postanowił „bohaterowi wodnych przestworzy” udzielić surowego upomnienia.
Wyszedłem z gabinetu z poczuciem krzyczącej niesprawiedliwości. Ale
trudno, nurek i takie przypadki musi wkalkulować w ryzyko swojej
profesji.
Refleksje po jakimś szczególnym
wydarzeniu nachodzą najczęściej dopiero najbliższej nocy. - Podobnie było po
moim pierwszym nurkowaniu pod lodem. Wieczorem, gdy leżałem wygodnie
w łóżku, zamiast snu wyobraźnia podsuwała najgorsze scenariusze. Uparcie
powracało widmo realnego ryzyka: czym by się skończyło, gdyby rzeczywiście
pękła linka, odwiązała albo wypadła z rąk sygnalisty? Gdyby zawiódł
reduktor, czy choćby odpiął się pas balastowy, albo spadła płetwa? W normalnych
warunkach w każdej z takich sytuacji było wyjście. Natomiast w nurkowaniu
pod lodem wszystkie podobne przypadki stanowiły wielokrotnie poważniejsze niebezpieczeństwo.
Bo - zgubienie linki to utrata łączności z powierzchnią, szukanie drogi
powrotnej po omacku na chybił trafił. Każdy obrany kierunek mógł być dobry albo
niedobry. Jeśli jest jako taka głębokość i w miarę przyzwoita
przejrzystość, można z dołu wypatrywać zbawczego otworu. Lecz jeśli jest
on poza zasięgiem widoczności, zaczyna się bezładne krążenie. Pojawia się
strach nie do opanowania. Z każdym wdechem ubywa powietrza w butlach,
aż wreszcie zaczyna go brakować, i tylko wyjątkowo szczęśliwy przypadek pozwali
wyjść cało z opresji

! Jezioro Rudnik. - Dobrowolnie w
czerń przerębla
2 Włod - i ja na sznurku gdzieś
tam pod lodem
.
-
Awaria automatu (reduktora) to urwany w połowie wdech albo haust wody
zamiast powietrza. Rozpoczyna się rozpaczliwy wyścig z czasem,
a droga ucieczki ku powierzchni jest wielokrotnie wydłużona. Dobrze jeżeli
doświadczony sygnalista zorientuje się w porę i ciągnąc linkę przyspieszy ewakuację. Lecz częściej
popuszcza ją, nieświadomy niczego. Wtedy ratuj się sam.
-
Głupie, wydawałoby się zgubienie pasa balastowego, a nastąpi bezwładny lot
ku skutej lodem powierzchni - dodam, że klamra balastu jest tak skonstruowana, by
odpięcie było jak najłatwiejsze, toteż nie trudno o zgubę. Wówczas brak stateczności utrudnia
manewrowanie i nie daje możliwości przemieszczenia.
Takie
ponure wizje przelatują przez głowę akurat wtedy, gdy czas spać. Koszmary, od
których trudno się opędzić, powracają po kilka razy. Przewraca się człowiek
z boku na bok z łomotem serca. W końcu, gdzieś nad ranem, zapada
w kojącą drzemkę.
Do
lata przyrzekłem sobie dać spokój z podwodnymi przygodami. Lecz już dwa
miesiące później, przypadek zrządził, że z przyrzeczenia nic nie wyszło.
Mroźna
zima 65 roku, tak jak gwałtownie nadeszła, tak równie niespodziewanie
złagodniała. Już na początku marca zapachniało wiosną. Szkolenie przyszłej
kadry podoficerskiej nabierało tempa, a akurat w tym czasie dopadło mnie
jakieś, zwykłe dla tej pory roku, przeziębienie. Jego przebieg był na tyle
łagodny, że zamiast leżeć uwięziony w swojej służbowej kwaterze,
postanowiłem chyłkiem wyjechać do Bydgoszczy.
Już
pierwszy etap podróży o mało nie skończył się nieprzyjemnościami.
Siedziałem w dworcowej restauracji w Laskowicach czekając na
połączenie kolejowe, gdy nagle przy stoliku pojawiło się dwóch smutno
wyglądających jegomości. Jeden z nich, tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał
maszerować za sobą. A że polecenie wydane było bardziej urzędowo niż zaczepnie,
podporządkowałem się bez oporu - za plecami czułem oddech drugiego, jako
eskortę. Po chwili znalazłem się w pomieszczeniu dworcowego posterunku
milicji. Zrazu nie mogłem zrozumieć tej niespodziewanej zmiany lokalu. W
dodatku, bez jakichkolwiek wyjaśnień z miejsca padły pytania,:
-
Skąd? Dokąd? Dlaczego? I na końcu polecenie prawie w formie komendy: Dowód
Osobisty!
Nie
miałem. Jedno, co mogłem okazać, to Książeczka Wojskowa. Położyłem na biurko
wojskowy dokument licząc na jego niezaprzeczalną wagę. Okazał się jednak zbyt
mało wiarygodny. Zażądano innego. A tu pusto w kieszeniach. Nic, czym
mógłbym się dodatkowo legitymować. W tej sytuacji jedynym ratunkiem było
podanie numeru telefonu oficera dyżurnego jednostki - tylko on mógł potwierdzić
prawdziwość personaliów. Lecz przecież to wpadka. Nie wolno mi przed nikim
ujawniać zwolnienia lekarskiego. Na szczęście w ostatniej chwili, kiedy
posterunkowy sięgał po słuchawkę, przypomniałem sobie o schowanej
w torbie Książeczce Zawodnika. Ten dokument wystarczył, pozwolono mi
wrócić na peron. Odetchnąłem. Zaciekawiony już chciałem zapytać o powód
tej mało uprzejmej kontroli, gdy obejrzawszy się za siebie, na ścianie ujrzałem
plakat. Przedstawiał zbira poszukiwanego przez wszystkie posterunki
w Polsce a jego oblicze, naprawdę nie należało do sympatycznych. - Nie
wiem czy zrobiło mi się raźniej, gdy opuszczałem komisariat. Na dobrą sprawę
pod drzwiami powinna stać już spora kolejka takich jak ja pięknisiów!
Przedstawiony portret pasował bowiem do każdej, mniej lub bardziej chrześcijańskiej
facjaty.
W domowych
pieleszach zapomniałem o incydencie i... przeziębieniu. Toteż zgodnie dobrym
obyczajem należało odwiedzić najpierw przyjaciół z sąsiedztwa, a potem kolegów
w klubie. Tak, rankiem następnego dnia udałem się pod lokowską siedzibę
zrzeszenia płetwonurków, licząc, że zastanę kogoś z kim będzie można przez
chwilę pogadać. Natomiast na miejscu zdziwił mnie niezwykły, jak na tę porę,
ruch. Do stojącego przy chodniku klubowego robura ładowano butle, skafandry,
liny, oraz cały szpej potrzebny do nurkowania. Podszedłem by się przywitać,
a przede wszystkim dowiedzieć, co to za wyprawa. Chyba na mnie czekali! Bo
z miejsca padła informacja i zarazem pytanie:
-
Jedziemy szukać topielców, zabierasz się z nami?
Momentalnie
poczułem, jak wraz z napływem adrenaliny kurczy się żołądek. Intensywnie
zacząłem rozmyślać: o nieodpowiednim ubiorze, braku czasu i innych
„ważnych” przeszkodach, które w rzeczywistości były mało istotne.
Jednocześnie całkiem odruchowo wypaliłem:
-
No jasne!
-
No to się pakuj.
Nie
pytałem o więcej. Dorzuciliśmy jeszcze trochę niezbędnego sprzętu
i w drogę.
Trasa
wiodła nad Zalew Koronowski - to około 35 kilometrów od Bydgoszczy.
Ekipa poszukiwawcza, jak na tak poważną akcję przedstawiała się wyjątkowo
skąpo. Jechało nas zaledwie czterech nie licząc kierowcy. Kierownik ekspedycji,
dawny mój instruktor, z racji funkcji nie powinien wchodzić pod wodę.
Zostało więc trzech do „mokrej roboty”, nic więc dziwnego, że tak chętnie
zaoferowano mi udział w wyprawie. O szczegółach nieszczęścia mieliśmy
dowiedzieć się dopiero na miejscu.
W Koronowie,
przed posterunkiem czekała na nas ekipa milicyjna, toteż po zdawkowej
prezentacji, poprowadzeni przez radiowóz, kolumną zajechaliśmy nad brzeg zalewu
- możliwie najbliżej miejsca przypuszczalnego utonięcia. Wszystko odbywało się
bez słów, w milczeniu i prawie grobowej atmosferze. Na miejscu, nie zwlekając
przystąpiliśmy do rozkładania sprzętowej bazy. Krótko po nas przybyli ściągnięci
świadkowie wypadku - równie ponurzy i milczący, jednak widząc ekipę, wykazali
nieco większe ożywienie, ale dopiero pociągnięci za języki, z przymusem
odsłonili przed nami obraz… prawdziwej tragedii. - Miała ona miejsce trzy
miesiące wcześniej, gdy zalew częściowo pokryty był lodem - niby wówczas mocnym
i wydawało się, bezpiecznym, więc na jego tafli często bawiły się dzieci.
Feralnego dnia też widziano znajomą trójkę. Naraz... dzieci zniknęły. Została
tylko wiele mówiąca wyrwa na krawędzi płyty. Samego wypadku nikt nie
zauważył, nie chciano więc przyjąć od razu najgorszego. Ale gdy dzieciaki nie
wróciły na noc, wszystko stało się jasne.
Nie pamiętam czym tłumaczono; dlaczego nie
podjęto akcji poszukiwawczej - a raczej wydobywczej - od razu. Wtedy miejsce
było wyraźnie zaznaczone. Teraz my musieliśmy zacząć poszukiwania opierając się
na raczej wątpliwych domysłach. Zadanie trudne i najbardziej czasochłonne.
Na domiar, zmierzona głębokość w tym rejonie wynosiła dwadzieścia jeden
metrów. A to już nie żarty. Nic więc dziwnego, że zarówno straszność opowiadania, jak i groza głębi
sprawiła, że nie czuliśmy się najpewniej.
Gdy skompletowany sprzęt już zalegał
na stoku nabrzeżnej pożółkłej łąki,
nieuchronne pytanie zabrzmiało jak wyrok. - Kto wchodzi pierwszy? Czy to przez skromność, czy też z innego
powodu, jakoś nikt się nie odezwał. Byliśmy tak zmrożeni historią, że musiał
zadecydować „marynarz”. No i… w tego typu losowaniu nigdy nie miałem szczęścia.
Gdy
inni z ulgą tylko patrzyli, ja ubierałem na siebie nowy, zupełnie nieznany
mi sprzęt. Po raz pierwszy zakładałem skafander typu „Foka” - trzyczęściowy
ubiór z płótna gumowanego, z maską zakrywającą w całości głowę oraz
twarz, a połączona kołnierzem z resztą uniformu, umożliwiała regulowanie
ciśnienia od wewnątrz za pomocą własnych płuc. Walory tego typu skafandra
ujawniają się dopiero po długim treningu, natomiast dla nieobeznanych, mógł być
naprawdę niebezpieczny. - Na szczęście wtedy nie wiedziałem o tym.
Pośpieszne pouczenie brzmiało: - Broń Boże nie
oddychaj nosem, bo się zatrujesz. Trzymaj ustnik w zębach i oddychaj
tylko ustami! - To musiało wystarczyć.
Z obawą,
ale i z pewnym zaciekawieniem nakładałem na wełnianą bieliznę
poszczególne elementy innowacyjnego kompletu. Z kolei aparat, jakkolwiek inny
od tych, które wcześniej znałem, raczej nie krył tajemnic. Był to pierwszy
polskiej konstrukcji aparat oddechowy, o nazwie „Mors”. Powietrzny,
z automatem o jednostopniowym systemie rozprężania i dwóch
ośmiolitrowych butlach. Dla mnie nowością, do której musiałem dopiero
przywyknąć, było urządzenie rezerwy. Zmyślny mechanizm odcinał dopływ powietrza
przy spadku ciśnienia w butlach do
wartości, która gwarantowała zapas do bezpiecznego wypłynięcia. Aby
przywrócić możliwość oddychania, należało ściągnąć specjalną dźwignię. (Taki
system jest stosowany w większości aparatów na świecie, lecz ja do dzisiaj
chwalę sobie stary, rosyjski sygnalizator gwizdkowy.) Teraz nie miałem wyboru.
Należało ubierać sprzęt, jaki był na wyposażeniu.
Gotowy
do nurkowania, wszedłem do wody by zrobić obowiązkowe zanurzenie sprawdzające.
Zatem wykręciwszy efektowny piruet tuż pod powierzchnią, upewniony, że wszystko
funkcjonuje, wgramoliłem się do czekającej łodzi - wypożyczonej z niedalekiej
przystani - i wypłynęliśmy na zalew. Poszukiwanie prawdopodobnego miejsca
załamania się lodu - którego już niema - nawet po kilku dniach jest trudne, a
co dopiero po takim czasie. I chociaż od brzegu dzieliła stosunkowo niewielka
odległość, odnalezienie trwało kilkanaście długich minut. Wreszcie z lądu
oznajmiono okrzykiem:
-
To tam!!!
Jak
zawsze, nie bez emocji przetoczyłem się przez burtę i po sekundzie
zawisłem w toni. Zalew zadziwił przezroczystością - Przez większą część
roku widoczność nie przekracza w nim kilku metrów. Tym razem miała chyba
kilkanaście.
Rozpocząłem
zanurzanie. Ostrożnie spływałem w dół kontrolując jednocześnie działanie
oporządzenia. Na piątym metrze zaczęły się kłopoty z uszami. Coraz
bardziej narastał dokuczliwy ból: - lecz jak w takiej masce zrobić
przedmuch? - Bezradny, zadawałem sobie ważne pytanie. Ostatecznie pomogło
energiczne przełknięcie śliny. Mogłem schodzić niżej - byle pilnować
oddychania, bo każde wdmuchnięcie nosem, to napełnienie skafandra zdradliwą
mieszaniną powietrza z dużą zawartością dwutlenku węgla. Starałem się więc
respektować przestrogę. Na razie szło dobrze. Jeszcze jeden próg ciśnieniowy
oznaczał, że mam nad sobą kilkunastometrowy słup wody. Pomimo dobrej
widoczności dokoła panowała egipska ciemność. Na szczęście z mroku już
wyłonił się pierwszy zarys dna. Nareszcie!
Ale
co to?
Poczułem,
jak pod wełnianą czapką jeżą się włosy. Przez moment przestałem oddychać. Nie
miałem nawet odwagi ruszyć płetwą. Na szarym, smolistym, spowitym
w półmroku mule, leżało coś nieznanego! Coś jak kontur olbrzymiej
ośmiornicy z szeroko rozczapierzonymi mackami: Skąd tu w zalewie
ośmiornice!? A może to jakiś potworny pająk? - przelatywały przez głowę
absurdalne myśli. Ale nie ruszał się! To dobrze: a jeśli taki kształt
przyjął utopiony malec? Po trzech miesiącach nic nie wiadomo. Powoli zbliżyłem
się do tego czegoś. Dotknąłem palcami, i ulga. Upiorny „pająk” okazał się
zwykłym pniakiem. Woda podmyła i odsłoniła korzenie, nadając mu
niesamowity, irracjonalny kształt. W sąsiedztwie majaczył następny
„pająk”. Z innej perspektywy wyglądał równie upiornie. Podpłynąłem już
z większą odwagą. W obszarze widoczności majaczyło kilka innych.
Do
przesyconego azotem mózgu dotarła w końcu świadomość: przecież nurkuję
w zalewie, sztucznym zbiorniku, gdzie na obecnym dnie jeszcze niedawno
wyrastał dorodny sosnowy las. Nieco uspokojony ruszyłem za liną sygnałową,
prowadzoną z łódki dwadzieścia metrów nade mną. Mimo woli w każdym
z pniaków, zanim nabrał realnych kształtów, widziałem topielca - bo
przecież nie było wątpliwości, że gdzieś tu na pewno powinien być! Wszystkimi
sposobami starałem się zachować spokój. Nie wolno dać się ponieść panice -
chociażby po to, by panować nad prawidłowym funkcjonowaniem. Układ pni był
w miarę regularny, a płynąc dwa metry nad dnem miałem dość rozległe pole
widzenia. Naraz! Coś zakłóciło tę regularność.
Ze
ściśniętym gardłem, prawie na wstrzymanym oddechu podpłynąłem bliżej. To „coś”
już nie wyglądało na pień. Zbliżywszy się na półtora metra, nie miałem
wątpliwości. To był człowiek! Mały, skulony, wtopiony w szlam, spod
którego, oprócz wyraźnie widocznej głowy wystawał skrawek kraciastego
materiału. W obawie że za moment prowadząca łódź odciągnie mnie od
makabrycznego znaleziska, bez namysłu kurczowo zacisnąłem palce na oślizgłej
tkaninie kurtki.- Byle nie puścić!!!
Od
tej chwili zupełnie zapomniałem o kontroli oddychania. Nabierałem i
wypuszczałem powietrze nosem, ustami i czym się dało, a bezwiednie napełniany
skafander, jak balon zaczął wynosić w górę. Po sekundzie, obciążony okrutnym
balastem szybowałem ku powierzchni głową w dół i tylko nabyty,
instynktowny odruch ciągłego wydechu sprawił, że płuca na skutek gwałtownej
zmiany ciśnienia nie zamieniły się w porozrywane strzępy. W tym czasie sygnalista ledwie nadążał
z wybieraniem linki.
Dwie
minuty później, nad lustrem wody ukazały się najpierw moje płetwy opinające
nadęte nogawki, po nich, równie pękaty zadek. Wywołało to - jak mi później
opowiadano - gromki śmiech, ale zamarł natychmiast w momencie, gdy
dostrzeżono… że nie jestem sam.
Podaną
linką szybko obwiązałem dzieciaka i nie oglądając się za siebie, uciekałem
do brzegu. Moje zadanie zostało wykonane.
Dopiero
na twardym lądzie, po zdjęciu pustego aparatu poczułem ulgę. Z satysfakcją
przyjmowałem gratulacje, lecz w oczach widniał mi ciągle obraz
bezkształtnej ludzkiej masy, zagłębionej w mule, i tej chłopięcej,
kraciastej kurteczki - ona najbardziej wryła mi się w pamięć.
Nie
koniec poszukiwań, bo do odnalezienia pozostało jeszcze dwoje dzieci. Do
zanurzenia przygotowywał się już zmiennik. Natomiast moje czynności związane
z przejęciem roli, tym razem płetwonurka asekurującego, uchroniły przed
przeżywaniem tego, co działo się na brzegu.
Nieodłącznym
finałem takich akcji - z czym w przyszłości miałem nieszczęście spotykać
się dziesiątki razy - są sceny bezgranicznej rozpaczy najbliższych,
oczekujących na brzegu. Pryskają wtedy wszelkie tlące się jeszcze nadzieje.
Wynurza się (bez przenośni) obezwładniająca, tragiczna, nieodwracalna
rzeczywistość. I aby chronić resztek jako takiego samopoczucia, czym prędzej
uciekaliśmy nad wodę by zająć się czymkolwiek, byle nie patrzeć na ludzki ból
Po
godzinie bezowocnego krążenia wokół miejsca, w którym znalazłem pierwszego
malca, trzeba było przerwać poszukiwanie. Zapas powietrza drugiego nurka uległ
wyczerpaniu. Poza tym robiło się późno i lada chwila mógł zapaść zmrok.
Zwijaliśmy
sprzęt z poczuciem nie w pełni wykonanego zadania. Na dnie ciągle
jeszcze leżały zwłoki dwojga dzieci. Kontynuowanie akcji przełożyliśmy na dzień
następny.
Wracając
do domu jeszcze raz rozpatrywałem swój ponury sukces - który z upływem lat nabierania
podobnego rodzaju doświadczeń - miał się okazać dziełem wyjątkowego szczęścia.
Na ogół takie poszukiwania ciągną się godzinami, a nawet dniami,
i nie zawsze z dobrym efektem. Tym razem zrządził szczęśliwy
przypadek. - Potwierdziły to wielokrotne jeszcze wyjazdy tej samej ekipy, (już
beze mnie) do tego samego miejsca. W rezultacie, po tygodniu wydobyto
drugiego nieszczęśnika. Trzeciego nie odnaleziono nigdy.
Następnego
dnia musiałem wracać do jednostki, gdyż kończyło się zwolnienie lekarskie.
Równocześnie nielegalność mojego podwodnego dokonania zmuszała do zachowania
pełnej tajemnicy przed przełożonymi. Przez pierwsze dni trapiły jeszcze obawy,
że sprawa może jakimś cudem nabrać rozgłosu, i gdy powoli zapominałem
o wydarzeniu, nagle… zewsząd posypały się powinszowania.
-
Stary! Pisali o tobie w gazecie. Podobno wyciągnąłeś jakiegoś
topielca! - wykrzykiwali z entuzjazmem koledzy.
Struchlałem.
Więc jednak wyszło szydło z worka. Wypierałem się zaciekle, ale bez
przekonania. Wiedziałem, że tym razem nie uniknę dywanika. „Wykroczenie
w warunkach recydywy!” - z takim bagażem na karku, cało się nie
wychodzi.
Mijały
dni, a ja ciągle czekałem z mundurem wyjściowym w pogotowiu. -
Hasło: „Na wyjściowo do dowódcy!” znaczyło zawsze najgorsze. Dopiero po
tygodniu, gdy nikt się nie zainteresował, doszedłem do wniosku, że albo
przełożeni nie czytają gazet, albo machnęli po prostu ręką.
11
Mniej
więcej w tym samym okresie moją uwagę zaprzątnęło coś z goła innego.
Po raz pierwszy Podoficerska Szkoła Wojsk Samochodowych, w ramach rozszerzonej
działalności edukacyjnej zaczęła szkolić adeptów sztuki operowania dźwigami,
koparkami i najrozmaitszym sprzętem budowlanym. Ściągnęło więc wojsko z
odległych garnizonów. Naraz zabarwiło się od różnokolorowych mundurów najbardziej egzotycznych formacji, a wśród
nich, równie mało pospolity w Grudziądzu, uniform marynarski - to Gdynia
przysłała swoich żołnierzy. Naturalnie właśnie on wzbudził u mnie
największe zainteresowanie. Jego nagłe pojawienie się wśród wszechobecnej
zieleni było niczym ożywczy zapach bryzy, sprawiło, że w jakiś podświadomy,
niezrozumiały sposób powróciła tęsknota za morzem - tym, co było ciągle
przedmiotem marzeń. Co prawda chłopaki z „MarWoja” wywodzili się tylko
z jednostek samochodowych, niemniej ich opowiadania przybliżyły nadzieję
spełnienia nie całkiem pogrzebanych planów. Nie byli „moimi” żołnierzami, mimo
to w kontaktach traktowałem ich wyjątkowo przyjaźnie. I właśnie wtedy podczas
jednej z rozmów przewinęła się po raz pierwszy nazwa: BAZA
NURKÓW. Niewiele o niej mogłem wydobyć szczegółów, ale już
zaistniała. Jeszcze jako nikły i bardzo odległy cel, lecz z biegiem
czasu coraz wyraźniej określony. Od pewnego momentu stał się prawie obsesją.
Po
kilku dniach rozmyślań usiadłem do kartki papieru formatu
A4 i najmądrzej, jak tylko potrafiłem, wypociłem raport (tak
w języku wojskowym nazywa się każde oficjalne pismo) do Dowództwa
Marynarki Wojennej. - To był początek upartego wiercenia dziur w brzuchach
najwyższym wojskowym szarżom. Znałem również zawiłości drogi służbowej
i wiedziałem, że odpowiedź nie nadejdzie szybko, jednak uzbrojony
w cierpliwość, z determinacją podjąłem się dopiąć swego.
Ale
było jeszcze coś. Otóż podporządkowany dalekosiężnym planom, miałem do
pokonania jeszcze jeden próg, równie trudny jak zmianę formacji, mianowicie
zmianę miasta. Gdzie po roku zadzierzgniętych przyjaźni i nawiązanych
rozległych znajomości, gdy Grudziądz wraz z jego mieszkańcami stał się
równie bliski jak rodzinna Bydgoszcz, miał być na raz nikczemnie zdradzony! Dla
jakichś mniej lub bardziej wzniosłych ambicji?! A jednak, postanowienie
nieodwołalne. Zdecydowała nie tyle wizja granatowego, marynarskiego munduru
i nie tylko służba w upragnionej specjalności. Równie mocno
przyciągało swoim czarem miasto, do którego czułem szczególne nabożeństwo -
Gdynia. Miasto morza, portu, statków, osławionego Oksywia. Wszystkiego tego, co
przez lata, od najwcześniejszego dzieciństwa kształtowało moją wyobraźnię.
O czym wyczytywałem w niezliczonych książkach i o którym
tylokrotnie opowiadał mi ojciec, wspominając czasy swojej młodości. W Gdyni
skończył szkołę, a zaraz po niej tam rozpoczął pracę. Również tam - zanim
okrutna wojna kazała mu bronić Oksywia - przeżywał swoje pierwsze sukcesy na
bieżniach stadionów .
Póki
co, u mnie toczyło się zwyczajne grudziądzkie życie. Do południa zajęcia
w jednostce, wieczorami, jak nie treningi, to spotkania
z przyjaciółmi, albo w mieście, albo nad jeziorem w pogodne
niedziele. Przy tym kolejne lato zapowiadało się słoneczne, a przez to nie
pozbawione atrakcji. Mogło w jakiś sposób złagodzić czas niecierpliwego
wyczekiwania.
Odpowiedź
na pierwszy raport do dowódcy Marynarki Wojennej nadeszła stosunkowo szybko, bo
przed upływem regulaminowego miesiąca. Z nadesłanego pisma wynikało, że
owszem jest dla mnie etat w „szkolno-bojowej jednostce płetwonurków”, lecz
zgoda należy do dowódcy Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Toteż nie zastanawiając
się długo, wystosowałem monit - tym razem do władz Okręgu - z prośbą
o przeniesienie, i najlogiczniej jak to było możliwe, uzasadniałem powód
swojej decyzji.
- Czas
oczekiwania na odzew, skracały codzienne zajęcia służbowe.
Znowu
zaczęły się letnie wakacje. Odpadły więc treningi, powrócił natomiast zapał do
głębinowych eksploracji. A wierny niecnej zasadzie: im mniej pytań
o oficjalne zezwolenia, tym mniej negatywnych odpowiedzi! wyruszałem cichcem na nielegalne
(z punktu widzenia przełożonych) nurkowania. W nieodłącznym
towarzystwie Włoda, korzystając z kompletnego ekwipunku penetrowałem
bliższe i dalsze akweny. Nie oszczędziłem naturalnie jezior saleńskich. No
i zachwycające ich piękno, udzieliło się przyjacielowi równie mocno jak mnie
przed laty. Po pierwszym wspólnym nurkowaniu przysiągł spędzać wszystkie dłuższe
biwakowania, właśnie tam - nad szmaragdową wodą wśród lasów, trzydzieści
kilometrów od Bydgoszczy, a sto kilometrów od Grudziądza.
W
drugiej połowie lata znowu mocniej załomotało mi serce, gdy któreś
przedpołudniowe zajęcia zakłóciła wiadomość: - Nadeszła odpowiedź ze Sztabu
Okręgu! W te pędy pognałem do kancelarii kadrowca. Niestety, kiedy
z kamienną twarzą podawał mi pismo, wiedziałem, że wieść na pewno nie jest
dobra. Faktycznie, odpowiedź znowu była negatywna. Nie pamiętam uzasadnienia,
ale z całą pewnością minę musiałem mieć nietęgą, skoro rozczulił się nawet
stary kancelaryjny wyga - a przecież niejednokrotnie stykał się
z ludzkimi rozczarowaniami. Za jego namową, po odczekaniu kilku dni
ponownie usiadłem nad kartką regulaminowego formatu, by wykaligrafować kolejną
petycję. Przy tym, jak wcześniej, powołałem się na najbardziej wzniosłe
argumenty, szermując takim hasłami jak: dobro ojczyzny, wzmocnienie obronności
kraju i chwałę armii, a wszystko to na bazie „moich
niewykorzystanych, niewątpliwych talentów i nieprzeciętnie wysokich
kwalifikacji”.
Niezbyt
pewny czy cała ta argumentacja poruszy nieczułe mózgi pryncypałów, gotowy
walczyć do końca, jeszcze raz uruchomiłem procedurę drogi służbowej. Wręczyłem
swojemu dowódcy spreparowane pismo, po czym znowu nadeszły długie tygodnie
oczekiwania.
12
Końcówkę
lata mogłem nareszcie przeznaczyć na pierwszy mój prawdziwy, bo trzytygodniowy
urlop wypoczynkowy. Lecz plany co do jego wykorzystania miałem mocno
niesprecyzowane. Wiedziałem tylko tyle, że pojadę do Bydgoszczy. Nie chciałem
wozić z sobą ciężkiego sprzętu do nurkowania wobec tego, dzień później,
w rodzinnym domu zjawiłem się zaledwie z podręczną torbą. Akurat zastałem
rodziców pakujących się do wyjazdu na niedzielną, daleką wycieczkę. - Ojciec
dawno temu obiecał zabrać matkę do nie często odwiedzanego Ciechocinka swoją
przechodzoną „Syrenką”. Teraz szykowali się z powagą godną nie wiadomo jak
wielkiej wyprawy. Mnie natomiast, Ciechocinek kojarzył się z bliskim
mu Aleksandrowem a ten, z niewidzianą od lat, ciągle
niezapomnianą pierwszą miłością. Toteż zaproponowałem swój udział
w wyjeździe, licząc na niezapowiedziane, szczęśliwe spotkanie.
Słoneczny
niedzielny poranek następnego dnia wróżył udaną imprezę. - W tym miejscu
muszę wyjawić powód, dla którego zabrałem się do opisywania tak błahego epizodu,
jak wycieczka do Ciechocinka. Otóż miało się okazać, że jego skutki
zdecydowanie zaważyły na moim życiorysie.
A
skoro każda szanująca się opowieść musi zawierać wątek miłosny, to
i w tej nie powinno go zabraknąć. Opowieść dotyczy miłości po trochu
sztubackiej, po trochu wzniosłej, wielkiej, a i dramatycznie
nieszczęśliwie szczęśliwej, i jak wszystko co u mnie, nieco
nietypowej (a może tylko mnie się tak wydaje). Niemniej, zamierzam wrócić
wspomnieniem jeszcze do lat szkolnych, kiedy to w któreś wakacje wraz
z dwójką nieodłącznych przyjaciół Pawłem i Genkiem, jako drużynowy
wybrałem się na obóz harcerski do odległego o sto kilometrów
od Bydgoszczy Płochocina. Przypadek sprawił, że trzeciego dnia obozowania
akurat Gienka i mnie oddelegowano - być może jako największych nierobów -
do pomocy w zorganizowaniu kolonii zuchowej w pobliskim Warlubiu,
gdzie gospodyniami kolonii były harcerki chełmińskiego liceum pedagogicznego.
Dziewczyny
jak się patrzy, więc pod ich okiem nie można było się obijać. Świadomi powagi
misji, by przygotować sale z mozołem taszczyliśmy na plecach z piętra
na piętro ciężkie szkolne ławy. - Oczywiście, żeby przy okazji popisać się
sprawnością i zaimponować siłą, bo jakże inaczej wzbudzić zaciekawienie,
o ile nie zachwyt. Opłaciło się. Bowiem oprócz obfitego podwieczorku,
zostałem obdarzony zainteresowaniem pewnej, z całą pewnością
najładniejszej spośród rezydujących tam harcerek, wielkookiej, filigranowej,
uczesanej w warkocz Basi. Jej uroda i sposób bycia były tak
odurzające, iż po pierwszym wspólnym spacerze wiedziałem, że będzie to moja
wielka miłość. Życie jako takie, a obozowe w szczególności,
zapowiadało się więc cudownie. Niestety, kiedy następnego dnia swoją osobistą,
jak uważałem, dziewczynę przedstawiłem Pawłowi, ten z miejsca oświadczył:
-
Też jestem w niej równie ciężko zakochany i nie ma na to rady…
Jeszcze
rozpaczliwie próbowałem pertraktować, ale nie pomogło. Był ode mnie
przystojniejszy i bardziej doświadczony w amorach, wobec tego
wiedziałem, że nie mam innego wyjścia, jak stłuc mu mordę. Zatem zabrałem się
do sprawy bezzwłocznie. I mimo że w tej kwestii miałem przewagę, praliśmy
się równo, zajadle, na samym środku placu apelowego. Rezultat był taki, że
następnego dnia obaj zostaliśmy wylani z obozu. Tak skończyło się
szczęście. Z podbitym okiem wróciłem do domu, by od tej chwili nieustannie
tęsknić i rozmyślać o PIĘKNEJ BARBARZE.
Odwiedzałem
ją parę razy w kolonijnej szkole, ale zajęta swoimi sprawami niewiele
miała czasu dla zakochanego chłopaka.
Skończyło
się lato i urwał kontakt. Czas pędził, a wakacyjna miłość zamiast
blaknąć, trwała. Nie znając adresu, ani szkoły, ani domu, nie mogłem pisać.
Wyrywałem się więc raz po raz na niespodziewane spotkania, to do Chełmna, to do
Aleksandrowa, w którym miała ukryty wśród kwiatów i zieleni swój
rodzinny domek. - Mnie jawiący się jako zaczarowany. W tej
harcersko-szkolnej miłości wszystko było zaczarowane. Na niezapowiedzianych
spotkaniach, niczym zjawa raz pojawiała się, raz nie. Kiedy udawało się ją
zobaczyć, stawała się czymś nierzeczywistym. Nieomal niedotykalnym zjawiskiem,
które jak gdyby w każdej chwili mogło zniknąć, rozpłynąć w powietrzu
jak obłok. Po każdym spotkaniu długo nie mogłem uwierzyć, że stało się to
naprawdę. Lecz nastawały dni, potem miesiące bez spotkań, pełne tęsknych
marzeń.
Mój
wyjazd do Grudziądza miał sprawić, że zapomnimy o sobie. Czas
i odległość powinny zrobić swoje, a jednak nie. Nadeszła pora egzaminów
maturalnych. Wiedziałem, że moja Baśka przeżywa właśnie egzaminacyjną gorączkę.
Na przybliżony adres szkoły wysłałem list z gratulacjami pomyślnie zdanej
matury. Na ślepo, ale z absolutną wiarą, że przecież nie może być inaczej.
Po kilku dniach nadeszła kartka z podziękowaniami.
Od
tej chwili poczta miała pełne ręce roboty.
Ja,
który pisząc do domu ślęczałem godzinami nad listem, i żeby znaleźć temat
do zapełnienia strony przepisywałem wojskowy rozkład dnia, teraz zacząłem
tworzyć długie, pełne polotu dzieła. Co najbardziej niewiarygodne, pisałem je
prawie codziennie, ale też prawie codziennie otrzymywałem odpowiedź. Znowu
nastały piękne, słoneczne dni.
Naraz,
jakieś niefortunne zdanie brutalnie przerwało wymianę korespondencji. Byłem
zdruzgotany, gdyż od tego momentu powróciły dni, potem miesiące, czarne, smutne,
beznadziejne. I być może trwałyby one do końca świata, gdyby nie szczęśliwy
przypadek, dzięki któremu niespodziewanie wybrałem się z rodzicami do
Ciechocinka.
Na
miejscu pomogłem rozłożyć się ojcu i matce nad przytężniowym basenem,
a sam wsiadłem do pociągu, by po kilkunastu minutach jazdy wysiąść
w Aleksandrowie.
I znowu,
jak to już bywało, z łomoczącym sercem przechadzałem się pod magicznym
domem nieuchwytnej dziewczyny. W rozgorączkowanej wyobraźni widziałem, jak
otwierają się drzwi, a z nich wybiega i rzuca mi się na szyję
moja najdroższa. Ale drzwi, jak były zamknięte, tak pozostały. Dokoła cicho
i pusto, tylko zza płotu przyglądał mi się jakiś kilkunastoletni młokos ze
wzrokiem mówiącym - a ty tu czego? Nie zagadnąłem, nie miałem odwagi
zapukać, po prostu wróciłem na dworzec.
W południe
znowu znalazłem się w Ciechocinku. Rodziców zastałem w miejscu
w którym byli wcześniej rozlokowani. Nie wtajemniczałem ich w cel ani
rezultat wyjazdu. Z głową jeszcze w chmurach ułożyłem się obok na
piasku, aż nagle, moją uwagę przykuły dwie panienki, walczące nieopodal
z rozłażącym się leżakiem. Serce stanęło mi w gardle. Czyżby jedna
z nich to właśnie Barbara? Nie wierząc szczęściu podszedłem, by
z głupia zaproponować pomoc. I nagle! Stało się coś, co widziałem
tylko w swoich snach. Stojąca dotąd tyłem dziewczyna odwróciła się
i, z radosnym okrzykiem autentycznie zawiesiła mi się na szyi. Wtedy
po raz pierwszy ją pocałowałem. Od tej chwili stała się realna. - Był to, jak
w bajce, pocałunek odczarowujący.
Już
nie wróciłem tego dnia z rodzicami do Bydgoszczy. Zjawiłem się dopiero
nazajutrz ku zgorszeniu matki. - Nie wiedziała biedna, że noc musiałem
przesiedzieć samotnie na ciechocińskim dworcu. Na następne spotkania
umawialiśmy się regularnie. Co tydzień lub dwa, przyjeżdżałem do Ciechocinka
z odległego Grudziądza, by po wspólnie spędzonym dniu wracać do wojskowej codzienności.
Ale też i do życia towarzyskiego, które… już zupełnie inaczej wyglądało.
Nasza
wielka i piękna miłość zmieniła się po prostu w zwyczajne
narzeczeństwo. Mało tego, pod koniec lata ustaliliśmy, że jeszcze tego roku
weźmiemy ślub. Z jednej strony, przecież o to chodziło,
z drugiej - żal było tęsknot, marzeń i radości sporadycznych spotkań.
Ot, taka pokręcona proza poezji życia.
Z urlopu
powróciłem do służby szczęśliwszy. Może jeszcze nie jako prawdziwy narzeczony,
ale na pewno jako chłopak swojej dziewczyny, tej, która była marzeniem przez
lata.
Póki
co, w mojej „samochodówce” nadchodził finał kolejnego roku szkoleniowego.
Nazbierało się roboty. Trzeba było intensywnie przygotowywać elewów do
egzaminów, sprawdzianów i najrozmaitszych testów. Poza tym zwykłe wojskowe
obowiązki. - Mimo to musiał się znaleźć czas, choćby jeden dzień w tygodniu,
na wyjazd na Kujawy. Zbliżał się jednocześnie początek roku szkolnego. Do
Grudziądza zjeżdżała młodzież, należało więc przygotować salę sportową dla
wznowienia treningów. Nic dziwnego, że zabrakło już zapału na sporty wodne,
a kontakt z wodniackim bractwem został mocno ograniczony.
Nagle,
w moim rozgorączkowanym, pełnym obowiązków życiu wszystko, albo prawie
wszystko przestało być ważne. Oto przyszła odpowiedź ze sztabu okręgu. Jeszcze
raz, z takim samym zaaferowaniem i w takim jak wcześniej galopie przemierzyłem
wydeptaną ścieżkę do kancelarii ogólnej. Tym razem kadrowiec z uśmiechem
wręczał mi przysłane pismo. Na gęsto
zadrukowanej stronie bez trudu odnalazłem najważniejszą adnotację - zapisaną
jak gdyby wielkimi literami. Informowała: „PRZENIEŚĆ DO SŁUŻBY W SIŁACH
ZBROJNYCH MARYNARKI WOJENNEJ”. Hurrra!!! Znaczy, że jadę do Gdyni?!
Opuściwszy
kancelarię kilka razy okrążyłem długość sztabowego korytarza, żeby pozbierać
rozbiegane, pełne radosnego podniecenia myśli. Nagle świat dookoła nabrał
niewyobrażalnej rozległości. Zobaczyłem nie tylko Gdynię. Zobaczyłem bezkres
morza, okręty i siebie, płetwonurka w marynarskim mundurze. Ze wstydem teraz
przyznaję, że to, co mnie dotychczas otaczało, zrobiło się naraz tymczasowe,
gdyż termin rozstania był nieodwołalnie przesądzony.
Równocześnie
- jak gdyby na przekór radosnemu uniesieniu - zrobiło mi się żal uroczego
Grudziądza. Miasta, które żyło w tak nieprawdopodobnej przyjaźni ze mną
i z całym wszechobecnym tutaj wojskiem. Inna sprawa, jeszcze
przedwojenna tradycja tworzyła tą swoistą symbiozę. Tu funkcjonowały kiedyś
szkoły oficerskie. Stąd wywodzili się słynni piloci i znani kawalerzyści -
być może też niebawem i …płetwonurkowie? Imponowała mi bogata historia
szacownego grodu wraz z jego fortami, spichrzami i przesympatycznymi
ludźmi. - Za parę dni, wszystko co tutaj przeżyłem miało stać się dla mnie
przeszłością, a wiele serdecznych przyjaźni dalekim wspomnieniem.
Jeszcze
nie ochłonąłem, a już wyznaczono mi termin rozliczenia się
z obowiązków, a także częściowo z sortów mundurowych. Nastał
czas pakowania, uroczystych pożegnań z kolegami i przygotowań do
zmiany adresu. Godność trenera-szkoleniowca sekcji judo - z należnym
ceremoniałem przekazałem Włodkowi. Do Bydgoszczy, poza niezbędną odzieżą, wywiozłem
cały swój dobytek,.
A
rankiem 20 września 1966 roku, ze służbową walizką w ręku i stosownymi
dokumentami w kieszeni maszerowałem na grudziądzki dworzec - ten sam, na
którym z taką grozą i rozpaczliwym poczuciem krzywdy wysiadałem trzy
lata wcześniej.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz