wtorek, 30 czerwca 2009

Witam Łowców Przygód

O facecie - któremu życie się UDAŁO

Andrzej Andrzejewski, bydgoszczanin od lat mieszkający w Gdyni, wodniak, płetwonurek i ratownik i wreszcie rzeczny (ale nie tylko) podróżnik.
Autor kilku poczytnych opowiadań, w tym trzyczęściowej narracji z przeżytych wydarzeń pt. Moje Przestworza.
Następnie opis pierwszego zetknięcia z "prawdziwym" morzem na "prawdziwym" statku pt Między Lądami.
No i kilku ciekawych relacji z samotnych pontonowych wędrówek   najdłuższymi rzekami Polski pt: Pontonem przez Polskę, oraz: Jak przemierzyłem Wartę. 

Oto przedstawiam po kolei:

MOJE PRZESTWORZA
"Nie tylko na lądzie"




                             Andrzej Andrzejewski


 


 

 

 

           MOJE PRZESTWORZA

 

 

            


                                        Część I


                               Nie tylko na lądzie                                                     


                



                                       


                                       Gdynia 2006
      




 

 


















                                         

                                
                              

                              Wstęp

            


 Parę słów tytułem wstępu do opisanej historii, której nadałem tytuł Moje przestworza.
Jest ona oparta na wydarzeniach autentycznych i dotyczy co ciekawszych epizodów mojego życia, a że nie jest to życiorys, nie ma w niej wielu faktów godnych szerszej relacji. Starałem się jednak zachować jakąś chronologię.
Brak w nim szczegółowego opisu Wrocławia, zwłaszcza mojego Sępolna, z którym związane są wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa. Nie ma opisu Sępólna Krajeńskiego, w którym jako sześciolatek zacząłem chodzić do szkoły. Prawie wcale nie opisałem rodzinnej Bydgoszczy. - Zrobił to wcześniej za mnie niejaki Sulima Kamiński, w książce pt. Most królowej Jadwigi, dając barwny obraz okolic mojej ulicy, miasta i jego mieszkańców. Nie wspomniałem też o wspólnych rodzinnych wakacjach, spędzanych przez kilka lat z rzędu na budowach wojskowych lotnisk, które prowadził mój ojciec.
Natomiast wypadałoby napomknąć o najbliższych: dzielnej matce - wieloletniej nauczyciele wychowującej, w większości czasu samotnie, trójkę dzieci; o ojcu - surowym, ale sprawiedliwym pełnym twardych zasad; młodszej siostrze - chyba najroztropniejszej z rodzeństwa; no i najmłodszym bracie, który pojawił się na świecie 9 lat po mnie ku utrapieniu wszystkich. Zasługują oni na oddzielną, obszerną opowieść.
Ważny powinien być również rozdział dotyczący dalszej rodziny, takiej jak na przykład bracia mojej matki. Kilku z nich - znanych i szanowanych na Pomorzu działaczy - zostało rozstrzelanych za polskość przez hitlerowców na początku wojny. Inni tylko cudem uniknęli rozstrzelania tak, jak wuj Franciszek - późniejszy proboszcz bydgoskiej fary. -Podobnie rzecz się miała w rodzinie ojca.
Wszystkich ich łączył gorący patriotyzm i zaangażowanie w sprawy dopiero co odrodzonej Rzeczypospolitej. Za to należy im się hołd, nie tylko mój, ale też następnych pokoleń.
Moja historia to już czasy powojenne. Nie pamiętam ani okupacji, ani frontu przetaczającego się przez Polskę. Wspomnienia sięgają czasu odbudowy kraju, powolnej stabilizacji i etapów burzliwego przechodzenia od bezwzględnego, krwawego komunizmu do dzisiejszej demokracji.
    Zamiłowanie do wojska, które pojawiło się w pewnym okresie - nie wykluczam, że zapisane w genach - nie miało nic wspólnego z zapatrywaniami politycznymi. W tej kwestii, jak większość żołnierzy zawodowych, miałem niezależne poglądy, na co w latach władzy socjalistycznej nie patrzono przychylnie. Równie mocno jak wojsko miałem zapisaną chęć szukania przygód. Muszę przyznać, że nie brakowało ich w życiu. Ponadto, częściowo dzięki przemyślnemu zbiegowi okoliczności, a częściej własnemu uporowi, udawało się realizować najbardziej nieziszczalne plany. W moim przypadku sprawdziło się mądre powiedzenie: „chcieć, to móc”.
Tak więc z rozbrykanego, zamiłowanego w wodzie dzieciaka dorosłem do elitarnej grupy wojskowych płetwonurków, potem, jedynej w Polsce zawodowej grupy ratowników helikopterowych, aż do etatu „wilka morskiego” na oceanicznych statkach. Przeszedłem pełen ryzykownych przygód szlak, od podwodnych głębin do chmur, a potem dalej, w morskie bezkresy.
Oto moje przestworza...


 

 

                                                 

                                                

                                                1



Jest 2 września 2000 roku...
Gdybym zaczął swoją opowieść od opisywania życia moich przodków pomieszkujących jeszcze w grotach, być może byłoby przesadnym cofaniem się w głąb historii - zresztą i tak nie znam jej w szczegółach. Natomiast poczynania pradziadów z ostatnich trzech pokoleń, są mi już bardziej znane, a dzięki temu warte odnotowania.
Bo dajmy na to dziadek mojego ojca, mazowiecki szlachciura Ludwik Andrzejewski. Ścigany carskim ukazem za powstańczą przeszłość, aby ratować głowę, na przełomie XVIII i XIX wieku wyniósł się z Piotrkowa Trybunalskiego na dalekie Pomorze, gdzie z typowym dla niepokornych a pełnych inicjatywy patriotycznie nastawionych narwańców, wykupywał podbydgoskie wsie od niemieckich bauerów - by potem osiedlać na nich polskich chłopów. Z kolei jego syn - a mój dziadek, Florian - już jako zacny i szanowany bydgoszczanin, wraz ze świtą  jemu podobnych, w 1919 roku witał legionowe oddziały generała Dowbor-Muśnickiego na Starym Rynku ówczesnej stolicy Pomorza. Otóż wielkie to i niewątpliwie historyczne wydarzenie wymagało poważnej inwestycji, mianowicie, musiał w tym celu zakupić - koniecznie białego - konia, przywdział mundur po trosze legionowy, po trosze husarski - bo wtedy, dalibóg nikt naprawdę nie wiedział, jak taki mundur powinien wyglądać. Przytroczył do boku ozdobą szablę i przepasany biało-czerwoną szarfą gotów był manifestować przywiązanie Pomorza do Polski - nie tylko w Bydgoszczy, ale i  na uroczystościach patriotycznych w Warszawie.
Z kolei mój pradziadek ze strony matki, w połowie XVIII wieku odbił swoim handlowym galeonem od brzegów Holandii, by po wielu dniach żeglugi wpłynąć na piękny - w porównaniu z obrzydliwym Morzem Północnym - Bałtyk. Następnie poszukując kontrahentów, Wisłą zagłębił się w słowiańską krainę, tak urzekającą, że już tu pozostał na zawsze, żeby z biegiem lat stworzyć wielopokoleniowy ród Haneltów, wyróżniający się niezwykłą szlachetnością i patriotyczną postawą.

        To, że ja urodziłem się w 1943 roku, czyli w samym środku II wojny światowej, gdzieś w Bieszczadach na terenie objętym krwawymi walkami partyzanckimi, nie miało dużego wpływu na losy kraju, ani nawet na mój późniejszy życiorys. Natomiast niewątpliwy wpływ miały twarde, awanturnicze - w najlepszym tego słowa znaczeniu - charaktery moich rodziców, zwłaszcza ojca. Od 1941 roku oboje działali w akowskiej partyzantce wojującej na Rzeszowszczyźnie. W rejonie, na którym leśne oddziały Armii Krajowej mogły prowadzić akcje zaczepne wobec okupanta najaktywniej, bez obaw, że represje z jego strony dotkną ludność cywilną - przyczynę, która niejednokrotnie hamowała wiele działań partyzanckich w głębi kraju. Podkarpacie bowiem było zamieszkałe przez Ukraińców, czyli potencjalnych sprzymierzeńców wroga.
Droga mojego ojca do „lasu” to historia zasługująca na osobną, pasjonującą, pełną dramatycznych wydarzeń książkę. Droga inna od utartych wojennych szlaków żołnierza polskiego. Winien mu jestem chociaż skrótowy opis, skoro sam nie zdążył tego zrobić.
Pierwszy dzień wojny 1939 roku zastał 27-letniego Józefa Andrzejewskiego, kanoniera artylerii przeciwlotniczej (od kilu lat zamieszkałego w Gdyni) w oddziałach przygotowujących się do obrony Kępy Oksywskiej. Niestety, potęga Wermachtu wraz ze swoją nieobliczalną agresją nie dawała obrońcom Oksywia najmniejszych szans. Po 10 dniach, kiedy Gdynia i jej obrzeża zostały zajęte przez Niemców, a spychane ku morzu w bezładnej walce dywizje czuły już za plecami wodę Zatoki Gdańskiej oraz tragiczną perspektywę rychłej niewoli, ojciec mój, nie mający już nic do stracenia, bez kontaktu z oddziałem, nocą przedziera się samotnie przez linię frontu i zaszywa w lasach otaczających od południa miasto. Później, przebrany w cywilny zdobyczny uniform, w większości pieszo przemierza ponad 200 kilometrową drogę do rodowej wsi pod Koronowem. Zaraz potem… niedaleka, a równie mu bliska Bydgoszcz. Zatrzymuje się w rodzinnym domu na parę dni. I tu, w gorącej głowie niepogodzonego z porażką żołnierza, rodzi się szaleńczy pomysł - uciec do Rumunii gdzie, jak się spodziewa, czeka „tylko na niego” nie rozbita w kampanii wrześniowej polska armia. Pomysł śmiały, ale mało rozważny. Wie bowiem, że będzie musiał w pojedynkę przemierzyć, najbardziej przygodnymi środkami lokomocji,  kraj w całości zajęty przez wroga. Zamysł niezrozumiały tym bardziej, że nikt go w zasadzie nie poszukuje i nikt go nie ściga. Lecz oto znajduje towarzysza - dawnego przyjaciela z gdyńskich bieżni, kiedy jeszcze wspólnie wyczynowo uprawiali lekkoatletykę. Otóż po krótkiej naradzie, razem - na rowerach - ruszają na południe. Jedynym niewątpliwym atutem w tej niebezpiecznej wyprawie jest spryt, oraz… doskonała znajomość niemieckiego. - Między innymi tylko dlatego zwariowany zamysł skończył się powodzeniem.
Po wielu dniach pełnych przygód, docierają do Przełęczy Dukielskiej, lecz tu niestety nie dopisuje im szczęście. Obaj wpadają w ręce słowackiej straży granicznej. Po pertraktacjach, kiedy już jest pewność, że nie zostaną potraktowani jako sojusznicy, a raczej oddani w ręce hitlerowców, udaje się unieszkodliwić zaskoczoną obstawę, po czym podejmują desperacką ucieczkę zakończoną sukcesem. Później - w towarzystwie nieodłącznego kolegi -  ojciec szczęśliwie przechodzi granicę węgierską, i tam, istotnie zastaje internowane polskie oddziały. Zgłasza się do - jeszcze wówczas Brygady Pancernej - generała Maczka. Z tą jednostką, ponownie jako żołnierz na pół regularnej armii, tajnymi drogami przez Włochy dociera do Francji - niestety, podobnie jak Polska przed rokiem, wciągniętej w wir wojny. Zatem dalszy ciąg batalii. Znowu walki i, znowu cofający się front. Ojciec musiał wyróżniać się nie byle jaką odwagą, skoro na krótko przed ogłoszeniem kapitulacji, jako jeden z niewielu zostaje przez samego naczelnego dowódcę, gen. Maczka odznaczony Krzyżem Walecznych. - Jego nazwisko odnajduję po latach, w książce p.t. Generał Maczek w wykazie żołnierzy wyróżnionych za kampanię francuską.
Ale na nic odwaga i poświęcenie. Armie rozbite, Francja podpisuje rozejm. Młody podoficer, jak wielu przymusowo zdemobilizowanych żołnierzy, próbuje wmieszać się we francuską społeczność. Zdradza go jednak brak znajomości języka. Zatrzymany przez Niemców tłumaczy się polskim emigracyjnym pochodzeniem jeszcze sprzed wojny. Pomogło o tyle, że zamiast do stalagu, zostaje odtransportowany na roboty przymusowe w głąb Rzeszy i zatrudniony w fabryce zbrojeniowej w Branschwiku.
Lecz ani przez chwilę nie opuszcza go myśl o ucieczce. Przygotowuje się do niej skrupulatnie, licząc nie tyle na własną błyskotliwość, ile na łut szczęścia. I pewnego dnia wypełnia od dawna gotowy, ryzykowny plan - dokonuje spektakularnej akcji sabotażowej, poczym korzystając z wywołanego zamieszania ulatania się poza strzeżony teren. Wsiada do pociągu i przemierzając cały obszar Trzeciej Rzeszy, przez Magdeburg, Berlin, Frankfurt n.Odrą, legitymując się sfałszowanymi dokumentami, wraca do okupowanej Polski. Można więc sobie wyobrazić, ile napięcia i niepewności przeżywał podczas nieustających kontroli na szaleńczym szlaku. Powodzenie ucieczki nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie doskonałość języka, no i spreparowane poświadczenia. Na chwilę pojawia się w rodzinnym domu w Bydgoszczy. Ma jednak świadomość, że jest teraz poszukiwany przez gestapo i policję, toteż częściej niż w rodzinnych pieleszach, ukrywa się w zaprzyjaźnionych, ale obcych domach. Wreszcie z pomocą znajomego - o ironio - niemieckiego kolejarza, schowany w parowozowej węglarce umyka do Warszawy. Spotyka tam starych przyjaciół. A niebawem, za ich poręczeniem wstępuje do organizacji podziemnej - wówczas jeszcze Związku Walki Zbrojnej - późniejszej Armii Krajowej. Składa przysięgę przyjmując pseudonim „Maczek” - z sentymentu do dawnego dowódcy. W tym samym czasie - również szczęśliwie przemycona - przyjeżdża do Warszawy jego dziewczyna, już jako „osobista” narzeczona, późniejsza moja matka.
4 listopada 1940 roku biorą cichy ślub w podmiejskim kościołku a pół roku później razem wyjeżdżają do Jasła. - Ojciec, z zadaniem werbunku i organizowania na tamtym terenie grup sabotażowo-dywersyjnych, matka jako osoba wspierająca go duchowo. Przy tym podróż odbywa się pod pretekstem działalności handlowej i jakoby poszukiwania pracy. Pod tym samym pretekstem we dwoje jadą do Żmigrodu, maleńkiego polsko-ukraińsko-żydowskiego miasteczka. Po jako takim zasymilowaniu, ojciec natychmiast przystępuje do wypełniania powierzonej misji. I właśnie tam następuje istotne dla mnie wydarzenie. 5 stycznia 1943 roku przychodzę na świat jako pierworodny syn - partyzanckie dziecko… mimo woli wmieszane w konspirację.
Natomiast wiosną 44 roku, powstaje przeszkolona, odpowiednio uzbrojona i częściowo umundurowana jednostka, podlegająca Drugiemu Pułkowi Strzelców Podhalańskich krakowskiego okręgu Armii Krajowej.
Ojciec, stary zaprawiony w bojach wiarus, w jej szeregach rozpoczyna aktywną, zbrojną walkę z okupantem. Podejmuje ataki na konwoje, minuje tory, rozbraja hitlerowskie posterunki. Znowu ma swój front.
Matka, wychowując w tym czasie nieletnie dziecię, współpracuje z ukrycia z „leśnymi”. Ale i jej zaczyna się w pewnym momencie palić grunt pod nogami. Zdemaskowana, nagle nie ma wyboru, musi zostawić dziecko pod opieką niańki, a sama przyłącza się do oddziału. W podniosłej atmosferze składa uroczystą przysięgę i od teraz pod pseudonimem „Flis”, jako formalny członek organizacji współuczestniczy w działaniu partyzanckich oddziałów. Jest bliżej męża, ale - z dala od dziecka. Nic więc dziwnego, że  z niecierpliwą nadzieją oczekuje nadejścia frontu, a zarazem wyzwolenia i zakończenia konspiracji
Był styczeń 1945 roku, gdy ojciec wytoczył z lasu wóz, jeszcze do niedawna „bojowy”, teraz zaprzęgnięty w dzielnego huculskiego konika, tworzył całkiem dziarski podróżniczy tabor. Załadował nań żonę wraz z dzieckiem, i wyruszył w daleką drogę na północ - z „wyzwolonych” Bieszczad na rodzinne Pomorze.
Tak zaczęła się kolejna odyseja młodych małżonków, a moja pierwsza wędrówka przez Polskę. Bocznymi drogami, od wsi do wsi przez trzy tygodnie, owinięty w piernaty przemierzałem kraj. Metą była Bydgoszcz. Lecz na miejscu miało się okazać, że nie dla wszystkich z nas. Ojcem zaczęło interesować się UB - rodzimy Urząd Bezpieczeństwa przejął rolę radzieckiego NKWD i teraz on, równie gorliwie, ścigał nieujawnionych Akowców. W razie ujęcia, ojcu - ofiarnemu żołnierzowi Polski Walczącej - groził taki sam los, jaki nieco wcześniej spotkałby go z rąk gestapo. - Dla nowej Ludowej Władzy ciągle był groźny. Musiał znowu uciekać. Zacierać ślady, ukrywać się, kluczyć. Już nie przed Niemcami, teraz przed swoimi.
Matce jakoś dano spokój. Ojciec gehennę pościgów i ucieczek musiał przeżywać dalej.
Nie potrafię odtworzyć trasy jego tajnych eskapad. Wiem, że był Gdańsk, Jarosław, Kraków …jakieś niewielkie mieściny, w których chociaż na chwilę mógł czuć się bezpieczniej.
Był wreszcie Wrocław. Wśród zbieraniny uciekinierów ze wszystkich stron Polski, tam na dłużej można było stać się niewidzialnym. Zdobył mieszkanie, a zaraz potem ściągnął stęsknioną rodzinę. Już liczniejszą, albowiem w maju 1945 roku urodziła się moja siostra.
Z nostalgią wspominam okres spędzony, jak na tamte czasy, w luksusie. Piętrowe mieszkanko z ogródkiem, oraz skwerkiem przed frontowymi drzwiami w willowej części wrocławskiego Sępolna.
Szczęście niestety nie  trwało długo. Upiór bezpieki ponownie zajrzał w oczy. Trzeba było czym prędzej zwijać manatki i szukać innego ukrycia. Tym razem miejscem postoju stało się Sępólno Krajeńskie. - Pomorska zapadła mieścina (jeszcze wtedy oświetlana gazem),  położona za to wśród przepięknych, malowniczych jezior.
Zamieszkaliśmy w obskurnym baraku, ale szczęśliwi, bo w rodzinnym komplecie.
Po roku niewygód los pozwolił nam wrócić do Bydgoszczy, do domu dziadków. Groźba aresztowania, ciągle wisząca nad ojcem, wydawała się jednak już mniej realna bo, albo zmieniły się czasy, albo rodzice przywykli do ciągłego lęku.
Z całą swobodą - chociaż jeszcze niezupełnie - można było odetchnąć dopiero po 56 roku. Był to okres, kiedy komunizm złagodniał. Więzienia zaczęli opuszczać ludzie złamani psychicznie i fizycznie, ludzie-wraki. Ci sami, którzy poświęcali życie w walce z okupantem, a którym zabrakło szczęścia, by uniknąć tak zwanej „socjalistycznej sprawiedliwości”.

 

                                               

 

                          2



                          Przeprowadzka rodziców z krajeńskiej prowincji do Bydgoszczy w 50-tym roku, od pierwszego dnia zetknęła mnie z życiem całkowicie odmiennym. W miejsce wrocławskich, cichych, otoczonych parkami willi, potem małomiasteczkowej sępoleńskicj zapyziałości - innego krajobrazu dotąd nie znałem - naraz przyszło zamieszkać w dziadkowej czteropiętrowej kamienicy w samym centrum ciasno zabudowanego wielkomiejskiego molocha. Z trudem przyzwyczajałem się do nowych warunków, gdzie zgiełk, hałas i uliczny ruch od początku budził przerażenie. Jedno co mogło się podobać to właśnie dom dziadków. Usytuowany na rogu ulic Królowej Jadwigi i Garbary w zasadzie nie różnił się od sąsiadujących z nim 3-4 piętrowych kamienic, pełnych wież, wieżyczek, wykuszów i innych cudacznych ozdób. A jednak wyróżniało go coś, czym nie mogła pochwalić się żadna z bydgoskich kamienic. Mianowicie: na zwieńczeniu frontowej elewacji stała podparta wysuniętym cokołem naturalnej wielkości cementowa figura kościuszkowskiego kosyniera, w sukmanie, czerwonej rogatywce i wielką kosą ustawioną na sztorc. Pod nią, w okrągłym okienku, popiersie samego Kościuszki - co dziwne, owa na wskroś Polska dekoracja, a jednocześnie dziadkowa duma, jakimś cudem przetrwała w nienaruszonym stanie okupację, kiedy to najdrobniejsze symbole polskości były brutalnie niszczone.
                            Wśród tych cieszących oko i zatrważających nowości przede wszystkim, jako siedmiolatek, musiałem nauczyć się specyficznej bydgoskiej polszczyzny. O ile w domu dbano o poprawność języka, to w szkole i na ulicy obowiązywał swoisty polsko-niemiecko-pomorski żargon. Z trudem na przykład odgadywałem podaną godzinę, gdy zamiast powiedzieć: za piętnaście druga, informowano: jest „kwadrans na drugą”. Albo: wpół do trzeciej - po bydgosku brzmiała: „półczecia”. No a jak zrozumieć, co to jest trygiel? A to po prostu garnek. Jako że moja ulica mieściła się nie daleko dworca, wobec tego w sąsiedztwie zamieszkiwali głównie baniarze - czyli pracownicy kolei. Toteż bezustannie obracałem się wśród: wichajstrów, bremz i dinksów. Od teraz: śnieg odgarniałem nie łopatą, a szypą. Opowiadałem zamiast dowcipów, wyce. Nos wycierałem szneptuchem a zakupy dostawałem w tytce. Z czasem, pobrawszy nauki - ku rozpaczy matki - zacząłem posługiwać się takim językiem jak swoim. Mijały lata, a  ja, jakoś bez oporów wrastałem w tą szczególną atmosferę pomorskiego miasta, w którym Niemcy, gospodarząc przez dziesięciolecia pozostawili po sobie długotrwałe piętno.
Moje dzieciństwo, podobnie jak dzieciństwo wielu chłopaków w wieku 10-12 lat, w powojennej Bydgoszczy przebiegało aż nadto burzliwie. Pełne przewinień, wykroczeń, grzechów i grzeszków. To, że nie doprowadzały one rodziców do trwałego rozstroju nerwowego, można przypisać tylko niezwykłej dobroci Stwórcy. Spośród przewinień grzechem głównym były chociażby samowolne wycieczki za miasto, gdzie okoliczne lasy usiane niezliczoną ilością niewypałów, a nawet całych magazynów uzbrojenia, kusiły niezwykłym atrakcjami. Zbierane jak grzyby pozostałości po działaniach frontowych, w wyniku mniej lub bardziej skomplikowanych zabiegów dawały wspaniałe efekty akustyczno-świetlne. Nie wiem skąd brała się w nas wiedza o działaniu materiałów wybuchowych, bo chyba tylko łaskawa opatrzność sprawiała, że pomimo zakazanych zabaw, szczęśliwie jakoś nie ubywało - po dokładnym przeliczeniu - ani rąk, ani nóg, ani nawet palców u dłoni.
A ile frajdy przysparzały kategorycznie zabronione zabawy w Brdzie - sporej rzece przepływającej przez Bydgoszcz. Ukrywanie się w krzakach przed milicją wodną i wskakiwanie do wody z chwilą odpłynięcia patrolującej motorówki.
Niesłychaną atrakcją była też kąpiel w „korytku” - półlegalnym „aqupraku” dla dzieciarni zamieszkującej okolice dworca kolejowego.   
Woda z pobliskiej elektrowni chłodząca turbiny, odprowadzana do rzeki betonową niecką o dość dużym nachyleniu, dawała okazję do uprawiania tzw. sportów ekstremalnych. Wśród spragnionych kąpieli, albo raczej żądnych emocji smarkaczy bohaterem był ten, kto dawał się ponieść rwącemu nurtowi od samego wylotu, czyli maksymalnej wysokości, i zaliczył szereg stromych progów-kaskad wyhamowujących prąd wody. Taka przejażdżka o dystansie około 150 metrów kończyła się na kracie oddzielającej od koryta rzeki. Efektem imprezy, poza napływem adrenaliny, była zdarta skóra, potłuczone nogi, zbity tyłek i podarte gatki, ale i prestiż wśród chłopaków. Oczywiście, liczyli się tylko ci, którzy zaliczali na zadkach całą długość kaskady. Lecz najwięcej odwagi wymagało przyznanie się do wyczynu... w domu. A tam niestety nigdy nie doceniano ani wyczynu, ani tym bardziej prestiżu.
Zimą uprawialiśmy sporty zimowe: albo na sankach, albo na łyżwach. Nart generalnie nie było, były za to liczne kanały, które zaraz po zamarznięciu należało natychmiast sforsować. Jeśli za pierwszym, drugim, trzecim razem udawało się na sucho, to za którymś z kolei, musiało się nie udać. Potem był powrót do domu w przemoczonym ubraniu - ale jak zrobić, żeby nie zastać w tym czasie ojca!?
Owe łobuzerskie „zajęcia pozaszkolne” na ogół nie uchodziły płazem. Lecz nie była im w stanie zapobiec żadna przestroga ani najbardziej surowa tzw. rodzicielska kuratela. Wszystkiego trzeba było doświadczyć na własnej skórze.
Z czasem, po latach szczeniackich wybryków, których nie da się zliczyć, gdy zmieniłem nieco zainteresowania, zaczęły mnie przyciągać inne zajęcia.
           Całemu mojemu dzieciństwu towarzyszył unoszący się nad miastem w pogodne dni ryk rozgrzewanych silników samolotowych, jako że niecałe 5 km od domu, na miejscowym lotnisku stacjonował pułk lotnictwa szturmowego. Toteż w każdej wolnej chwili urywałem się z domu, by obserwować starty i lądowania bojowych „Iłów”  - w późniejszych latach odrzutowych „Limów”. W dniach, gdy odbywały się skoki spadochronowe, z zapartym tchem wlepiałem wzrok w punkcik, który odrywał się od dwupłatowego „CSS-a”. Czekałem: otworzy spadochron, czy nie? - Zwykle otwierał. Pobudzona wyobraźnia nie pozwalała często zasnąć. Widziałem siebie, jak nie za sterami samolotu to pod spadochronem. Koniecznie w powietrzu.
Niemal w tym samym czasie moją nadmiernie rozbudzoną fantazję zaczęło męczyć coś innego. Przestałem być już podwórkowym Indianinem, i chociaż niełatwo było rozstać się ze stanowiskiem „wodza Delawarów”, to pozostało hersztowanie bandzie z sąsiedniej ulicy. Lecz i to w końcu przestało bawić. - Harcerstwo do którego wstąpiłem z entuzjazmem, po wspaniałym chwilowym odrodzeniu w 56 roku, stawało się powoli harcerstwem masowym, sterowanym i wyprowadzanym na drogę socjalistyczną, czyli „ideologicznie słuszną”. Tym samym jego atrakcyjność spadła do zera.
Natomiast ponownie zaczęła przyciągać woda.
Bydgoszcz jest jednym z niewielu miast w Polsce, gdzie każda linia autobusowa czy tramwajowa kończy się nad jakimś wodnym zbiornikiem. Taki stan rzeczy nie mógł pozostać bez wpływu na młodego człowieka pełnego niezwyczajnych pomysłów, ponadto, jako były Indianin musiałem umieć pływać. Z wodą byłem więc w miarę obyty, toteż nie wystarczyło już pokonywanie dystansów w Brdzie i zabawy w chowanego z milicją. Nurtowała ciekawość: co kryje pod swoją pomarszczoną, nieprzejrzystą dla gołego oka powierzchnią, niedostępna toń.
Któregoś dnia z pierwszą w życiu maseczką, rurką i płetwami wybrałem się nad godną zainteresowania sadzawkę - było to rozległe bajoro w centrum miasta. Czarna tajemnicza topiel, według moich wyobrażeń powinna kryć nieprzebrane skarby. Niestety, rozczarowanie okazało się ogromne. Zanurzyłem głowę, potem nawet resztę tułowia i, nie dostrzegłem żadnych skarbów. Mało! Nie dostrzegłem dna ani własnych dłoni tuż przed szybką maski. Widoczność nie przekraczała bowiem kilkunastu centymetrów. I wydaje się dziwne, ale ów brak przejrzystości w tym niewielkim stawie wywoła aż tak bolesny zawód, a nawet zniechęcenie do wszelkiego nurkowania. Byłem przecież przekonany, że będę pierwszym, który dotrze do zatopionych i jeszcze nie  odkrytych tam cenności.
Kto wie, czy po owym dotkliwym rozczarowaniu nie stałbym się obojętny na magię głębin, gdyby nie poczciwa, kochana ciotka, którą tylekroć odwiedzałem w rodzinnej, podbydgoskiej wsi Salno.
Któregoś lata podczas kolejnych saleńskich odwiedzin, patrząc na sypiący się wąs uznała mnie za dorosłego na tyle, by ujawnić skrzętnie skrywaną dotąd  tajemnicę. Otóż około kilometra od wsi - opowiadała - w lesie są ukryte dwa jeziora. Sam las też chowa się w rozległej kotlinie pomiędzy polami tak, że nie widać go nawet z bliska. - I podobno jest tam bardzo ładnie…  
         Pierwszy raz usłyszałem o lesie, a tym bardziej o jeziorach w Salnie, dlatego słuchałem ze zdziwieniem. - Wcześniej fakt ten podlegał zatajeniu prawdopodobnie z uwagi na moje bezpieczeństwo. - Teraz ciotka barwnie opisywała uroki tamtego miejsca.
Okolice Salna zawsze wydawały mi się monotonne i nieciekawe. Otoczone prawie bezdrzewną, zaoraną równiną, w której poza gospodarstwami wsi nie widziało się żadnych innych zabudowań, wprawiała raczej w melancholię niż oczarowanie. Jedynie dawna rodowa posiadłość w tym lichym krajobrazie mogła imponować. Niegdyś okazała, bogata, otoczona parkowym ogrodem, bez wątpienia świadczyła o szczególnej pozycji jej gospodarzy.  Lecz od pewnego okresu z roku na rok popadając w coraz większą ruinę nie dawała nadziei na powrót do minionego splendoru.
 Żal mi było dawnej wspaniałości walącego się teraz majątku, lecz poznawszy niespodziewanie atrakcyjny sekret, odzyskałem dobry nastrój. Nie słuchając zawiłych objaśnień, z miejsca postanowiłem ruszyć na poszukiwanie owej „krainy czarów”.
Droga wiodła przez wieś, po czym ginęła w głębi krętego, porosłego gęstwiną nieprzebytych chaszczy, jaru. Ten w miarę schodzenia stawał się coraz głębszy, mroczniejszy i coraz bardziej tajemniczy - w mojej indiańskiej duszy prawie Kanion Kolorado. Chłonąłem pełną dzikości przyrodę tonącą w ciszy i atmosferze zupełnego odludzia. Nagle, za kolejnym zakrętem, w prześwicie krzewiastej dżungli rozwarła się przestrzeń. Stanąłem i wlepiwszy wzrok jak w teatralną scenę, nie mogłem nabrać oddechu. Drogę zamykała lazurowa, idealnie gładka tafla jeziora. Wrażenie oszałamiające. To nie była taka sobie tafla, to autentyczny szmaragd, w którym odbijał się gęsty świerkowy las. Sceneria istotnie jak z bajki, a porównanie ze smętkiem pejzażu parędziesiąt metrów wyżej, wywołało tym większe oszołomienie - Tylko raz w życiu, wiele lat później, przeżyłem podobne oczarowanie w Tatrach.
Przejęty podszedłem do brzegu. Kryształowo czysta woda pozwalała zajrzeć kilkadziesiąt centymetrów w głąb, gdzie dno bogate roślinnością i wielobarwnym życiem, nęcąco zapraszało do odwiedzin - do całkowicie odmiennego świata. Już wiedziałem: od teraz, jezioro będzie moje! Że prędzej czy później muszę je przejrzeć wzdłuż, w szerz, no i oczywiście… w dół. Nie mniej czarowne okazało się sąsiednie jezioro. Nieco mniejsze, lecz również ukryte w głębokiej kotlinie, której stoki dookoła szczelnie porastał gęsty świerkowy bór, a promieniu kilometra, poza samotną leśniczówką, ani jednego zabudowania. Wokół zielony mrok gęstwin, spokój i ta błękitna, przezroczysta toń. - Być może niewyobrażalne, ale jeszcze niecałe pół wieku temu istniały w Polsce takie uroczyska. Już ich nie ma.
Od tamtego lata wszystkie wakacyjne biwaki spędzałem w tym miejscu. Na zagubionej między drzewami polanie, w pobliżu brzegu rozbijałem pałatkowy namiot i po jako takim zagospodarowaniu, na długie godziny wchodziłem do wody uzbrojony w sprzęt ABC czyli: maskę, rurkę (tzw. chrapy) i płetwy. Początkowo tylko podglądałem podwodne życie - jakże inne od znanego na powierzchni. Zafascynowany obserwowałem barwny świat rybiego drobiazgu. Wśród lobelii i innych mniej znanych wodorostów, przyglądałem się szczupakom, które zaczajone między łodygami trzcin, nagle atakowały rybkę mającą nieszczęście odpłynąć od stada.
Na niewielkiej głębokości woda była ciepła i kryształowo przezroczysta, a życie w jaskrawym słońcu mieniło się pełnymi kolorami. Lecz głębia wciągała bardziej. Może mniej bogata i kolorowa, ale kusząca swoją tajemniczą niedostępnością. Tam należało zanurkować! I tam już spotykałem „prawdziwe” ryby: sporych rozmiarów szczupaki, znieruchomiałe - pełne przeświadczenia o swoim królewskim immunitecie. Drzemiącego na dnie węgorza lub zagrzebanego w mule lina.
Siłą rzeczy zwyciężyła atawistyczna natura myśliwego. Zacząłem przyjeżdżać z harpunem - był to własnoręcznie wykonany oścień, z pojedynczym grotem zaopatrzonym w zadziory. Wciągnęła mnie łowiecka przygoda. Po ponad godzinnym polowaniu wychodziłem na brzeg zmarznięty, roztrzęsiony z zimna, ale w pełni chwały - z dwoma, albo i więcej, rybami nawleczonymi na drucianą agrafę. - Muszę nadmienić, że w latach 50-tych nikt nie traktował tego rodzaju łowów jak kłusownictwa. Nie były żadnym przestępstwem. Po prostu, niewinną zabawą. A przy okazji darmowym jedzeniem, które czasem udawało się przehandlować.
Trudno jednak zostać łowcą, mając najprostszy z możliwych ekwipunek. Do tego ten prymitywny szpikulec jako sprzęt myśliwski, i... najmniejszego doświadczenia. Toteż dopiero musiałem się uczyć: poprawnych zanurzeń, wstrzymywania oddechu na dłużej niż minutę, a potem…  jak radzić sobie z ciśnieniem wody.
Na głębokości 4 metrów napór na błonę bębenkową uszu staje się tak dotkliwy, że ciemnieje w oczach z bólu. - W tamtych czasach maseczki nie miały elastycznego wgłębienia do zaciskania nosa, więc z bólem musiałem walczyć różnymi sposobami. No, a jak walczyć z chłodem? Na to już nie było sposobu, gdyż dla takich amatorów jak ja, skafander ciągle był czymś nieznanym.
Mimo to polowania stawały się coraz bardziej owocne. Wystarczyło znurkować do głębokości, na której obraz dna widziany z powierzchni już się zacierał. Następnie, płynąc pomaleńku, wypatrywać ryby. Bywało, że nagle napływało stado, lecz nim zdecydowałem się na atak, znikało w głębi. Dopiero po kilkunastu próbach potrafiłem ruszać w pościg. Gdy jakiś spóźnialski znalazł się w zasięgu ościenia, istniała szansa, że zostanie trafiony. Zatem ukoronowaniem pościgu coraz częściej była zdobycz. - Po latach, gdy posługiwałem się kuszą, umiejętność polowania harpunem gdzieś zanikła bezpowrotnie. Póki co, łatwiej mi było trafić szczupaka. Wprawdzie trudniejszego do wypatrzenia wśród trzcin, ale nadmiernie ufny w swoją nietykalność, pozwalał się podejść zupełnie blisko - najczęściej zbyt blisko. Z kolei węgorz - dostrzegalny jedynie wtedy, gdy żerował - był nie do upolowania pojedynczym grotem.
Podwodne łowy, poznawanie coraz to innych akwenów, pokonywanie coraz większych głębokości stało się moją pasją. Niestety, malała ona wraz z nadejściem jesiennych chłodów i spadkiem wodnych temperatur. W tym momencie na powrót odzywała się tęsknota za lataniem.

 

                                            

 

 

 

 

                                                            3



Tak nadszedł czas realizacji podniebnych marzeń. Pewnego dnia, zdecydowany, zaszedłem do siedziby bydgoskiego aeroklubu z postanowieniem: zapisuję się na kurs szybowcowy! - wszak od dawna marzyło i się latanie! O dziwo nie było problemu, bo zawsze przychylnie patrzy się na kadrę przyszłych lotników, lecz podstawowy warunek jaki przedstawiono na wstępie, to przejście trudnych badań lekarskich - oczywiście zaliczonych pozytywnie. Po tygodniu, zaopatrzony w skierowanie oraz bilet wsiadłem z grupą takich jak ja napaleńców, do pociągu mającego nas dowieść do wrocławskiego GOBL-u - bo tylko Główny Ośrodek Badań Lotniczo-Lekarskich miał prawo wystawiać świadectwo zdrowia lotnikom.
W drodze, siedząc w zatłoczonym przedziale z wypiekami na twarzy chłonąłem opowieści starych szybowników, którzy jechali na swoje coroczne badania okresowe. Widziałem wtedy siebie wraz z nimi w chmurach, szybującego gdzieś hen wysoko, z dala do wszystkiego co ziemskie.
Rano pociąg stanął na wrocławskim dworcu.  Jak zawsze podczas odwiedzin nadodrzańskiej metropolii, z niezwykłą siłą odżyły wspomnienia z dzieciństwa. Z Wrocławiem bowiem wiązały się moje pierwsze świadome przeżycia: dom na Sępolnie, pierwsze przedszkole, samodzielne wyprawy w nieznane, zabawy nad Odrą i w grożących zawaleniem murach powojennych ruin. Wszystko to zostawiło trwały odcisk w rozrzewnionej duszy i sprawiało, że do Wrocławia odnosiłem się z jakimś szczególnym sentymentem. Lecz tym razem, oprócz sentymentu, czekały mnie inne doznania - poważniejsze.
Badania w ośrodku zaczynaliśmy od rana. Na początek, dzień poświęcony testom psychologicznym. Szybko miało się okazać, że jest to trudny, wyczerpujący sprawdzian, toteż zrozumiałe, że wywoływał wśród nas niekłamane emocje. Lecz kto przeszedł je pozytywnie, miał prawo do następnej części - tzw. badań ogólnych.
Pierwszy etap pokonałem bez problemu. Teraz czekał mnie sprawdzian zdrowotny - w moim przekonaniu zwykła formalność, a tu... dramat! Wszyscy „zaliczani” kolejno specjaliści wpisywali wyniki nie mając zastrzeżeń dopóki nie trafiłem do laryngologa. Ten, gdy zajrzał do nosa, zaczął wydziwiać, a cmokać, a przewracać oczami, w końcu orzekł: skrzywienie przegrody.  A człowiek z krzywą przegrodą nosa nie może być lotnikiem! - Decyzja kategoryczna i bezwzględna. W jednej chwili rozpłynął się sen o lataniu. W tamtym momencie wydawało mi się, że to koniec życia. Mało! Koniec świata! Naraz przekląłem dzień, w którym uznałem, że najlepszą sportową dyscypliną do uprawiania jest boks. - Przez ostatnie trzy lata wyczynowo wojowałem na ringu, z różnym powodzeniem, a to musiało zostawić ślady. I widocznie szło mi kiepsko, skoro pozwoliłem sobie rozbić tak ważną część twarzy. Więc na dno piekła wysyłałem trenerów i tych, którzy mi ten nos połamali. - Później jeszcze przez rok uprawiałem wyczynowo boksowanie, zanim z powodu nieszczęsnego nosa lekarze przestali mnie dopuszczać do dalszych walk.
Na razie przeżywałem największą tragedię życia. Nawet nie pocieszało, że takich jak ja nieszczęśników była połowa mojej grupy, równie załamanych i tak samo przypisujących winę wszystkiemu, tylko nie sobie. W rozpaczy znalazło się jednak coś, co w pewnym stopniu osłodziło gorycz nieszczęścia - z krzywym nosem mogłem być spadochroniarzem. Tak, częściowo pocieszony, z odpowiednim glejtem w kieszeni wracałem do Bydgoszczy - niestety, już jako człowiek drugiej kategorii!!!
Może właśnie dzięki owemu przeświadczeniu wiosną 60 roku z tym większym zapałem rozpocząłem teoretyczne zajęcia spadochronowe. I od teraz, przyszło mi godzić (acz z trudem) naukę w szkole średniej, treningi i spadochroniarstwo. - To ostatnie wychodziło jakoś najlepiej.
Wraz z wiosennymi wypogodzeniami, jako zaawansowani adepci przeszliśmy z sal wykładowych bliżej lotniska, do ogródków ćwiczeń, by tam, posługując się najrozmaitszymi przyrządami nabierać nawyków prawidłowego zachowania zarówno w powietrzu jak i podczas lądowania. Wszystko łatwe i proste, aż do pierwszego wejścia na wieżę spadochronową - na spotkanie z rzeczywistą wysokością.
Niby tylko 30 metrów, a ile strachu. Nawet późniejsze skoki z samolotu nie sprawiały tyle emocji, co to pierwsze zmierzenie się z naturalnym lękiem. Odległość dziesięciu pięter do ziemi  jest tak przeraźliwa, tak wystarczająca żeby się zabić, że paraliżuje nie tylko ruchy, ale i myślenie. A przecież należało w tę przestrzeń skoczyć. - To nic, że nad głową wisiało rozpostarte, usztywnione nylonowe płótno uwiązane dodatkowo do liny z przeciwwagą. Około trzech metrów należało spaść lotem swobodnym zanim zadziałały zabezpieczenia. Potem powolne opadanie dawało czas na relaks. Taki był pierwszy raz. Następne skoki nie przysparzały już podobnych emocji. Zaczęło się nawet podobać.
Dalszy ciąg szkolenia przewidywał zajęcia w spadochroniarni. A po nich dopiero, start do pierwszego skoku z samolotu. Wreszcie nadszedł ten niecierpliwie oczekiwany dzień. Pewnego pogodnego wiosennego popołudnia wraz z grupą straceńców stanąłem na płycie lotniska, oko w oko z ryczącymi silnikami „Li 2”.
Po krótkim instruktażu, należycie wyekwipowany, pouczony i… nieco pobladły, na drżących nogach zajmowałem miejsce w ładowni poczciwej „Lidki”. Kiedy samolot ruszył do rozbiegu, wiedziałem, że nadeszło to, co musiało nadejść. Przez skórę wtedy przelatuje dreszcz, a zniewalające podniecenie nie ma nic wspólnego z radosną euforią. Wpiąwszy linki desantowe do pręta pod sufitem, oczekiwaliśmy już tylko na otwarcie drzwi i sygnał do wyskoku. Wreszcie, zielone światło nad kabiną, krzyk instruktora i... otchłań! Kilkusekundowa przerwa w życiorysie. Dopiero brutalne szarpnięcie uświadamia, że jestem znowu wśród żywych. Nade mną biała czasza otwartego spadochronu i, zaskakująca cisza. Obawa o wytrzymałość linek i klamer uprzęży mija po minucie. Nareszcie można się rozejrzeć. Nieopodal, osiem kukiełek zawieszonych pod białymi parasolami. Pod nogami, sześćset metrów niżej, przepiękna panorama Bydgoszczy: ciasne, pocięte ulicami skupiska domów, zwichrowana wstęga Brdy i gdzieniegdzie plamy parków z kościelnymi iglicami, a wszystko w otoczeniu nieprzerwanej czerni lasów. Chwilowo obraz jest nieruchomy, sielski i upajający. Chciałoby się tak wisieć i gapić z godzinę.
Lecz wrażenie błogości w absolutnym bezruchu  nie trwa długo. Nadchodzi moment, kiedy trzeba spojrzeć, gdzie wypadnie lądować. Na szczęście pod stopami zielona równina przekreślona kreską pasa startowego. Lecz wszystkie przedmioty zaczynają nabierać realnych kształtów, są coraz bliższe, wyraźniejsze i… zbliżają się coraz szybciej. Nagle spostrzegam, że trawa lądowiska w diabelnym tempie pędzi na spotkanie z podeszwami butów. Niewiele czasu zostaje na skorygowanie kierunku lotu tak, by plecami odwrócić się do wiatru. Skrzyżowanie linek, złączenie nóg i... walę o ziemię. Leżę rozciągnięty na lotniskowej murawie. Płótno spadochronu majestatycznie opada obok. Zbierając się z ziemi obserwuję kolegę, gdy ten, kilkadziesiąt metrów ode mnie dziko walczy z nadętą przez wiatr czaszą - to takie zagadkowe dziwa termiki.
Mam ochotę na jeszcze jeden skok, ale jest zbyt późno. Samolot przystępuje do ostatniego startu z grupą bardziej zaawansowanych skoczków. Dla nas nowicjuszy, na dzisiaj basta.
Wracając do domu nadal jeszcze przeżywałem wydarzenia ostatnich godzin. Na przemian, euforię i dreszcz emocji.
W ciągu najbliższych tygodni tylko dwukrotnie udaje się skoczyć z wysokości sześciuset metrów. Większość pobytu na lotnisku kończę daremnym oczekiwaniem: to na pogodę, to na instruktora, to wreszcie na samolot. Początkowy zapał powoli zmienia się w obojętność, potem w zniechęcenie. Jakoś nie cieszą prace porządkowe w spadochroniarni - mają być jakoby zajęciem udoskonalającym spadochroniarza. Ale nie ma frajerów! - Podobno u szybowników jest jeszcze gorzej.
Póki co mam swoje zajęcia, i jak wspomniałem wcześniej, połamany nos uniemożliwił dalsze uprawnianie boksu, toteż coraz poważniej myślę o zmianie dyscypliny.
Przy bydgoskiej „Polonii” od niedawna działała sekcja dżudo. Korciło mnie, by tam wypróbować swoich sił, lecz wcześniej musiałem poddać się operacji wyprostowania skrzywionej przegrody - było to warunkiem dopuszczenia do uprawiania jakiegokolwiek sportu. Więc aby nie przerywać nauki w szkole, wraz z rozpoczęciem letnich ferii wylądowałem w szpitalu. No i połowę lata miałem z głowy, bo jeszcze trzy tygodnie po zabiegu chodziłem ze spuchniętym jak kartofel kinolem. Nie było mowy ani o skokach, ani o nurkowaniu.
Natomiast z początkiem roku szkolnego wstąpiłem do milicyjnego klubu „Polonia”. - W tamtych latach tylko milicyjne kluby miały prawo prowadzić sekcje japońskich sztuk walki. Zacząłem wciągać się w nową dla mnie dyscyplinę - dżudo. Przygotowanie nie tyle bokserskie, co bardziej sprawnościowe i kondycyjne, ustawiało mnie w dobrej pozycji wśród klubowych kolegów. Braki w technice nadrabiałem szybkością i refleksem a to pozwalało na zdobywanie w krótkim czasie kolejnych stopni wtajemniczenia. Uzyskiwałem pierwsze sukcesy na macie, toteż wraz z sukcesami wzrastał zapał. Zacząłem zażarcie trenować, co niebawem zaowocowało zwycięstwami w turniejach. Wreszcie wywojowałem sobie pierwsze mistrzostwo, wprawdzie tylko okręgu, ale to już był sukces.
Rósł apetyt na medale. Niestety, późniejszy splot wydarzeń zniweczył sportowe zapędy, jak również ambitne mistrzowskie plany.

 

                                              

                                                           4                                                



Skończyłem szkołę średnią. Przeto nadszedł moment znalezienia się w kręgu zainteresowań Wojskowej Komendy Uzupełnień.
Nie powiem, i ja byłem zainteresowany wojskiem. Podobała mi się służba w mundurze. W wojsku widziałem ciekawe, uporządkowane, nie pozbawione emocji życie. Co do wyboru formacji nie było wątpliwości gdyż, jak sądziłem, człowiek przygotowany spadochronowo, zaprawiony w sportach walki mógł oglądać siebie, jeśli nie w berecie komandosa, to przynajmniej w marynarskiej gali.
Taką też deklarację złożyłem podczas pierwszego spotkania z wojskową komisją. Przy pełnej uznania aprobacie panów pułkowników zostałem zapisany w rubryce - wojska powietrznodesantowe.
Miałem jeszcze rok czasu do poboru. Nic więc nie stało na przeszkodzie, aby zająć się swoimi sprawami, a było ich co nie miara.
Na domiar, pewnego jesiennego dnia miało się okazać, że lista zainteresowań wcale nie jest zamknięta. Drogą pocztową otrzymałem, nie zaproszenie, lecz kategoryczne wezwanie do Zarządu Wojewódzkiego Ligi Obrony Kraju. Trochę dziwił ten bezwzględny nakaz, lecz jak przystało na szanującego praworządność i urzędowe wezwania obywatela, nie znając sprawy, udałem się do siedziby wyżej wymienionego. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy po pierwszym sakramentalnym pytaniu pana „lokowca” o cel przybycia, usłyszałem:
- Umiecie pływać?
Myślałem, że wszyscy wiedzą, że umiem, a ten tylko udaje niedoinformowanego bęcwała. Odpowiedziałem więc, obszernie i wyczerpująco:
- No pewnie!
„Bęcwał” pokiwał głową i orzekł:
- No to od przyszłego tygodnia będziecie uczestniczyć w kursie na płetwonurka.
O rety! - Zaniemówiłem na moment - Niemożliwe! Ja, nieopierzony amator, miałem się stać prawdziwym płetwonurkiem? Z papierami!?
Parę dni później zasiadłem w ławce sali wykładowej, by z typowym dla siebie zapałem przystąpić do nauki o zagadnieniach, które od dawna uważałem za pasjonujące. Równolegle ze szkoleniem teoretycznym odbywały się zajęcia na basenie, toteż nareszcie nie musiałem czekać na lato, by dowoli sobie popływać. Pod okiem instruktorów nabierałem doskonałości pływackich a na wykładach chłonąłem wiedzę o sprzęcie, technice i fizjologii nurkowania, oraz wszystkich innych mądrościach potrzebnych przyszłemu „człowiekowi głębin”.
Minęły trzy miesiące i kończyła się zima. Nadszedł czas sprawdzenia nabytej wiedzy w praktyce - zajęcia na otwartej wodzie. Tak, którejś majowej niedzieli załadowawszy ekwipunek na ciężarowy samochód, dwudziestoosobową grupą udaliśmy się nad wodę za miasto. I tu zaskoczenie. Zamiast nad którymś z tylu pięknych akwenów wokół Bydgoszczy, rozładowywaliśmy sprzęt na brzegu obrzydliwego, płytkiego stawu. - Kto wymyślił miejsce naszego pierwszego, prawdziwego nurkowania, nie wiem do dzisiaj.
            Woda kolorem przypominała kawę z mlekiem, a błotnista „plaża” bagno. Mimo to z entuzjazmem wciągaliśmy na siebie skafandry, zakładaliśmy aparaty, maseczki i płetwy. Po czym asekurowani linami z brzegu, podzieleni na kilka par zaczynaliśmy podwodną eksplorację. Pierwsze wrażenie? - Absolutna ciemność. Już na głębokości jednego metra całkowity brak widoczności nie pozwalał dojrzeć własnych dłoni. Dotykiem jedynie wyczuwało się paskudnie muliste dno, a poruszone, wystrzeliwało czarną chmurą niczym podczas erupcji wulkanu, do tego źle wyważeni brzuchami ryliśmy gęsty, skłębiony szlam. Na dobitkę po krótkim czasie okazało się, że nasze skafandry, mimo ustawicznego łatania, są dziurawe jak sito, więc szybko namakająca bielizna zmniejszała wyporność. Oraliśmy więc dno niczym podwodne pługi. Ale nie koniec rozkoszy. Przez nieszczelności w wężach przesączała się woda, zatem przy każdym wdechu trzeba było ją ostrożnie odcedzać od  powietrza podawanego z aparatu. Niektórym się to udawało, jednak większość krztusząc się i kaszląc, w panice wyrywała ku niosącej ratunek powierzchni.
Niecałe pół godziny wytrzymałem w tej mało fascynującej toni. Zmęczony walką z błotem, chłodem i mulistą breją, z trudem wychodziłem na brzeg. I jeśli założeniem organizatorów zajęć było wyeliminowanie najsłabszych, to ja o włos spełniłbym powyższy warunek. Szczękając zębami z zimna, plując dennym mułem, zasmarkany, przysięgałem sobie - Koniec z podwodą przygodą!!! Wiadomo, każdy nowicjusz musi wypić swoją porcję wody, nie myślałem jednak, że od razu pół wiadra. Długo potem trwałem przy danej sobie przysiędze - aż do pierwszych, naprawdę upalnych dni, kiedy to następne zajęcia odbywaliśmy w zupełnie innych warunkach.
             Nadszedł czerwiec, a z nim letnie upały. Ponownie rozkładaliśmy ekwipunek, lecz tym razem nad rozległym zbiornikiem toru regatowego u ujścia Brdy. Co za odmienność! Zalew, przy swojej temperaturze blisko 20°C
i widoczności kilku dobrych metrów działał jak magnes, przy tym sprzęt, po solidnym przeglądzie wydawał się bardziej przyjazny niż dwa tygodnie wcześniej. Toteż szybko zapomniałem o koszmarze pierwszego nieszczęsnego bagrowania. Ponadto do wody wchodziliśmy z zakotwiczonej z dala od brzegu tratwy, co stanowiło dodatkową atrakcję i dawało posmak  prawie „marynarskiej” przygody.


                                          Tratwa - jako baza nurkowa.



                           Ostatnia odprawa przed zanurzeniem
            Dno na głębokości 4 metrów widoczne było już spod samego lustra. Urozmaicone, piaszczyste i pełne życia. Co prawda aparaty dalej podawały wodę i trzeba było ją przez zęby odsączyć od powietrza, ale czy to za sprawą treningów, czy uroków otoczenia, nurkowanie nie było już walką o przetrwanie. Po godzinie spędzonej na podglądaniu przydennej fauny, wynurzyłem się w pełni szczęścia, gotowy powtórnie dać nura nie bacząc na ułomności sprzętu. Tamtego dnia, pasja, która ponownie odezwała się z całą mocą, pozostała już… na zawsze!
Kolejne zajęcia, w coraz to innych akwenach, też nie były tylko  „szkołami przetrwania”, a wraz z przybywaniem godzin spędzonych w toni, przybywało również umiejętności, a i w pewnym sensie, doświadczenia.
Po zrealizowaniu wymaganego programu nastał czas egzaminów nadających uprawnienia płetwonurka III klasy. - Tu miało się okazać, na ile zapał i poważne traktowanie tego, co interesujące, może przysporzyć satysfakcji. Do sprawdzianu przygotowałem się jak należy, a to - co najważniejsze! - zostało potwierdzone przez surową komisję. W rezultacie, uznany za jednego z najlepiej zaliczających testy, uzyskałem prawo - wraz z trójką kolegów - do udziału w szkoleniu podnoszącym kwalifikacje nurka. Zostałem wytypowany na kurs drugiej klasy, czyli obóz w Charzykowych. Nobilitacja tym większa, że o takie wyróżnienie ubiegało się kilkunastu innych młodych ludzi, równie ambitnych jak ja. Zatem nie wolno mi było nie skorzystać z oferty.
Termin rozpoczęcia kursu przypadał na drugą połowę lata, toteż niecierpliwie wyczekiwałem dnia wyjazdu. Wreszcie nadszedł. Zapakowawszy do plecaka niezbędne ciuchy, wyruszyłem, modnym wówczas autostopem, do odległej o 80 kilometrów popularnej wśród wodniaków miejscowości, i jeszcze tego samego dnia zameldowałem się w komendzie tamtejszego Ośrodka Szkolenia Płetwonurków.
Głównym  obiektem siedziby była całkiem imponująca willa usytuowana nad brzegiem jeziora. W niej mieściły się biura, sale wykładowe oraz kwatery dla instruktorów. Nam kursantom niestety, za pomieszczenia mieszkalne służyły dwa rozległe hangary po łodziach regatowych - wypełnione już kompletem uczestników. Ludźmi z różnych stron Polski, w liczbie około trzydziestu.
Jak wszyscy, najpierw musiałem zaliczyć kancelarię komendanta, a następnie przebrać się w organizacyjny mundur, czyli: niebieski drelich, białą marynarską podkoszulkę i granatowy beret do kompletu. Ubiór nieco zgrzebny, ale potem z nie byle jaką dumą paradowaliśmy w nim po miasteczku pewni, że wzbudzimy szczególne zainteresowanie wśród miejscowych dziewczyn. Przeto jeszcze tego samego wieczoru, korzystając z braku zajęcia, wyruszyliśmy niewielką grupką na zwiedzanie okolicy.
Charzykowy to mała, typowo letniskowa osada położona nad rozległym jeziorem, zabudowana mniej lub bardziej gustownymi z domkami. Jedne niepozorne, skromne, ale interesujące, inne pretensjonalne, otoczone parkanami, spoza których nie wszędzie dostrzegało się przejaw dobrego smaku. Lecz miejscowość ogólnie sprawiała sympatyczne wrażenie, tylko Ośrodek LOKu, poza efektowną willą, prezentował się nieco gorzej. Mimo to pobyt w nim robił z nas nurków, pełnych zarozumialstwa nadętych snobów, bo nawet ekipę bokserów z sąsiedniego obozu treningowego traktowaliśmy jak gówniarzy, bez należnego dla ich dyscypliny respektu.
Ranek następnego dnia zaczął się od koniecznej gimnastyki, potem apelu i wyznaczenia zadań. Zapachniało wojskiem. Jednak nie przejąłem się tym za bardzo, bo jako potrafiący przystosować się do zmienności losu, uznałem, że w końcu jest to obóz paramilitarny, przygotowujący do niedalekiej służby wojskowej, i czy dryl będzie mniejszy czy większy, muszę sobie poradzić.
Pierwsze dwa dni zajęły wykłady oraz zaznajomienie ze sprzętem - ten ostatni był dobrze znany z zajęć klubowych, bowiem w początkach lat 60-tych nurkowało się na jedynym dostępnym, radzieckim wyposażeniu. Podstawę stanowiły powietrzne aparaty o obiegu otwartym „Ukraina”, czyli: dwie sześciolitrowe butle, na stałe zamocowany automat oddechowy systemu Cousteau-Gagnan i niespotykane już w żadnym ze znanych mi potem aparatów, akustyczne urządzenie rezerwy. - Jego działanie polegało na włączaniu się gwizdka w momencie spadku ciśnienia w butlach do określonej wartości. Zadziałanie mechanizmu dawało znać przeraźliwym świstem po każdym wdechu o tym, że nurkuję już na resztkach powietrza, i nadszedł czas na wynurzenie. Sygnał, słyszany pod wodą w promieniu kilkunastu metrów, siłą rzeczy zmuszał do bezwzględnego powrotu na powierzchnię. Więc urządzenie, moim zdaniem mądre, a przede wszystkim gwarantujące bezpieczeństwo - Przekazuję to tym, którzy obecnie nurkują na współczesnych „Barracudach” czy  „Nemrodach”.
Innym, mniej znanym, lecz używanym aparatem oddechowym był „Podwodnik” - o tej samej zasadzie działania tyle, że większy (mieścił po dziewięć litrów powietrza w dwóch butlach). W obu aparatach maksymalne ciśnienie powietrza nie mogło przekraczać 150 atmosfer.
Pozostały sprzęt, taki jak maski, płetwy, chrapy (czyli rurki pływackie zwane też z niemiecka sznorklami), były rodzimej produkcji. O ile w klubach używaliśmy czasem skafandrów, tutaj przedmiot ten był w praktyce zupełnie nieznany. Poznawaliśmy co prawda wszystkie stosowane na świecie rodzaje ubiorów podwodnych, ale tylko w teorii.
Pierwsze zajęcia nurkowe zaczęliśmy od niewielkiej głębokości przy kei. Potem, stopniowo oddalając się od brzegu zwiększaliśmy zanurzenie. Przy głębokości około ośmiu metrów poniżej lustra wody spotkałem się - nie po raz pierwszy - ze zjawiskiem termokliny, ale tu po raz pierwszy odczułem ją  tak dotkliwie. Lato tego roku było wyjątkowo chłodne i deszczowe, na skutek czego temperatura wody w jeziorach nie przekraczała 17°C, a mając na sobie, oprócz kąpielówek, koszulę z krótkimi rękawami - jako ochronę przed zimnem - musiałem w niej  wytrzymywać, co najmniej czterdzieści minut. Z obrzydzeniem zanurzało się nogi, a co dopiero całe ciało. No i ta termoklina!
W okolicach wspomnianej głębokości ośmiu metrów, w zamkniętych akwenach następuje zetknięcie się dwóch warstw wody o różnej gęstości oraz temperaturze. O ile woda powierzchniowa ma  zbliżoną do ciepłoty powietrza, to woda głębsza utrzymuje stałą, nie zmieniającą się w ciągu roku +4°C. Jest to temperatura, która paraliżuje chłodem. Gwałtowność przeskoku szokuje, a mimo to trudno się powstrzymać przed sprawdzeniem własnego charakteru. Najpierw zaskakuje zmiana widoczności. Dno, o ile nie jest zbyt głęboko, staje się naraz wyraźnie widoczne. Lecz zanim tego doświadczysz, najpierw z ciekawością wsuwasz rękę w zielonkawą, krystaliczną, ciemniejszą toń, a palce natychmiast sztywnieją z zimna. Cofasz ją czym prędzej przestraszony i zadajesz sobie pytanie: jak tu wejść w całości, żeby dotrzeć do dna? W końcu przełamujesz opór. Z zaciśniętymi zębami zanurzasz nogi, gorzej z resztę tułowia, ale najtrudniej schłodzić głowę. Wreszcie zdobywasz się na heroizm. Warstwa zimnej wody sięga maseczki i nagle... w połowie szybki widzisz wyraźną granicę dwóch mas. Górną, nieco jaśniejszą lecz mało przezroczystą, oraz dolną, ciemną za to krystaliczną, przy tym każdy ruch wywołuje zmącenie przypominające mieszanie się gliceryny w napełnionej wodą szklance.
Kiedy już się nadziwisz, w pełni desperacji spływasz niżej, a tam widoczność - oszałamiająca! Co z tego! Jesteś skostniały do szpiku i nie masz najmniejszej ochoty niczego podziwiać. Czym prędzej więc uciekasz do zbawczej granicy, i naraz… masz wrażenie, że zanurzyłeś się w wannie. Ogarnia cię rozkoszne ciepło. Po jako takim rozgrzaniu i przywróceniu dobrego samopoczucia, powtarzasz eksperyment. Już nie, żeby zachwycać się dnem, ale żeby jeszcze raz przeżyć szok zmiany: od lodu do łaźni parowej - która w rzeczywistości ma nie więcej jak 17°C. Mimo wszystko szybko masz dość eksperymentów. Ciągnie cię ku powierzchni. Z niecierpliwością oczekujesz upragnionego gwizdu urządzenia rezerwy, gdyż ambicja nie pozwala na wynurzenie się wcześniej. Ale nie tylko ambicja. Godziny spędzane pod wodą wyrobiły nawyk oszczędnego dysponowania powietrzem, środowisko też przestało być tak obce jak na początku. Jesteś spokojniejszy, racjonalnie kontrolujesz oddechy, a to mimo twojej woli wydłuża czas nurkowania. W końcu jest! Odezwał się świstek. I w tym momencie przestaje ci się spieszyć. Mimo że jest to sygnał do natychmiastowego wypłynięcia, zaczyna ci się tu podobać. Przeciągasz moment na ile się da. Wreszcie sygnalista na łodzi, trzema szarpnięciami linki asekuracyjnej przekazuje znak, że i on ma już dosyć. Kiedy wydostajesz się na powierzchnię, widzisz nad sobą zamiast ciepłego słoneczka, szare, siąpiące deszczem chmury (takie dni były w większości). Masz ochotę wracać z powrotem pod wodę. Niestety, wywlekają cię na pokład i dobrze jeśli pomogą zdjąć ciężki aparat. Niewiele czasu zostaje na ubranie się i rozgrzanie. Teraz tobie przypada rola sygnalisty. W rozdygotanych, zesztywniałych dłoniach musisz wyczuć każdy ruch linki, na końcu której paręnaście metrów poniżej łodzi, walczy z zimnem i strachem twój kolega. Tak dzień po dniu, nurkowanie na przemian z wykładami.
Tego roku organizatorzy szkolenia nie przewidzieli pewnej wątpliwej atrakcji, jaką przyszło zafundować kursantom. Otóż zbiegiem okoliczności - trudno go nazwać szczęśliwym - akurat mój turnus musiał uczestniczyć w mało sympatycznym zadaniu.
Kilkanaście dni przed naszym przyjazdem doszło do tragicznego wypadku w pobliżu przystani. Turystyczny jacht, w swoim zwykłym jak co dzień rejsie, niespodziewanie  trafił na gwałtowną burzę. Minęły minuty, kiedy pod naporem porywistego szkwału łódka nagle położyła się na burcie, a po chwili odwróciła do góry stępką. Z czteroosobowej załogi uratowała się tylko jedna. Troje ludzi poszło na dno.
Gdy zaczynaliśmy szkolenie, już działała ekipa -  jacyś płetwonurkowie z nieznanego nam, poznańskiego klubu. Dopiero czwartego dnia intensywnych poszukiwań udało im się znaleźć jedną osobę z jachtu. Przez dziesięć następnych - nic. Nie zazdrościliśmy im roboty, ale byłoby dziwne, gdyby nie zaangażowano i nas. Lecz zgodnie ze zdrowym rozsądkiem należało wcześniej przejść kolejne fazy szkolenia, by móc zanurzyć się na głębokość dwudziestu metrów bez niepotrzebnego ryzyka - taką głębokość zanotowano w przeszukiwanym rejonie.
W końcu nadszedł ten dzień. Z pełnym ekwipunkiem, choć ciągle bez skafandrów, udaliśmy się łodzią w wyznaczony sektor. Pod nami 20 metrów głębi - siódme piętro wieżowca! - i pierwsze moje zejście na tak dużą głębokość. Przygotowanie sprzętu przebiegało ślamazarnie a podniecenie staraliśmy się zamaskować głupimi dowcipami lub nerwowym śmiechem. Nic dziwnego, przed nami dość niezwykłe przedsięwzięcie jak na początkujących płetwonurków. A do tego ta fatalna pogoda. Odruchowo starałem się na różne sposoby opóźnić spotkanie z lodowatą wodą, bezskutecznie. Kiedy nadeszła moja kolej, na miękkich nogach stawałem na burcie szklonej krypy. Komenda: „skok!”... i paraliżujący chłód odbiera oddech. Gwałtownie zamyka się lustro wody nad głową. Wokół inny świat. Chwila oswojenia z zimnem, sprawdzenie podawania powietrza, znak dla sygnalisty, że OK i zaczynam zanurzenie.
Wraz ze zwiększaniem się odległości od powierzchni oraz wzrostem ciśnienia, powietrze do płuc napływa z coraz większym oporem, staje się gęstsze, jednocześnie pióropusz pęcherzy ginie gdzieś daleko nad głową. Z coraz większą trudnością dociera światło, wreszcie zalega mrok, ale dłonie są wyraźnie widoczne - i to jest dziwne. Czas stoi w miejscu, przy tym mam świadomość, że dokoła nic, tylko  bezkresna wodna otchłań. Już któryś raz przedmuchałem uszy, gdy naraz z mroku wyłania się martwa, księżycowo-gładka powierzchnia dna. Nie ma ryb ani najdrobniejszej roślinki, za to widać każdy szczegół, tyle, że dokąd sięga wzrok, wszędzie szaro, brunatnie, ponuro. Mimo to, na moment robi się raźniej. Ale na moment, gdyż powraca uprzytomnienie, że gdzieś tu niedaleko leżą ludzkie zwłoki. Dookoła grobowa cisza przerywana tylko miarowym bulgotem bąbli uchodzących z zaworu wydechowego. Półmrok, samotność, zimno i, najgorsze, gdy po chwili na cienkiej warstwie mułu ukazują się ohydne, regularne bruzdy - to efekt wcześniejszych poszukiwań wleczonymi po dnie hakami. Ich widok sprawia, że oddech przyśpiesza, a serce zaczyna walić jak oszalałe. Płynę wzdłuż tych odrażających śladów, a w wyobraźni - pobudzonej azotem zawartym w sprężonym powietrzu - widzę obok siebie… przerażającego ludopotwora z bezkształtną, straszną twarzą. Zaczajony unosi się nieruchomo w toni, by znienacka złapać za nogę, zakręcić butle, albo zedrzeć maskę. Struchlały rozglądam się na boki, lecz wszędzie pustka, i tylko ten wstrętnie poorany muł. Jestem zesztywniały z zimna i strachu. Marzę żeby jak najszybciej wypłynąć, lecz  jednocześnie… chciałbym zasłynąć bohaterstwem tego, który odnalazł i wydobył coś, czego inni nie potrafili. Miotany na przemian, to lękiem to poczuciem męstwa, uparcie powiększam upiorny krąg na spodzie jeziora. Na siłę trzymam nerwy w ryzach. Trwa to nieznośnie długo.
Naraz odezwał się gwizdek. Nareszcie! Kończy się powietrze - w niecałe pół godziny wyczerpałem prawie cały zapas. Czas wychodzić. Z ulgą ruszyłem ku powierzchni i dopiero mogę ocenić dzielący mnie dystans od lustra wody. - Kawał drogi! Ciśnienie w uszach, już bezboleśnie, regulowało się samo, nie musiałem pomagać, przy tym, od pewnego miejsca otoczenie z każdym metrem coraz bardziej jaśniało, aż nad głową ujrzałem cień łodzi. Pełen szczęścia opuszczałem nieprzyjazną głębię.
Poszukiwania trwały do końca kursu. Niestety, bez rezultatu. Mnie jeszcze dwa razy wypadało zanurzyć się na owe dwadzieścia metrów w tamtym rejonie. Za każdym razem z takimi samymi emocjami, i bez efektów.
Dzięki Bogu nie tylko podwodne emocje towarzyszyły naszemu kursanckiemu życiu. Wieczorami Charzykowy tętniło życiem towarzyskim, naturalnie rej wodzili chłopcy w niebieskich mundurach - może dlatego, że nie było tu innych mundurów. Lecz, jako że kończył się żeglarski sezon, ludzie masowo wracali do domów,  mimo to dziewcząt jakoś nie brakowało. Jednak najchętniej odwiedzaliśmy bazę harcerską w Funce - zwłaszcza jej żeński podobóz. Położona w głębi lasu nad tym samym jeziorem parę kilometrów od Charzykowy była stałym, sięgającym tradycją lat przedwojennych, obozowiskiem bydgoskiej chorągwi ZHP. - Mnie, z tamtym miejscem łączą szczególne wspomnienia jeszcze z okresu swojego harcerstwa.
Otóż odwiedzaliśmy je kilkakrotnie w ramach tzw. „integracji wojska z ludem”. Natomiast nie zapomnę pewnej szczególnej, a do tego  b a r d z o  kurtuazyjnej wizyty. Postanowiliśmy złożyć ją harcerkom w ich stanicy nie inaczej, jak własnym „statkiem”. Przygotowaliśmy w tym celu ośrodkową „Dezetę” - łódź wielkości sporej szalupy na dwunastu chłopa nie licząc sternika, po pięć wioseł na każdą burtę - i uprzedziwszy wcześniej gospodarzy, w któreś niedzielne popołudnie, wypomadowani, eleganccy, zasiedliśmy do wioseł. Łódka odepchnięta od kei raźno ruszyła na jezioro. Początkowo wiosłowanie, mimo treningów i najlepszych chęci, szło dość nieskładnie. Trudno było utrzymać kierunek i należyte tempo. Kiedy już zgraliśmy się i wiosła złapały rytm, mieliśmy akurat dość. Oczy zalewał pot, ręce sztywniały, a plecy jak połamane lumbagiem. Poczciwa dezeta nabrała cech galery. Kilkadziesiąt długich minut minęło zanim w dali ukazał się, ten już tęsknie wypatrywany, pomost. Wstąpiła otucha, i aby zrobić jak najlepsze wrażenie, z podwójną energią przyłożyliśmy się do drągów. Łódź teraz mknęła jak strzała.
Na brzegu jakiś obserwator obwieścił obozowi nadciąganie gości, więc kto żyw, wybiegł na spotkanie. Naraz brzegową skarpę zapełnił tłum harcerzy  - bez wątpienia z podziwem obserwowali nasz wioślarski talent.
Pomost, dzięki zdwojonym staraniom załogi, nabierał coraz wyrazistszych kształtów, wreszcie, z niebezpieczną szybkością zaczął zbliżać się ku dziobowi. I wtedy… stało się coś, czego nikt nie przewidywał. Szyper, jednocześnie sternik - pewny siebie mądrala, przejęty swoim zadaniem naraz stracił głowę, pokręciły mu się komendy i, o zgrozo, kierunki wychylenia steru. Potężna, wyładowana ludźmi łódź, ku przerażeniu gospodarzy zamiast w brzegową łachę, z całym impetem wali w kruchy, ażurowy pomost. Pryskają deski, wyginają rurki, łamią wiązania. Jeden wielki zgrzyt i trzask. Kilku z nas, uderzonych wiosłami fika koziołki, wpada między ławki. Łódź zatrzymuje się na kłębowisku żelaza przednią częścią w wewnętrznym baseniku. Cisza, nie ma oklasków, harcerstwo stoi oniemiałe, my też nie wiemy jak się zachować. Wygrzebujemy się z pomiędzy ławek do wody - bo… pomostu już nie ma. Wypychamy nasz barbarzyński taran z pogiętych konstrukcji i podciągamy do brzegu. Poszycie na szczęcie całe, a i wiosła też nie ucierpiały. Z głupimi minami wychodzimy na ląd. Mokrzy, brudni, zdruzgotani. - Cały przygotowany fason diabli wzięli. Konsternacja nie trwała jednak długo. Harcerskie pospólstwo szybko wybaczyło naszą niedoskonałość, a może uznało, że sprawiliśmy im fajny ubaw. Dziewczyny i tak patrzyły na nas jak na egzotycznych bohaterów, a my zachowywaliśmy się, jakby cały spektakl był precyzyjnie zaplanowany i doskonale wykonany.
Nieco inne zdanie miała na ten temat komenda obozu. Ale w końcu udało się załagodzić sprawę, po zapewnieniu, że odbudujemy zdemolowaną keję. No i ten przypadek sprawił, że przez pięć kolejnych dni byliśmy codziennymi gośćmi obozowiczów. Oczywiście nie praca nad zniszczonym pomostem była najważniejsza w czasie naszych niby roboczych odwiedzin.
Koniec kursu nadchodził nieuchronnie, a coraz niecierpliwiej oczekiwaliśmy tego momentu. Zbyt boleśnie dokuczał wojskowy rygor, ponadto pogoda robiła się z każdym dniem paskudniejsza, do tego zawiało już jesiennym chłodem, w związku z czym woda przybrała temperaturę, która zniechęciłaby do pływania nawet pingwina. Obiecywane skafandry nie nadeszły, a wiecznie nie wysychające „termoizolacyjne podkoszulki płetwonurka” rozlazły się w strzępy. Na szczęście czekał nas tylko egzamin i... pakowanie manatków. - To pierwsze jak zawsze budziło emocje. Wszak zmuszało do wysiłku mózgi rozmiękłe i pokurczone przez chłód wody.
Wreszcie pora egzaminu. Najpierw obowiązkowy sprawdzian sprawności nurkowej. Nie pamiętam już wymaganych ćwiczeń, wiem, że przymuszały do pełnej mobilizacji zarówno siły jak i wolę. Dalsza, teoretyczna część rozłożona była na dwie tury. Obejmowała kilkanaście przedmiotów.
Ogólnie sprawdzian wypadł dla mnie zadowalająco. Z satysfakcją przyjąłem pierwszy „donos” - wypadało coś cztery z hakiem. Jak później wynikało z bilansu, uplasowałem się w czołówce zdających. Jeszcze raz utwierdziłem w przekonaniu, że w pewnych dziedzinach, które mnie fascynowały, potrafiłem przełamać niechęć do wkuwania. Miało to świadczyć o mojej, jakoby wrodzonej pracowitości oraz zdolnościach intelektualnych. Nic bardziej błędnego!
Kurs, w uroczystej oprawie, kończyło wręczenie dyplomów z nagłówkiem: „Specjalista nurek II klasy” - potwierdzone specjalnym wpisem w odpowiedniej książce i wzruszającymi życzeniami: „aby ilość zanurzeń była (…mniej więcej) równa ilości wynurzeń”.
Jeszcze tego samego dnia spakowani, z torbami na plecach, pełni chwały rozjeżdżaliśmy się do domów.

 


         

Jesień 1963 roku zbliżała się wielkimi krokami a z nią, wyczekiwane powołanie w szeregi - niewątpliwie niezwyciężonej i najsprawniejszej - armii. Toteż od pewnego czasu przeżywałem dramat wyboru, mając bowiem tak elitarne specjalizacje jak spadochroniarstwo i nurkowanie, teoretycznie mogłem wybierać pomiędzy wojskami desantowymi i marynarką wojenną. Obie te formacje jednakowo prestiżowe, kusiły swą romantyką. - Niektórzy w tym miejscu być może każą mi się postukać w czoło, bo gdzie w wojsku romantyka!? Lecz moje pojmowanie romantyki zawsze odbiegało od ogólnie przyjętego i do dzisiaj uważam je za normalne. Jednak nie mogąc się zdecydować, pozostawiłem prawo decyzji urzędnikom komisji poborowej.

                         5


   


          


        Czas oczekiwania upływał na aktywnej działalności pomiędzy wodniactwem, a treningami. Dawno pożegnałem się z boksem, natomiast w polonijnej sekcji dżudo dość szybko osiągnąłem czwarty stopień wtajemniczenia - drugie kiu, i nie bez satysfakcji występowałem na macie przepasany brązowym pasem. Był to tylko stopień uczniowski, ale wierzyłem, że z biegiem czasu dostąpię mistrzostwa, a z nim tytułu - dan. Wiara absolutnie bez pokrycia, gdyż mundur na długi czas miał rozdzielić mnie z klubem, zatem i z treningami, i z zawodami.

Aż oto nadszedł dzień, kiedy listonosz w swojej codziennej marszrucie zaszedł pod mój adres. Beznamiętnie, z kamienna twarzą wręczył pismo z nagłówkiem WP. Rutynowym gestem podsunął druczek, na którym miałem pokwitować odbiór i poszedł. Wiedziałem - karta powołania. Oczywiste, że do wojska, ale pytanie: do jakiego? Z przejęciem otwierałem urzędową kopertę i jeszcze większym przejęciem zacząłem wczytywać się w zawiadomienie. Nagle pociemniało mi w oczach! Zmusiłem się, by jeszcze raz odczytać nazwę miejscowości, do której powinienem się udać. Potem jeszcze raz. Ciągle coś się nie zgadzało. Nazwisko, adres - wszystko w porządku. Tylko ta miejscowość… Nie Kraków, nie Gdynia, nie Ustka, a... Grudziądz!? i ten jakiś nic nie mówiący mi numer. Co za fatalne nieporozumienie! W jednej chwili runęło całe moje pozytywne nastawienie do życia. W gruzach legły plany, marzenia i ambicje. Wojsko objawiło się w najgorszej postaci. Przede mną zwykłe „odwalenie pańszczyzny”. Grudziądz - miasto, którego nie znałem zanadto, ale z jakąś sympatią się do niego odnosiłem, naraz nieprawdopodobnie mi zbrzydło. To, że blisko Bydgoszczy? - to nic. Już wolałbym jakieś Choszczno, Żagań, czy inny, choćby najbardziej zapadły leśny garnizon. Dlaczego Grudziądz!? Wojskowa pospolitość nad pospolitościami gdzie rządziło pogardliwie określane: „zupactwo” do spółki ze „szwejostwem”! - Tak to wtedy widziałem. Mojej rozpaczy dołożyła jeszcze informacja, że tajemniczy numer jednostki dotyczy szkoły podoficerskiej...
 s a m o c h o d o w e j !  Akurat tego, do czego nie miałem najmniejszego powołania. No cóż, z rozdartym sercem musiałem pogodzić się z decyzją WKR-u. Chociaż tak naprawdę, nie bardzo wiedziałem komu ją zawdzięczać, i gdyby nawet była to pomyłka, to brakowało już czasu na odwołanie, bo termin wyjazdu wyznaczał poranną porę następnego dnia.
Po nieprzespanej nocy, rankiem z torbą na plecach powlokłem się na dworzec. - Nie pamiętam nawet czy pożegnałem najbliższych. Pociąg, do zohydzonego w mojej głowie miasta, przepełniony był takimi jak ja poborowymi. Połowa z nich już pijana, a druga - właśnie upijająca się. Mnie nawet na to nie było stać. Na trzeźwo przeżywałem swoje Waterloo, by w wisielczym nastroju przetrwać dwugodzinną podróż.
Grudziądzki dworzec, gdy tylko go zobaczyłem,  już od progu jawił mi się jako zapleśniała stacyjka w syberyjskim chutorze. Bez rozglądania wymknąłem się peronowej obławie. - Zwykle w dniach poborów dworce były obstawione wojskowymi patrolami, do których należało wyłapywanie (pijanej w większości) hordy i odtransportowywanie do jednostek wskazanych na kartach powołania. Nie chciałem być doprowadzony, a tym bardziej dowieziony ciężarówką na miejsce „zsyłki”. Długo błądziłem po mieście, „szukając swojego wojska” i dopiero po południu stanąłem u celu. Lecz tu... jakiś mały promyk rozświetlił moją zbolałą duszę. Jednostka stacjonowała przy jednej z ruchliwych ulic w centrum miasta, do tego, w sąsiedztwie budynku z napisem… Liceum Pedagogiczne. Wprawdzie wizytówką  mojej instytucji był ponury, koszarowy ceglak, lecz otoczenie gwarantowało jakiś kontakt z cywilizacją, zwłaszcza kłujący w oczy neon kina „Tivoli” naprzeciw. Oczywiście wrażenie podświadome, gdyż w moim zbuntowanym nastawieniu, cały Grudziądz łącznie z Bogu ducha winnymi mieszkańcami, był daleki od cywilizacji. Brakowało mi tylko dantejskiego cytatu nad wejściem „WY, KTÓRZY TU WCHODZICIE, PORZUĆCIE WSZELKIE NADZIEJE”.
Przekroczyłem bramę mocno po dopuszczalnym czasie, ale że trzeźwy, skończyło się na przeraźliwie wyryczanym upomnieniu i przepędzeniu w rejon wyznaczonej kompanii. Od tej chwili zaczęło się zwykłe wojsko: fryzjer, kąpiel, wydanie mundurów (zwane nie wiadomo czemu, sortami), potem zbiórki, zbiórki, zbiórki. Miedzy tym biegi. Kto kiedyś to przeżył, ten wie a kto nie, to może lepiej dla niego.


                        Prawdziwe wojsko

      Po pierwszych dniach nieustającego krzyku, w ciągłym galopie, jednostka zaczynała nabierać cech właściwych swojemu przeznaczeniu, a więc szkoły wojskowej - wszak tylko podoficerskiej, ale z właściwym dla tej instytucji programem zajęć. Pomiędzy musztrą a taktyką - wykłady. W dobrze wyposażonych salach i pracowniach, zgłębialiśmy wiedzę o samochodach, oraz wszystkim, co dotyczyło służby transportowej w armii.   
       Może wydawać się dziwne, ale o wiele bardziej pociągały mnie zajęcia w tzw. polu. Dopiero tam dostrzegałem prawdziwy cel działania wojska. Atak lub obrona, w kontakcie z (wyimaginowanym na szczęście) nieprzyjacielem, tłumaczyła sens istnienia armii. Poczułem coś, co nazwać by można powołaniem. Pot na czole, mokre plecy, rzężący oddech, a czasem brak oddechu, poobcierane nogi - lubiłem to, pod warunkiem, że tylko jako uboczny efekt całościowych czy chociażby fragmentów ćwiczeń taktycznych. Doskonale trafiało do mnie wyświechtane porzekadło: „im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju.” Poza tym przybliżało warunki, z jakimi mógł się spotkać żołnierz w prawdziwej walce. I tylko dzięki takiej filozofii mogłem, bez większego buntu, znosić koszarowe uciążliwości. Natomiast z nauki o samochodach, najbardziej przypadła mi do gustu umiejętność wskakiwania w pełnym biegu na skrzynię ciężarówki. Ćwiczyliśmy tę sztukę na placu manewrowym poza terenem jednostki.
Aby bezpiecznie i sprawnie dostać się na samochód, należało podbiec na wysokość tylnego koła, następnie wyskokiem sięgnąć prawej lub lewej burty tak, aby zawisnąć mając przełożoną ją pod pachą. Następnie obszernym zamachem nogi zaczepić stopą górną krawędź skrzyni, podciągnąć resztę ciała i wtoczyć się do wnętrza. Wykonanie wymagało zarówno siły jak i zręczności. Początkowo nie wszystkim wychodziło, dopiero po kilkunastu próbach robiliśmy bezbłędnie. Była fajna zabawa, ale kiedy samochód przyspieszał do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, robiło się mniej wesoło, zwłaszcza tym, którzy mieli kłopoty od początku. Szczęśliwie poza niewielkimi potłuczeniami nie dochodziło do większych kontuzji. Długo potem doszukiwałem się sensu tego ćwiczenia, by wreszcie dojść do wniosku, że jeśli nie na placu boju, to owa umiejętność może przydać się kiedyś w okolicznościach, które nie będą miały nic wspólnego z wojskiem.
Intensywność zajęć nie pozwalała mi na rozpamiętywanie pogrzebanych aspiracji, po za tym, frustrację rekompensowała dość dobra pozycja wśród kolegów, a czasem i przełożonych. Pogodziłem się z dolą, toteż bez nostalgii śledziłem życie miasta za oknem i nawet nie tęskniłem za przepustkami - do przysięgi i tak były nieosiągalne.
Pewnego popołudnia monotonię koszarowego życia zakłóciło na pozór błahe wydarzenie. - W niedalekiej przyszłości miało ono zmienić moje nastawienie do świata. Podczas przerwy w codziennych zajęciach, zostałem wezwany przez oficera dyżurnego do biura przepustek. Takie wezwania nie zawsze muszą się łączyć z przyjemnościami, dlatego w drodze, nieco strwożony zastanawiałem się: - co znowu za licho? Z daleka zobaczyłem przed wejściem do dyżurki, czekającego oficera… w mundurze milicyjnym. Teraz poczułem się naprawdę nieswojo. Miałem niejedno za uszami, ale żeby zaraz milicja? I to tu, w jednostce wojskowej?   Tak czy inaczej wypadało podejść.
           Zameldowałem się regulaminowo - na ile zobowiązywał marny stopień szeregowca - i z mrowieniem na plecach czekałem na reakcję. Lecz po obustronnej, dość oficjalnej prezentacji, przybysz przystąpił do rozmowy o dziwo, w przyjacielskim tonie. Jeszcze nie wiedziałem o co chodzi, ale uszło ze mnie powietrze. Natomiast kiedy usłyszałem cel wizyty, poczułem się jak ktoś, komu nagle przyniesiono cenną, lecz dawno odżałowaną zgubę. Temat bowiem dotyczył sportu.
Otóż w Grudziądzu od niedawna przy miejscowym klubie „Olimpia”, rozpoczęła działać sekcja dżudo. Liczyła już kilkudziesięciu członków, a prowadził ją przypadkowy instruktor. Tymczasem potrzebny był trener. Niekonieczne z pełnymi kwalifikacjami - taki był w owym czasie prawie nieosiągalny - ale z jako takim pojęciem o wymienionej dyscyplinie. Zmieszałem się, gdy jegomość przedstawił decyzję mojego byłego trenera z bydgoskiej Polonii. To on wskazał mnie jako najodpowiedniejszego do prowadzenia sekcji. - Chyba z byka spadli! - pomyślałem. Ani doświadczenia, ani zbytnich wiadomości, a do tego aktualna sytuacja, w której to ja byłem zobligowany do posłuchu, a nie odwrotnie. Nijak nie widziałem siebie na takim stanowisku. W oparciu o te argumenty starałem się zrzucić z karku ciężar przyszłej odpowiedzialności. - A w ogóle, po co mi to!? Niestety, decyzję podjął już ktoś przede mną. Jakkolwiek temat był przedstawiony w formie prośby czy niezobowiązującej propozycji, to jednak wyczułem, że żadne wykręty nie wchodzą w rachubę.
Zrozumiałem naraz, komu zawdzięczam ten cały Grudziądz. „Polonia” i „Olimpia” to kluby milicyjne. Do wojska stąd niedaleko, zatem wystarczył jeden telefon, przedstawienie sprawy i wio! - Żołnierz jedzie tam, gdzie mu każą, a nie tam gdzie by chciał. Zresztą mój gość nie próbował niczego ukrywać. Mimo wszystko nareszcie jakaś satysfakcja. Co z tego, kiedy ambitne militarne plany i „wzniosłe” marzenia szlag trafił. Miałem również świadomość, że praca trenerska, zwłaszcza z początkującymi adeptami „wielkiego dżudo”, nie podniesie na wyżyny własnego poziomu, że raczej poprzestanę na tym czego się dotąd nauczyłem, i tyle.
Dalsza rozmowa zeszła na tematy bardziej towarzysko-osobiste. W końcu pożegnaliśmy się zapewnieniem: że z jego strony resort załatwi z wojskiem co należy w powyższej sprawie, a z mojej, że przeanalizuję propozycję.
Wracałem do pododdziału mocno zszokowany. Lecz kiedy myśli nabrały jako takiego ładu, doszedłem do prostej konkluzji, że właściwie nie ma czego analizować, bo czy treningi podniosą poziom moich umiejętności czy nie, nie miało już znaczenia. Ważne, że dostałem szansę kontynuowania przerwanego sportu. Wiedziałem też, że w roli instruktora dam sobie jakoś radę. - O prawdziwej trenerce raczej nie mogło być mowy.
I wtedy stało się coś dziwnego. Ulica za oknem, oglądana z kompanijnego korytarza, dotąd smutna i bezbarwna, naraz, zrobiła się swojska, przyjazna, słoneczna i kolorowa.- Tylko po wewnętrznej stronie okna raczej bez zmian. Dzień po dniu, jak wcześniej, musztra, taktyka, strzelanie, wykłady, od których aż mdliło. Nudne praktyki w warsztatach i wszystko to, co miało zrobić ze mnie fachowca w niechcianej specjalności. Czas mijał, a z upływem tygodni mijała też nadzieja. Powoli zapominałem o tamtej, tyle obiecującej rozmowie.
Zbliżała się Gwiazdka. Z nią pierwsza Wigilia poza domem. Dzisiaj, może to sobie trudno wyobrazić, ale Wigilia w wojsku 1963 roku miała swoją niepowtarzalną egzotykę, i nie tylko z racji koszarowej dyscypliny, raczej z powodów czysto politycznych. W pierwszym rzędzie nie mogło być mowy o oficjalnym wieczorze wigilijnym. - W tej kwestii trzeba było zdać się na własną pomysłowość, no i paczki z domu. Również rozkład dnia nie przewidywał najmniejszych odstępstw od codzienności. Do późnego wieczora toczyło się zwykłe wojskowe życie, a o 22.00 capstrzyk. Lecz piętnaście minut później regulamin zezwalał na opuszczenie łóżek.
W wieczór wigilijny, jak było do przewidzenia, zgodnie z przepisem punktualnie o 22.00  posłusznie leżeliśmy pod kocami  - w bieliźnie, bo piżam w owych czasach wojsko nie znało. Aliści, gdy tylko minął regulaminowy kwadrans, sala ożyła. Najpierw wyskoczył z łóżka drewniany podkład - na którym ułożony był siennik (taki prawdziwy, wypchany prawdziwą słomą) - ustawiony na taboretach i przykryty prześcieradłem spełniał rolę stołu świątecznego. Na nim po chwili pojawiły się wiktuały przysłane z domów. Stanęła również buteleczka cichcem wyjęta spod szafki. Niemal równie konspiracyjnie, wydobywaliśmy z dna paczek świąteczne opłatki.
Do zaimprowizowanego stołu zasiadło kilkanaście, przypominających zjawy postaci, w śnieżnobiałych koszulach i równie białych... kalesonach. Potem tradycyjne dzielenie się opłatkiem. Ktoś zaintonował kolędę, podchwyciliśmy - początkowo z cicha, a potem coraz głośniej aż w końcu, nie przejmując się zakazami. ryczeliśmy na całe gardła,
Podobną oprawę miała Wigilia w sąsiednich salach i sąsiednich kompaniach, a i pewnie w całym wojsku. Na przekór wszystkiemu jednostka do późnej nocy rozbrzmiewała kolędami. Nie było siły, która mogłaby je uciszyć.
Dzień następny, świąteczny, traktowano jak zwykłą niedzielę - dobrze, że chociaż tyle - naturalnie bez prawa wyjścia do kościoła.
Święta Bożego Narodzenia minęły prawie niezauważone, lecz też nikt nie wytknął nam tak nie socjalistycznego zachowania, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Szybko wrócił zwykły koszarowy rygor.

Najbardziej oczekiwanym dniem od pierwszego przekroczenia bramy jednostki, jest dzień przysięgi. Nie tylko z powodu swej podniosłości, ile za sprawą zakończenia wojskowego przedszkola. Wszystkim nam przyświecała niczym nie potwierdzona nadzieja, że od tego uroczystego momentu, życie zrobi się choć trochę normalniejsze. Skończy się głupie ściganie, zajęcia staną się ciekawsze, a wyjście do miasta będzie codziennością. - Teraz już mocno zaczynałem wypatrywać owej upragnionej codzienności, bo w głębi ducha widziałem siebie znowu na sali treningowej, chociaż nic na razie tego nie zapowiadało. Kończył się okres unitarny.
Przygotowanie do uroczystej przysięgi nabierało rozpędu. Na gwałt zaczęliśmy wkuwać regulaminy i przepisy wojskowe, co ze względu na niewielką atrakcyjność tematów wcale nie było łatwe. Mimo wszystko każdy miał ochotę dobrze wypaść na egzaminie, gdyż suma punktów mogła wpłynąć na późniejsze, ewentualne przywileje. Ostatni etap przygotowań to zbiorowe czyszczenie broni, butów i wszystkiego, co podlegało czyszczeniu. Następnie pobieranie mundurów wyjściowych i generalne prasowanie. Wcześniej, o czym nie wspomniałem, należało niemal obowiązkowo wysłać zaproszenia do rodzin. Lecz ja akurat ten obowiązek zlekceważyłem. Może nie powinienem się przyznawać; dla mnie przysięga wojskowa miała, nie tyle w swojej treści ile w oprawie, charakter wiejskiego wesela. Była w moim przekonaniu czymś gminnym. Czymś tak pospolitym, że matka z ojcem - tak sobie myślałem - czuliby się, podobnie jak ja, mocno zażenowani. Nie wiem skąd się wzięło owe nastawienie do, bądź co bądź, podniosłego i ważnego wydarzenia - zwłaszcza dla kogoś, kto z powagą traktował instytucję wojska. Może wpływała na to ciągle niewygasła pretensja, a może niechęć do pospolitości? - Nie wysłałem zaproszenia i koniec.
W rezultacie poważnie naraziłem się ojcu, a podczas przysięgi poczułem smak samotności - jak mały kolonista, do którego w czasie niedzielnych wizyt nie przyjechali rodzice. Po głównych uroczystościach, nagrodzony przepustką, samotnie wałęsałem się po ulicach, z zazdrością patrząc na kolegów, którym w spacerach towarzyszyły rodziny. Z drugiej zaś strony, miałem swojego rodzaju satysfakcję - najbliżsi nie muszą mnie oglądać w zielonym mundurze „piechura” i w czapce garnizonowej zamiast komandoskiego beretu, oraz, że nie muszę opowiadać, jak babrzę się w samochodowych smarach.
Poświąteczny dzień zaczął się od rozliczania spóźnionych z przepustek i tych, którym kochające rodziny lub kumple, przemycili zbyt dużo wódki, a wypita zbyt dziarsko, źle posłużyła się dzielnym rycerzom. I taki to ten przysięgowy folklor. Od niego pewnie wojsko przyjęło nazwę - ludowe.
Dalsze dni i tygodnie nie przyniosły większych zmian. Upragnione przepustki wydawane były tylko w sobotę i w niedzielę, a i to pod warunkiem, że wykazałeś się regulaminowym zachowaniem i sportową sprawnością. Ganianie takie samo tyle, że może trochę wolniej. Coraz częściej zaczęto nam przypominać, już nie o żołnierskiej i obywatelskiej postawie ale, że jesteśmy elewami -  słuchaczami Szkoły Podoficerskiej, w związku z czym powinniśmy bardziej garnąć się do nauki, a nade wszystko być przykładnymi żołnierzami. - Różnie bywało z dostosowywaniem się do powyższych poleceń.
Natomiast dokuczliwą uciążliwością stało się, rzekomo zaszczytne, dopuszczenie do zadań bojowych - czyli służby wartowniczej. Otóż, od tej chwili blady strach padł na tak zwane, stare wojsko. Tajne ścieżki nielegalnych wyjść poza terytorium jednostki, znane tylko wygom, stały się naraz „drogami śmierci”. Bowiem młodzi wartownicy, pomni nakazom regulaminów, otwierali ogień do wszystkiego, co uchodziło za próbę działalności szpiegowsko-dywersyjnej - zwykle dotyczyło to kolegów ze starszego rocznika. Na szczęście umiejętności strzeleckie sprawiały, że kończyło się zaledwie na przestraszeniu domniemanego dywersanta a dzielny wartownik, zamiast spodziewanej pochwały… obrywał po grzbiecie. Ale bojowe porywy - od kiedy sami wartownicy po służbie korzystali z sekretnych przejść - powoli zaczęły się uspokajać.
Właśnie wtedy nastąpił dzień, którego oczekiwałem już tylko resztkami nadziei. Któregoś przedpołudnia wyrwany z sali wykładowej, otrzymałem polecenie zameldowania się u szefa sztabu. Nie znając sprawy, z mrówkami na plecach maszerowałem do gmachu dowództwa - takie wezwania nie wróżyły nic dobrego. Dotyczyły zwykle bardzo poważnych spraw, a ja ciągle nie znałem przyczyny tak gwałtownego nakazu. Przed wejściem, stremowany obciągnąłem mundur, jeszcze raz w myślach powtórzyłem formułkę raportu i zapukałem do drzwi. W gabinecie już oczekiwał „trzeci po Bogu” - szef w stopniu majora. Wykrzyczałem swój wyuczony meldunek i wyprężony jak struna z niepokojem wpatrywałem się w twarz pryncypała. Na szczęście ta wyrażała nie tylko pogodę, ale i pewien rodzaj uznania.
Aha! Już wiem, o co chodzi - pomyślałem z ulgą. Faktycznie, major przywitał mnie z szacunkiem godnym olimpijczyka. - widocznie tak musiałem być opisany przez przedstawicieli Resortu Spraw Wewnętrznych. Wylewnie wygłosił zadowolenie: że oto żołnierz z jego oddziału jest tym, który przyczyni się do rozwoju sportu w mieście Grudziądzu. Stoi przed nim doskonały trener, a takiemu należy udzielić wszelkiej aprobaty. Z czerwonymi uszami słuchałem tej opinii na wyrost, nie widząc jak się zachować. Skonsternowany, w końcu wydukałem coś od siebie: że postaram się nie zawieść dobrej opinii armii i pracować na chwałę swojej jednostki - czy jakoś podobnie.
Przyjąwszy na odchodne gratulacje i dobre życzenia, uskrzydlony, pełen triumfu wracałem do rejonu zakwaterowania - gdzie już czekała na mnie stała przepustka. Od teraz każdego popołudnia mogłem bez przeszkód przekraczać bramę koszar. Byłem jednym z niewielu, którzy dostąpili takiego przywileju.

 

                         

                                                          6  



Pierwsze wyjście wypadało wykorzystać na odszukanie i podziękowanie swojemu dobroczyńcy - za takiego bowiem uznałem owego oficera milicji. Po zasięgnięciu informacji, dość szybko odnalazłem go we wskazanej kancelarii Komendy Miasta. Oficjalnie zaproszony, podjęty kawą, w przyjacielskiej rozmowie wymieniliśmy sobie uwagi o poziomie uczestników, ich zaawansowaniu i miejscu treningu. Właściwie na tym kończyła się jego rola. Ode mnie teraz zależało, jak sobie poradzę dalej.
Czas przyspieszył. Niezwłocznie zadzwoniłem do domu, by przysłano mi klubową dżudogę (kimono). - Przezornie trzymałem w sypialnianej szafie, a z pewnością już napoczęły ją mole. Nie czekając końca tygodnia, wyprasowany, przepisowo podopinany i odpowiednio pouczony, udałem się na pierwszy trening. Jeszcze bez torby treningowej, za to z głową pełną obaw i wątpliwości.
Moje wkroczenie na salę nie miało charakteru uroczystego, nie było oklasków ani fanfar, po prostu trening akurat trwał. Na macie kilkunastu młodych chłopaków ćwiczyło chwyty pod okiem niewiele od nich starszego kolegi i nikt nie zwracał na mnie uwagi.
Stojąc na uboczu miałem czas przyjrzeć się ćwiczeniom, wyposażeniu sali oraz strojom w jakich trenowała młodzież. A stroje były przeróżne, głównie dresy, jakieś własnej roboty niby kimona, kolorowe koszule, między tym bieliły się nieliczne dżudogi. Rolę tatami spełniała z powodzeniem porządna zapaśnicza mata. Lecz główną uwagę poświęciłem trenującym - właśnie przerabiali rzuty biodrowe. W miarę dobre wejścia, właściwe ustawienia i poprawne przerzuty, kończyło niestety karkołomne lądowanie, bez wyhamowania i najmniejszej amortyzacji. Młody instruktor nie zwracał na to uwagi. Pokrzykiwał, demonstrował elementy rzutu, ale nie reagował na błędy w technice tzw. padów. Obserwując poszczególnych zawodników wyrabiałem sobie powoli pogląd na poziom ćwiczących, a w miarę przebiegu treningu rodziło się coraz więcej uwag mimo, że wiele przemawiało na korzyść nie tyle prowadzącego, ile stopnia zaawansowania trenujących. Nie byli to absolutni nowicjusze.
Stojąc pod ścianą ciągle byłem traktowany jak przypadkowy gap. Nie przyciągałem niczyjej uwagi. Dopiero gdy trening miał się ku końcowi, po obowiązującym Rej czyli japońskim podziękowaniu, podszedłem do instruktora. Przedstawiłem się i wyjawiłem powód swojej obecności. Ten, ku zaskoczeniu, zareagował zdziwioną miną. Żadne wcześniejsze wieści jakoby miał przybyć jakiś nowy trener, nie były mu znane. - Nie do wiary! Przecież przynajmniej prowadzący powinien być uprzedzony - pomyślałem. Nieco uspokoiła informacja, że główny instruktor jest nieobecny, a chwilowo zastępuje go ten młody człowiek. Na następnym treningu sprawa powinna się wyjaśnić.
Wracałem do jednostki co najmniej zmieszany. Przecież wszystko miało być załatwione, a tu proszę - nikt nic nie wie? Do wyjaśnienia przyszło mi czekać całe trzy dni.
W tym czasie zajęcia na „militarnej uczelni” przebiegały swoim rytmem: wkuwanie na przemian z oraniem pola ćwiczeń. Zmieniła się tylko moja pozycja w pododdziale.
Wieść o pracy w klubie rozniosła błyskawicznie, co sprawiło, że u  jednych wzbudziłem nieukrywaną zawiść, u innych tylko taką sobie zazdrość. Lecz ani jedni ani drudzy nie mieli pojęcia, że wszystko może ulec zmianie, bo gdyby z treningów nic nie wyszło, najgłupiej byłoby przedstawić sytuację przełożonym. Ci bowiem widzieli mnie już, co najmniej, na liście „czołowych trenerów Polski" - stąd brała się ich przychylność. I marny mój los gdyby cała historia skończyła się niczym. Toteż nietrudno sobie wyobrazić, ile napięcia kosztowało oczekiwanie najbliższego treningu. Na dobitkę, przywieziono mi z Bydgoszczy żądane kimono, z nomen omen, gratulacjami.
Nadszedł wreszcie dzień, w którym miały się rozwiać wątpliwości. Tym razem na trening przyszedłem wcześniej. W szatni powoli robiło się tłoczno. Schodzący z zaciekawieniem spoglądali na obcego, nie zadając pytań. Nie byłem zdecydowany: przebierać się czy nie? W końcu nie wytrzymałem. Ubrany w dżudogę wyszedłem na salę. Było mi już wszystko jedno czy to ja będę kogoś trenował, czy ktoś mnie. Ważne, że znowu mogłem znaleźć się na macie.
Teraz dostrzegłem zainteresowanie. Brązowy pas wzbudzał ciekawość. Był to z pewnością pierwszy tego koloru pas, jaki ci młodzi ludzie mieli okazję oglądać na czyimś kimonie, a pewnie niejeden o takim marzył. Wszak pozwalało na to drugie kiu, a nie szóste, które upoważniało do noszenia zaledwie białego pasa - obi.
Nie zwracając uwagi na resztę, sam zacząłem rozgrzewkę. W tym czasie sala zapełniła się zawodnikami, po czym wszyscy karnie stanęli na macie w oczekiwaniu na kogoś ważnego. Po chwili, w wejściu ukazał się wcześniej poznany instruktor w towarzystwie obcego mi człowieka. Mimo dość nietypowej prezencji domyśliłem się, że to właśnie od niego zależy moja dalsza rola w klubie. Jedno co o nim wiedziałem to tylko to, że ma na imię Włodek. - Nazwisko Enerlich jeszcze niczego mi nie mówiło, ale niebawem mogłem się szczycić przyjaźnią z najbardziej popularną postacią w mieście. To on był inicjatorem  utworzenia sekcji.
Człowiek około trzydziestki, krępy, powiedziałbym przysadzisty, przy tym szerokie ramiona, masywne nogi i żylaste ręce świadczyły o nie przeciętnej sile. Jakoś nie pasowała do tej postury twarz, pełna ujmującego uśmiechu, o ładnych regularnych rysach, budząca już od pierwszego spotkania sympatię. Cała nietypowość nowego gościa polegała na tym, że jego prawa ręka zwisała na temblaku - to tłumaczyło cywilny ubiór i absencję na treningach.
          Uszkodzona ręka - jak mi później powiedziano - była efektem wcześniejszej kontuzji, gdzieś poza salą treningową.
Przedstawiliśmy się sobie. Bez wylewności, ale z szacunkiem - tym razem bez zdziwienia. Wyglądało na to, że spodziewał się spotkać mnie na sali, wobec tego nastąpiła dość ceremonialna prezentacja, z podkreśleniem, że od teraz treningi, jako wsparcie, będzie prowadził nowy instruktor. Spadł kamień z serca. Zależało mi, nie tyle na prowadzeniu treningów, ile na uzasadnionym uczestnictwie i… to zostało załatwione.
Od tego dnia, dwa razy w tygodniu z torbą na plecach biegałem na swoje treningi odbywające się na drugim końcu miasta. Równocześnie jakoś dziwnie złagodniał wojskowy dryl a miasto stało się sympatyczne, przyjazne i uśmiechnięte. Praca w klubie porywała bez reszty. Jakkolwiek sam niewiele zyskiwałem na treningach, to jednak z satysfakcją obserwowałem postępy chłopaków. Przydały się nawyki wdrożone na salach treningowych w minionych latach.
Prowadzący sporty walki trener, oprócz poziomu szkolenia, ma jeszcze inny ważny problem na głowie. Do judo garną się przeważnie chłopcy - chociaż w sekcji miałem i parę dziewcząt. Właśnie u chłopaków, po kilku czy kilkunastu treningach pojawiała się chęć pokazania przed innymi, co potrafią - najczęściej na ulicy. Sprawa stała się poważna, gdy wśród swoich podopiecznych dostrzegłem zawadiaków, którzy nabierali przedwcześnie przekonania, że nie ma od nich mocniejszych w osiedlu. Teoria, że judo jest sportem szlachetnym, nastawionym na obronę i w swoim założeniu na wykorzystaniu agresji oraz siły przeciwnika - „ustąp a zwyciężysz”, jakoś nie do wszystkich przemawia. Wkładałem więc wiele wysiłku i szukałem różnych argumentów, aby zapobiec możliwemu nieszczęściu - mając w pamięci swoje początki.
Przypominam sobie wydarzenie jeszcze z Bydgoszczy, które o włos nie miały - w najlepszym razie - kryminalnego zakończenia. Pewnego dnia, gdy z grupą kolegów wracałem z treningu odludną częścią miasta, zostaliśmy zaczepieni przez trójkę osiłków. Prowokacyjnie szukali okazji do bójki. Można było ich zlekceważyć a skończyłoby się na wymianie pogróżek i tyle. Ale nie, nas judoków nie będzie byle kto bezkarnie zaczepiał!!!
Któryś z mojej paczki, akurat ten najchudszy ale z najdłuższym stażem w sekcji, postanowił dać im pokazową lekcję - oczywiście byliśmy gotowi mu w każdej chwili  pomóc. On jednak, nie oglądając się na nikogo odłożył torbę z dżudogą, podszedł do najbliższego i korzystając z zaskoczenia, podciął nogi w najbardziej klasycznym „dużym podcięciu zewnętrznym”- Japończyk powiedziałby na to: o soto gari. Jeśli jest wykonane poprawnie, sprawia, że zgarnięte od tyłu nogi przeciwnika wyskakują do poziomu ramion Z tej wysokości facet, w pozycji horyzontalnej, całym ciężarem wali plecami o podłoże. - W tym przypadku zamiast maty, był  twardy betonowy chodnik, a rzut wyjątkowo poprawny. Po sekundzie na ulicy leżał człowiek. Najgorsze, że zamroczony wstrząsem nie dawał znaku życia. Dwaj pozostali oceniwszy swoje niewielkie szanse w bójce, woleli ustąpić z placu boju. Za to my zachowaliśmy się jak ostatnie szczeniaki. Widząc, że mimo odludzia pojawili się gapie, porwawszy torby, nie patrząc za siebie zwiewaliśmy co sił w nogach. Byle jak najdalej od miejsca incydentu.
Dopiero w domu przyszedł czas na oprzytomnienie. Pewność że uczestniczyłem w przypadkowym zabójstwie nie dawała spokoju. Przez najbliższe dni spodziewałem się w każdej chwili milicyjnej wizyty. Szczęśliwie skończyło się na strachu. - A tak niewiele brakowało.
Albo inny przypadek - też z moim udziałem - w którym nie trzeba było dużo, a przybrałby tragiczny  obrót. Podobnie jak poprzedni miał miejsce w latach szkolnych, a więc w okresie ledwie rozpoczętej „kariery sportowej”.
Jeden z moich szkolnych przyjaciół uwikłany w perypetie miłosne, spodziewał się lania ze strony rywali, bowiem miał nieszczęście zaangażować się w pannę wyjątkowo atrakcyjną, lecz niestety nie samotną. Wobec tego do kogóż mógłby się zwrócić o pomoc, jak nie do mnie, „wielkiego dżudoki”!
Wybraliśmy się więc razem na spotkanie - on ze swoją wybranką, a ja… z jego rywalami. Randka przebiegła spokojnie i bez zakłóceń, ale tylko do pewnego momentu. Bo w drodze powrotnej drogę zastąpiła nam zgraja łobuzów, z których tylko paru było w poważniejszym wieku, reszta, raczej smarkacze. Natomiast z postawy było widać, że nie mają zamiaru nam podarować. My z kolei nie mieliśmy ochoty ustąpić. Nikt też nie wysilał się na pertraktacje, więc prawie natychmiast rozgorzała bójka. Otóż szybko okazało się, że mimo liczebnej przewagi, we dwóch jesteśmy dużo lepsi i za chwilę to oni oberwą. Wtedy jeden z napastników, chcąc koniecznie wygrać, albo może żeby tylko postraszyć, sięgnął po nóż. Dla mnie jednak było to wyzwanie. Przekonany o własnej sile i umiejętnościach wiedziałem, że bez trudu unieszkodliwię nożownika, a tu, już w pierwszym starciu ostrze przejechało po żebrach. Widok krwi, która chlusnęła z otwartej rany, natychmiast ostudziła wojownicze zapędy. Przestraszony nożownik, pozbywszy się ambicji, po prostu wziął nogi za pas, zabierając ze sobą równie przestraszonych koleżków. Miałem szczęście, rana okazała się rozległa, ale niezbyt głęboka, a sprawca dopiero początkującym zabijaką. Skończyło się na kilkunastu szwach i parotygodniowej przerwie w treningach.
Opis tych wydarzeń powinien uświadomić wszystkim „wojownikom”; jak łatwo sobie przekreślić albo nawet skrócić życiorys, gdy się głupio wykorzystuje umiejętności sportów siłowych. Te kanony starałem się wszelkimi sposobami wpoić podopiecznym. W pewnym sensie byłem za nich odpowiedzialny. Na szczęście odpowiedzialność, jak i sprawy treningowe mogłem dzielić ze wspomnianym Włodkiem - znanym powszechnie Włodem.
Jego uszkodzona ręka dość szybko wróciła do pełnej sprawności i od tego czasu treningi prowadziliśmy wspólnie. Podział był prosty. On zajmował się stroną siłową i kondycyjną, ja techniczną. Uzupełnialiśmy się doskonale, w wyniku czego, niedługo potem  nasza współpraca przerodziła się w naprawdę serdeczną przyjaźń. Bowiem oprócz klubu, obu nas łączyły inne bliskie zainteresowania. Włodek był niepisanym królem miejscowego światka żeglarskiego. Uzdolniony szkutnik, jachtowy instruktor, opiekun wodniackiej młodzieży, cieszył się mirem nie tylko w Grudziądzu, ale również na jeziorach mazurskich. Z tej racji ja, jako ”doświadczony” płetwonurek, też mogłem go fascynować. Mnie zaś imponowała jego popularność. Toteż na zasadzie wzajemnych preferencji, niebawem stałem się bywalcem jego domu, a z chwilą nastania sezonu żeglarskiego, stałym gościem przystani żeglarskich nad niedalekim jeziorem Rudnik.
Z czasem poszerzyło się grono znajomych. Coraz rozleglejsze kontakty towarzyskie pozwalały poznać nowych, ciekawych ludzi i miasto. Grudziądz robił się w moich oczach coraz piękniejszy. Coraz częściej gorąco przepraszałem za niedawne obelgi miotane pod jego adresem.

                         

                          7



Wiosna przyniosła również zmiany w życiu służbowym (od: służba wojskowa). Po półrocznym szkoleniu pierwszy awans. Starszy szeregowy to jeszcze żaden stopień, ale dla mnie już się liczył. Kwalifikował do grupy tak zwanych „starych żołnierzy”, a to niejednokrotnie jest ważniejsze od szarży.
Gdzieś na początku maja, na jednej z porannych zbiórek pododdziału z ust dowódcy padło pytanie zadane z całą powagą: „Kto umie dobrze pływać?” Nikt takiego pytania się nie spodziewał. W mojej formacji powyższa umiejętność nigdy nie była wymagana. Więc o co chodzi? Po chwili zgłosiło się paru desperatów z wiarą… że nie przyjdzie im przepływać Wisły. Oczekując na jakąś szczególną atrakcję zgłosiłem się i ja. Wierzyłem w głębi ducha, że jeszcze coś niecoś zostało z umiejętności pływackich.
Otóż jednostka szczyciła się basenem na własnym terenie. Wiedzieliśmy o nim. Lecz swoim żałosnym widokiem, opróżniony, nikogo nie napawał otuchą, że może posłużyć kiedyś jako obiekt sportowy. Wprawdzie miał olimpijskie wymiary, ale oprócz wymiarów nic w nim nie było olimpijskiego. Służył do zupełnie innych celów. Każdego rana przynajmniej kompania próbowała go napełnić. Sąsiadował z boiskiem, wobec tego zaraz po pobudce zbierały się nad nim pododdziały ćwiczące zaprawę poranną. Który z zaspanych rycerzy nie zdążył się wysikać pod oknami koszar, leciał do basenu. Na szczęście ten, dziurawy jak sito,  zamiast gromadzić daninę, tylko śmierdział szczochami. Aż tu nagle proszę, zwierzchnictwo postanowiło po niewielkim remoncie napełnić go czystą, prawdziwą wodą. I żeby mógł kiedyś w pełni nazywać się pływackim, zgodnie z przepisami należało postawić nad nim ratownika. W związku z takim zamierzeniem szukano kandydatów - na razie na przeszkolenie.
Naraz i we mnie dał o sobie znać wodniacki zew. Zgłosiłem swoją kandydaturę mimo świadomości, że „dwa grzyby w barszczu” to za dużo. Ale jak nie skorzystać z propozycji zrobienia uprawnień ratownika WOPR, kiedy okazja pcha się sama w ręce?
Swoich konkurentów przelicytowałem Książeczką Płetwonurka - było to trochę więcej niż karta pływacka. Potrzebowano dwóch. Tym drugim musiał być ktoś równie dobry. No i znalazł się. Kto? Oczywiście… pisarz batalionowy. Taki przecież zawsze wszystko umie i we wszystkim jest najlepszy, i to raczej ja powinienem dorównywać jego kwalifikacjom niż odwrotnie. To nic, że nie miał dowodów potwierdzających umiejętności, ale miał za to tupet, zdolność przekonywania, i niezachwiane przekonanie… że jakoś sobie poradzi. A przede wszystkim, był najbliżej szefostwa.
Parę dni później, obaj zaopatrzeni w odpowiednie karty podróży, wyruszyliśmy oddelegowani na trzytygodniowy kurs do Stargardu Szczecińskiego. Tam mieliśmy odbyć pełen zakres szkolenia ratowniczego.
Na miejscu czekało nas zupełnie inne życie. Ciągle wojskowe, ale wolne od zbiórek, pobudek, musztr. Niczym jakaś szczególna elita żołnierska zamieszkaliśmy w eleganckich pokojach hotelowych. Po śniadaniu w kasynie oficerskim, udawaliśmy się na okazały kryty basen. Kilka godzin wykładów plus zajęcia pływackie, i wracaliśmy do naszych hotelowych kwater. Po obiedzie w tym samym kasynie, zbijaliśmy bąki włócząc się po mieście.
Pierwszy dzień kursu zgodnie z moimi przewidywaniami poświęcony był sprawdzianowi. Należało zaliczyć wyznaczony dystans dowolnym stylem, lecz w określonym czasie - tego wymagały reguły zrozumiałe dla przyszłych ratowników.
Jak większość, poradziłem sobie z próbą bez większych problemów. Natomiast w maksymalne osłupienie wprawiły pływackie wyczyny mojego kolegi-kancelisty.
Po desperackim zeskoku - do którego trzeba było długo nakłaniać - zaczął pokonywać dystans… jakby nie w tą stronę co trzeba. Dziwnie łatwiej mu było pionowo w dół, niż w poziomie do przeciwległego brzegu. Osiągnąwszy dno, chaotyczną szamotaniną usiłował wydostać się ku powierzchni, lecz zarówno siła ciążenia, jak i zbyt mała gęstość materii akurat na taką ewolucję mu nie pozwalała. „Też płetwonurek?” - pomyślałem zaskoczony - „a może nie umie pływać!” Niestety to drugie było bliższe prawdy.
O ile wcześniej z rozbawieniem patrzyłem na instruktora, który z wielkim drągiem z brzegu obserwował przyszłych ratowników gotowy do wyciągania tonących, tak teraz z szacunkiem dla jego zdolności przewidywania albo doświadczeniu, widziałem jak robi z niego użytek. Było to moje pierwsze zetknięcie z tak absurdalnym brakiem samooceny. - Na co liczył facet, który nie potrafił utrzymać się na wodzie? W jaki sposób chciał zostać ratownikiem!? Przecież do niego należało w przyszłości czuwanie nad bezpieczeństwem na kąpielisku. Podobnych „pływaków” wyłoniło się jeszcze kilku. - Z identycznym fenomenem miałem się spotkać parę lat później. O tyle zrozumiałym, gdyż dotyczył adeptów nurkowania, a tych, jak wiadomo powinna cechować umiejętność poruszania się w większości pod wodą.
Tymczasem mój niedoszły „współratownik” z poczuciem hańby wracał do jednostki. Nie zazdrościłem mu. - Dzisiaj wiem, że tacy jak on i w takich sytuacjach potrafią wyjść obronną ręką, a nawet zrobić z siebie skrzywdzonego bohatera.
W grupie kilkunastu kursantów z różnych jednostek okręgu bydgoskiego, pozostałem jedynym reprezentantem swojej „uczelni”, zatem martwiła mnie nieciekawa perspektywa: latem będę trzymał dyżury nad wodą... bez zmiennika.
Kurs, mimo skróconego trybu, obejmował cały zakres programu. Po trzech tygodniach nauki, zaliczeniu nieodzownych egzaminów, wracałem do - jak to się ładnie nazywało - macierzystej jednostki. Wprawdzie bez należnego mi dokumentu w formie Książeczki Ratownika, za to z wpisem do Książeczki Nurka (którą przezornie z sobą zabrałem) - „ukończył kurs z wynikiem pozytywnym”. Wspominam o tym, bo owej książeczki nigdy nie miałem dostać do ręki, mimo zapewnień, że niebawem zostanie przysłana. Nie pomogły żadne zabiegi. Ktoś po prostu zrobił interes na wojsku. Wpis w Książeczce Nurka był jedynym potwierdzeniem. - Parę lat później umożliwił mi podwyższenie ratowniczych kwalifikacji.
Wracałem nie tyle do „macierzystej jednostki”, ile bardziej do swojej braci z sali treningowej i rudnickich pomostów.

                                               

                                            

                          8



Wraz z wiosną zaczął się ruch na wspomnianym  Rudniku -  rozległym, a niezbyt urodziwym akwenem oddalonym o jakieś pięć albo sześć kilometrów od miasta. Otóż jako najbliższy przyjaciel Włoda - „pierwszego po Bogu” wśród żeglarskiej wiary - korzystając z niedzielnych przepustek coraz częściej bywałem w stanicach rozsianych wokół jeziora. Na zasadzie szczególnych przywilejów mogłem też korzystać z przejażdżki w charakterze pasażera albo co najwyżej... balastowego. Natomiast, mimo usilnych zabiegów Włodka i jego jachtowych kumpli, nie potrafiłem wzbudzić w sobie większego zainteresowania żeglarstwem. Po trochu dlatego, że ten akurat sport wydawał mi się zbyt statyczny - bo ani uczucia szybkości, ani związanych z jego brakiem, emocji - a po trochu z typowej dla mnie przekory. Pamiętam że w dzieciństwie z tego samego powodu nie nauczyłem się jeździć na łyżwach. (Zresztą nie umiem do dzisiaj). W Bydgoszczy, mieście pociętym kanałami, prawie wszyscy uprawiali łyżwiarstwo. Tylko ja uparcie unikałem łyżew, nie chcąc być tak jak wszyscy. Ot, takie moje dziwactwo.
Za to jezioro Rudnik interesowało mnie z zupełnie innej strony, mianowicie czy nadaje się do nurkowania. Głębokość nie była tu rewelacyjna, zaledwie kilkanaście metrów. Równie mało rewelacyjna była widoczność, ale ponieważ okolica nie posiadała bardziej atrakcyjnego zbiornika, wiedziałem, że wcześniej czy później zdecyduję się na podwodną eskapadę.
A wracając do jachtowego tematu, chciałbym wspomnieć pewien ni to epizod, ni wydarzenie. Po prostu taka sobie zabawna historyjka, która miała miejsce parę miesięcy po tym, jak pierwszy raz zetknąłem się z grudziądzkimi żeglarzami. Już słynąłem jako kompletny żeglarski laik, w dodatku z tych, którzy całe żeglarstwo mają w głębokiej pogardzie. Mimo to Włod, widząc że daję się czasami przewieźć na łódce, wskazał pewnego dnia swojego regatowego „Fina” ze słowami: - Wsiadaj stary i płyń.
Było to bardzo szlachetne, lecz mocno ryzykowne polecenie. Ale cóż miałem robić? Łódka stała otaklowana, w pełni gotowa do rejsu.
Z tremą wgramoliłem się do kokpitu i odepchnąłem od kei. Po chwili, goniony podmuchem pędziłem nie bardzo wiedząc dokąd, aż znalazłem się na środku jeziora. Podpatrywanych wcześniej nawigacyjnych umiejętności starczyło do momentu, kiedy wiatr zmienił kierunek. Łódź, czując rękę żółtodzioba stanęła, a ja nie bardzo wiedziałem, co robić dalej!? Zrozpaczony szukałem już tylko ratunku w pagaju, ale tego, akurat nie było
Działo się to szczęśliwie za wyspą i nikt nie oglądał moich perypetii. Tkwiłem bezradny w miejscu, lecz w pewnym momencie powiało z właściwej strony. Znowu ruszyłem: - teraz, oby jak najkrótszą drogą zmykać do swojego pomostu i odstawić tę cholerną łajbę!
Na szczęście wiatr pchał ciągle w pożądanym kierunku. Kiedy deski pomostu były dwa metry od dziobu, puściłem szot i oddałem ster w lewo. Łódka natychmiast wyhamowała, po czym posłusznie skręciła. Delikatnie dotknąłem burtą kei i zatrzymałem się w jej połowie. - Cały manewr był trochę dziełem przypadku, a trochę wcześniejszych obserwacji. Kiedy stanąłem na brzegu, niczym sępy dopadli mnie chłopaki od żaglówek. Posypały się pretensje:
- Stary! Po coś tyle czasu ukrywał, że jesteś sternikiem jachtowym? My i tak wiedzieliśmy że masz patent!
W ich przekonaniu nie do pomyślenia było, żeby Włod przyjaźnił się z kimś, kto nie miał co najmniej patentu żeglarza. A tak naprawdę…? Kiedy zobaczyli mnie samego na łodzi i w dodatku w tej, na którą mogli tylko popatrzeć z daleka, polecieli do Włodka z wymówkami. Ten, żeby ratować twarz, musiał uciec się do bezczelnego kłamstwa:
- Kochani! Andrzej jest starym sternikiem jachtowym, możecie się od niego uczyć.
Nie wiem, na ile ich przekonał, ale moje lądowanie na „jajeczko”, rozwiało wątpliwości. Odtąd byłem facetem, który mógłby wiele jeszcze pokazać, lecz nie chce się chwalić.

Niespodziewanie nadeszło lato. Początek czerwca przyniósł piękną, upalną pogodę. Toteż zgodnie z decyzją szefostwa rozpocząłem wachty nad swoim wojskowym basenem. Jego remont ograniczył się do wycięcia krzaków, połataniu dziur i jako takim zmyciu dna, wobec czego po zalaniu wodą, wypełniała go brudna, zmącona toń bez możliwości dojrzenia dna nawet w najpłytszym miejscu. Mimo wszystko uznano, że nadaje się do pływania.
Natomiast jeden z pierwszych dyżurów o włos nie zakończył przed czasem mojej ratowniczej działalności. Któregoś dnia przymaszerował pluton. - W ramach zajęć w.f. pierwsza dla tego pododdziału kąpiel w nareszcie uruchomionym basenie. Stojąc nieopodal, obserwowałem czynności żołnierzy po komendach dowodzącego. Wszystko odbywało się karnie, w najlepszym porządku. Jednak, gdy tylko pierwsi stanęli w gaciach, wstąpiło w nich szaleństwo. Nikt już nie czekał na instrukcje, pouczenia czy rozkazy. Bez uprzedzenia, ile sił w nogach hurmem runęli w stronę brzegu pływalni. Zaskoczony nie zdążyłem zrobić jakiegokolwiek gestu, by zapobiec nieuniknionej katastrofie. W efektownych łamańcach, po wyskoku wpadali w mętność basenowej zawiesiny. Pozostało mi tylko powstrzymać tych „spóźnialskich” i czekać, aż wypłyną pierwsi.
Kiedy wynurzyli się - na szczęście w komplecie - ich widok budził przerażenie. Szybko minęła radość z kąpieli. Przestraszony wyciągałem po kolei nieboraków, pokaleczonych, porozbijanych i częściowo odartych ze skóry. Kilku z nich z miejsca nadawało się do ambulatorium - a i tak dobrze, że nie do szpitala na oddział chirurgii urazowej.
Basen w najgłębszym miejscu miał 1,5 metra. Wszyscy wiedzieli, ale widok wody i porażające słońce zaćmił mózgi.
Sprawa, szczęśliwie dla mnie rozeszła się po kościach, minęła bez konsekwencji - a mogło być paskudnie. Późniejsze zajęcia przebiegały spokojniej. Przezornie przestrzegałem i zabraniałem skoków, przy tym szczególną przyjemność sprawiało mi pouczanie szarży, czułem się wtedy naprawdę na stanowisku.
Moje obowiązki związane z pływalnią, po miesiącu zakończył sanepid. Przysłana komisja orzekła, że woda nie nadaje się do kąpieli. Spuszczono ją więc i basen znowu stał się tylko betonową atrapą.

Koniec roku szkolnego zawieszał na okres wakacji działalność sekcji dżudo. Postanowiliśmy z Włodem przeprowadzić wewnętrzny turniej, by na jego podstawie wyłonić najlepszych, i jeszcze w aktualnym roku szkolnym nadać wyższe stopnie wtajemniczenia, a wraz z nimi wręczyć upragnione żółte pasy.
Turniej miał charakter oficjalny, z udziałem władz klubu oraz publiczności. Impreza więc nie tylko udana, ale ze wszech miar pożyteczna, gdyż walnie przyczyniła się do rozpropagowania, nieznanej wszystkim, dyscypliny. Ponadto, podnosiła naszą rangę -Włoda i moją - jako trenerów.
Po turnieju żegnałem się z chłopakami, obiecując sobie, że za dwa miesiące spotkamy się znowu w komplecie.

 

                                    

                         9



          Tymczasem Samochodowa Szkoła Podoficerska wraz z innymi jednostkami garnizonu przygotowywała się do corocznie organizowanych zawodów lekkoatletycznych. Wśród wielu kandydatów miałem i ja szansę zakwalifikować się do udziału w którejś z konkurencji. - Z powodzeniem mogłem wystartować w biegach na średnim dystansie.
Biegi nie były nigdy moją koronną dyscypliną, ale już w szkole średniej brałem udział (z różnym rezultatem) w międzyszkolnych mityngach. Chciałem więc ponownie spróbować swoich sił.
Ku własnemu zaskoczeniu, w eliminacjach na szczeblu jednostki zająłem drugie miejsce. W takiej sytuacji miałbym powód, żeby pękać z dumy, gdyby nie fakt, że ten pierwszy wyprzedził mnie o… półtora okrążenia. Tak czy inaczej zakwalifikowałem się do reprezentacji.
Przez trzy tygodnie poprzedzające zawody z pasją trenowałem biegi parę godzin dziennie. Wracałem do oddziału zziajany, spocony, ale pewny dobrego rezultatu na bieżni.
Aż nadszedł dzień startu. W bojowym nastroju wraz z innymi zawodnikami zameldowałem się na stadionie. Dobrego samopoczucia nie psuła nawet świadomość, że nie jestem w stanie pokonać kolegi z własnej jednostki - starego lekkoatlety z toruńskich klubów. Za to podniecała myśl o drugim miejscu, co na szczeblu garnizonu byłoby nie lada triumfem.
Na chwilę przed startem do biegu na moim dystansie, czyli na 1500 metrów, zrobiło się zamieszanie. Zabrakło jednego z zawodników. W związku z tak wyjątkową sytuacją mógł wyjść na bieżnię każdy, kto czuł się na siłach.
I nie wierzę oczom! Nagle na starcie pojawia się kolega z mojej drużyny. Żałosne, zapijaczone chuchro o fizjonomii walczącego z gruźlicą leptosomatyka. Zawsze samym wyglądem wzbudzał litość. Nie dość, że nie brał udziału w eliminacjach, to pamiętam, ile razy na marszobiegach zabieraliśmy od niego plecak, karabin i pozostałe oporządzenie byle dociągnął do miejsca zbiórki. „I ten gość chce z nami starować, na tak trudnym dystansie?” - pomyślałem szczerze rozbawiony.
Nie było czasu na perswazje. Gdyż za chwilę rozległ się strzał startera. Ruszyliśmy, i naturalnie, jak było do przewidzenia już po pierwszych kilkudziesięciu metrach na czele stawki sunął nasz toruński szybkobiegacz, a dystans do niego rósł z każdą chwilą. Ja biegłem według własnej taktyki. Nie zmieniając tempa dawałem się wyprzedzać innym, większość bowiem, niczym sprinterzy wyrwała do przodu. Wiedziałem że po drugim, trzecim okrążeniu i tak będę miał ich za plecami. Lecz tuż za mną, dzielnie trzymał się mój drużynowy koleś. Czekałem kiedy spuchnie i zostanie z tyłu. On jednak ciągle trwał na swojej pozycji jak przyklejony. Mimo wszystko moja taktyka sprawdzała się - po kolei wyprzedzałem rywali. Po drugim okrążeniu był już tylko przede mną, hen daleko, prowadzący. Dystans do pozostałych zaczął się zwiększać, za wyjątkiem cherlaka. Ten, świszcząc i rzężąc biegł nadal tuż za mną. -„Jeszcze będzie sprint przed metą” - kalkulowałem - „wtedy go zgubię”.
Kilkadziesiąt metrów przed linią mety gwałtownie przyspieszyłem. I co? pożal się Boże rywal, zamiast zostać w tyle, zaczął mnie doganiać. Po chwili miałem go z przodu. Wychodziłem z siebie, by odzyskać utraconą pozycję. A tu nic. Doznałem wrażenia, jakbym zatrzymał się w miejscu, gdy w ty czasie konkurent, niczym na skrzydłach pruł do mety. Minąłem linię kilkanaście kroków za nim.
Chociaż nie dawałem po sobie poznać, czułem się zdruzgotany. Nie dlatego, że dobiegłem trzeci - to było do przełknięcia. Przegrałem z kimś, kto uchodził za ostatniego fajtłapę. Znaczyło, że byle pijaczysko jest lepsze ode mnie. To nic, że reprezentanci pozostałych jednostek przybiegli na dalszych pozycjach, bardziej doskwierała gorzka świadomość; - nie dość, że nie jestem wicemistrzem garnizonu, to nawet nie jestem najlepszy w swojej jedenastoosobowej drużynie! Gratulowałem wygranej, ale w duchu życzyłem mu połamania nóg. Zdobyty dyplom schowałem gdzieś głęboko na dno szafki.

Program zajęć szkolnych urozmaiciła, oczekiwana przez większość, nauka jazdy. Ja akurat miałem swoje prawo jazdy włącznie z pozwoleniem na prowadzenie samochodów ciężarowych, lecz nie chwaląc się, jak inni uczestniczyłem w szkoleniu. Po pierwszych obowiązkowych lekcjach manewrowania, długą kolumną samochodów wyruszaliśmy za miasto, aby tam nabywać sprawności w poruszaniu się w ruchu, tarasując przy okazji skutecznie na parę godzin okoliczne szosy.
Gdy ta umiejętność została w miarę opanowana, przystąpiliśmy do doskonalenia sztuki pokonywania bezdroży. Przenieśliśmy się w dziki teren. Najgorsze, że teren wcale nie był aż tak dziki, i właśnie przez to daleko trudniejszy. Temu miał służyć miejscowy autodrom - rozjeżdżony, poryty koleinami błotnisty ugór, który sprawiał kłopoty nawet starym kierowcom. Ciężarówki raz po raz grzęzły w błocie i nie zawsze dawały sobie rady terenowe „Stary” z napędem na cztery koła. Pokonanie całej trasy bez przymusowego zatrzymania, świadczyło o naprawdę dobrym opanowaniu kunsztu szoferskiego. Mnie, jak wielu innym, też nie od razu się udawało.
Przypominam sobie dzień, kiedy to na jednej z lekcji nie bacząc na przestrogi, próbowałem z fantazją przejechać zdradliwy, grząski wykrot. Przed przeszkodą rozpędziłem swojego „Stara” i… z całym impetem wryłem się w bagnistą dziurę. Przeciążony silnik nie miał ochoty ciągnąć dalej. Po prostu zdechł.
Utartą karą za brawurę oraz brak umiejętności, było uruchamianie go korbą. Na ogół potulnie poddawaliśmy się sankcji, świadomi winy, jak i tego, że instruktorami byli tzw. „starzy żołnierze”. W wojskowej tradycji miało to niejednokrotnie znaczenie większe od starszego stopniem - oczywiście nieformalnie.
W moim przypadku instruktorem był starszy szeregowy ze stażem o rok dłuższym od mojego. Różnica więc przepastna. I ten fakt, jego zdaniem, dawał mu absolutną władzę nade mną.
Posłuszny poleceniu wysiadłem z kabiny, i grzęznąc po kolana w błocie usiłowałem dobrnąć przed maskę. Wreszcie dotarłem. Kompletnie upaćkany, oślizgłymi palcami wsunąłem korbę w otwór zderzaka - nawet tak prosta wydawałoby się czynność, w tej sytuacji była sztuką, gdyż samochód stał przechylony z zadartym kuprem, gdy jego przednia część tkwiła w kałuży. Toteż każdy obrót musiał wywołać błotną fontannę. Mimo to desperacko zabrałem się do uruchamiania milczącego motoru.
W chwili przekręcenia korby, mój wszechwładny, a „niezmiernie dowcipny” instruktor, przypomniał sobie o starym numerze, jaki robi się niedoszłym kierowcom. W połowie obrotu wyłączył stacyjkę. Zwykle jest tak, że wyłączony w nieodpowiednim momencie zapłon powoduje tzw. odbicie. Korba gwałtownie cofa się wstecz po czym  jak końskie kopyto wali na oślep i dobrze, jeśli kończy się tylko na wybiciu kciuka. Tym razem w porę puściłem uchwyt a końcówka pręta przeleciała obok dłoni. Przekonany, że to tylko przypadek, ponowiłem próbę. Efekt - identyczny!
Spojrzałem w stronę kabiny, gdzie zza szyby triumfalnie patrzyła na mnie roześmiana, chamska gęba instruktora „figlarza”. - Nieopodal, ze skarpy, również z rozbawioną miną przyglądał się całej zabawie sierżant kierujący zajęciami. Dla niego też był to taki sobie figiel.
Kiedy zwróciłem uwagę, że niebezpieczne wygłupy mogą się skończyć źle dla starszego służbą, twarz sierżanta nadal wyrażała wesołość.
Puściłem wiązankę instruktorowi, i przystąpiłem jeszcze raz do uruchamiania. Za to mój dowcipniś uznał, że zabawa staje się coraz fajniejsza: jeden wkurzony, drugi wesoły, wszystko jak należy! - Bawmy się więc dalej! Po chwili, ponownie w porę wyłączony zapłon dał takiego kopa, że korba wypada mi z ręki i ledwie uniknąłem uderzenia.
Teraz już figle się dla mnie skończyły. Zapomniałem też o utartych, „śmiesznych” obyczajach szkoleniowców. Nie spiesząc się, bo trudno się było spieszyć w grzęzawisku, podszedłem do drzwi kabiny. Za nimi siedział, ciągle jeszcze rozbawiony, pewny swojej nietykalności starszy szeregowy z półtorarocznym stażem - bo cóż mógł mu wobec takiej przewagi zrobić młody żołnierzyk, w dodatku kursant.
Możliwe, że dzięki owej pewności siebie dziwnie łatwo dał się wysadzić z fotela. Krótki lot zakończyło efektowne lądowanie w błocie. Próbował poderwać się do bójki, ale to tylko pogorszyło sprawę. Biedak nie przewidział, że w pewnych okolicznościach może nie być lepszy. Szarpnięty w przód, rozciągnął jak długi na brzuchu. Dźwignią na łokieć przydusiłem go do kałuży i odczekałem aż dobrze nasiąknie. Chwilę bronił się rozpaczliwym wierzganiem, w końcu dał za wygraną. Już nie stawiał oporu. Po dłuższej chwili pozwoliłem mu wstać.
Jakże żałośnie wyglądał, dzielny jeszcze niedawno, wicerezerwista. Zgarniając błoto z twarzy pierwsze błagalne spojrzenie skierował na prowadzącego podoficera, ale ten, o dziwo, cały incydent kwitował tym samym, niezmienionym, pobłażliwym uśmiechem. To odebrało nieszczęsnemu nauczycielowi wszelki zapał i wiarę w sprawiedliwość. Mnie zaś serdecznie ulżyło. Podwójnie, bo gdyby cała akcja nie spodobała się sierżantowi, to z całą pewnością wylądowałbym w areszcie.
Nie czekałem na dalszy ciąg wydarzeń, zasiadłem za kierownicą, uruchomiłem rozrusznik i  po włączeniu przedniego napędu powoli wyprowadziłem samochód z pułapki.
Przygoda skończyła się na niespełnionych pogróżkach. Chociaż jeszcze kilkakrotnie razem pokonywaliśmy trasy, nie wracaliśmy w rozmowie do autodromowego zajścia. Przypuszczam, że instruktor już nie powtarzał swojego dowcipu z zapłonem wobec innych.
Podobnych incydentów w swoim armijnym curriculum vitae miałem kilka, z różnym wynikiem, lecz ten wydaje się dzisiaj najbardziej efektowny, a i równie pożyteczny. Nadmienię, że jako słuchaczowi wojskowej „uczelni” nie było dane, tak naprawdę zetknąć się z tzw. falą. Po prostu kontakty ze starszym rocznikiem były dość ograniczone, lecz zachowanie mojego, jakby nie patrzeć kolegi-instruktora, stanowiło swojego rodzaju przejaw fali. Okazuje się, że i z tym można sobie poradzić.

Dni letnich miesięcy upływały na częstych zajęciach w terenie, prawie coniedzielnych odwiedzinach chłopaków w Rudniku i krótkim urlopie okolicznościowym spędzonym w Bydgoszczy.
Wraz z końcem wakacji Grudziądz zatętnił młodzieżą, a sąsiadujące z nami Liceum Pedagogiczne znowu wypełniło się znajomymi dziewczynami. Zrobiło się bardziej interesująco i barwnie.
W połowie września powróciły przerwane treningi. Przybyło kilka twarzy, a wśród nich, dwie całkiem niebrzydkie „dżudoczki”. Początkowo nie wiedziałem czy traktować je na równi z resztą zawodników, czy też bardziej ulgowo. Ostatecznie uznałem:  nie ma lekko, wszyscy dostają jednakowo w kość!
Z upływem czasu powstała już prawie mała damska drużyna. Dziewczęta jak cała reszta trenowały z zapałem. Natomiast, o ile technicznie dorównywały chłopcom, to nijak nie dawało się wykrzesać z nich, tak niezbędnej w walce, agresji. Ich randori, czyli walki treningowe, wyglądały śmiesznie. Wszystkie bez oporu poddawały się każdemu rzutowi przeciwniczki i nie pomagały perswazje ani żadne opeery. W końcu dałem spokój, pogodziłem się z babską naturą. Chłopaków w tym czasie musiałem hamować, by ćwiczenia… nie zamieniały się w bójki.

 

                                                         10



Nastała jesień, a z nią czas podjęcia ważnej - prawie życiowej - decyzji. Kończył się roczny okres szkolenia, toteż słuchacze Podoficerskiej Szkoły Wojsk Samochodowych generalnie przygotowywali się do końcowych egzaminów. Wiedziałem, że jeśli przebrnę je pozytywnie, to znajdę się wśród dowódców-instruktorów tejże szkoły - większość wyemigruje w Polskę. Do mnie należało teraz ustosunkowanie się do propozycji, jaką przedstawiała mi armia, bo: albo jeszcze rok w służbie zasadniczej? Albo, dwa lata w nadterminowej. Ta druga propozycja dawała uprawnienia nieomal żołnierza zawodowego, ale nieuchronnie skazywała na dodatkowy rok w wojskowym drylu. A że przywykłem już do koszarowego życia, po pobieżnym przeanalizowaniu wszystkich; za i przeciw, opowiedziałem się zdecydowanie za zawodowstwem. I tak zostało. - Kiedyś na długo przedtem, jeden z kolegów widząc, jak noszę czapkę na bakier, orzekł: - Ty już zostaniesz w armii na zawsze! I oto miało się sprawdzić!
Egzaminy, zgodnie z przewidywaniem, przeszły bez niespodzianek. Zaraz po nich nominacje na pierwsze stopnie podoficerskie. Kapral to już nie starszy szeregowy. Nareszcie mogłem przejść na „ty” ze swoim dowódcą drużyny i od teraz przejąć formalnie etat dowodzącego.
Około listopada jednostka opustoszała. Pozostali jedynie żołnierze służby zasadniczej oddziału technicznego, no i kadra. Kadra w najszerszym tego słowa znaczeniu, bo nie tylko zawodowa, ale wszyscy, którzy mieli wziąć udział w przygotowaniu następnego rocznika przyszłych podoficerów.
Jeszcze w tym samym miesiącu dopełniałem formalności zmiany swojego wojskowego statusu. Już nie pamiętam części biurokratycznej. W pamięci został mi za to moment, kiedy w magazynie mundurowym wymieniałem swoje ciężkie buty ze spinaczami na wyjściowe półbuty przysługujące tylko kadrze zawodowej. Wraz z nimi fasowałem: mundur nowego kroju, pas tzw. oficerski, furażerkę i torbę-raportówkę, a zamiast plecaka, porządną skórzaną walizkę. Tak wyekwipowany wprowadziłem się do małego pokoiku wygospodarowanego z pomieszczeń kompanii.
Równocześnie skończyły się zbiórki, zaprawy poranne, pospieszne posiłki w stołówce żołnierskiej. W zamian za to, śniadania i obiady w kasynie. W miejsce przepustek, swobodne wyjścia i powroty o każdej porze dnia. Służba wojskowa zaczęła być pracą, za którą otrzymywałem zupełnie przyzwoite apanaże.
W drugiej połowie listopada, wraz z przybyciem poborowych rozpocząłem działalność szkoleniowo-wychowawczą na stanowisku zastępcy dowódcy plutonu.
Pamiętam pierwsze problemy, jakie niesie za sobą zmiana ról z dowodzonego na dowodzącego. Szybko dostosowałem się do nowych warunków. Zacząłem też całkiem dobrze radzić sobie z problemami - nie zawsze ku zadowoleniu podwładnych.
Ale nade wszystko, w wyniku powyższych zmian zostałem pełnoprawnym obywatelem miasta Grudziądza, gdy popołudniami w cywilnym stroju mogłem swobodnie paradować po ulicach, wzbudzając zazdrość kolegów, którzy pozostali w służbie zasadniczej. Na niwie wojskowej bywało różnie. Moje sukcesy dowódcze przeplatały się z porażkami. O tych ostatnich starałem się jak najszybciej zapomnieć. Pierwsze natomiast - co uważam za normalne - na dłużej pozostały w pamięci.
Zaliczam do nich pewien przypadek, który nawiasem, niewiele miał wspólnego z dowódczymi talentami za to przyniósł korzyść nie byle jakiego rodzaju. Otóż jeden z podwładnych wiedząc o moich zainteresowaniach nurkowaniem, zaproponował mi sprzedaż aparatu powietrznego, który - jak twierdził - jako bezużyteczny rupieć zalegał w kącie jego piwnicy. Niesamowita okazja. Podjąłem więc propozycję bez wahania. - Trzeba pamiętać, że w owym okresie posiadanie prywatnego sprzętu nurkowego było czymś niezwykłym, bowiem wyłączny monopol na jego użytkowanie miały przede wszystkim kluby.
Nie zaprzątając sobie głowy ceną, przystałem na żądne warunki - w beztroskim, kawalerskim bytowaniu stać mnie było na taki wydatek. Szkopuł tkwił w tym, że po nabytek musiałem jechać aż do dalekiego Słupska.
W któreś sobotnie popołudnie wsiadłem do pociągu i z listem polecającym w kieszeni, udałem się pod wskazany adres. - A następnego dnia, byłem posiadaczem własnego akwalungu. Wracając, już snułem plany samodzielnych, podwodnych wypraw - o tym jednak mogło decydować posiadanie dodatkowo skafandra. Obawiałem się, że z tym będzie gorzej. Lecz od czego znajomości i łut szczęścia.
Minął tydzień, jak rozpuściłem wici po mieście. Ku mojemu zaskoczeniu wieczorem przyleciał któryś z kolegów z informacją, że na jego strychu leży coś, co mogłoby przypominać skafander - może nie nurkowy, ale na pewno wodoszczelny. Pobiegłem w te pędy. Po obejrzeniu okazało się, że jest to istotnie skafander, tyle że ewakuacyjny dla załóg radzieckich okrętów podwodnych. Jednak po niewielkich przeróbkach mógł być przystosowany do nurkowania. Co do szczelności - z tym musiałem poczekać. Kupiłem bez długich rozmyślań, zwłaszcza że kosztował mnie grosze. Bezzwłocznie też zabrałem się do modernizacji. W pierwszym rzędzie należało odciąć dolną część nogawek zakończonych wielkimi niezdarnymi łapciami, by w ich miejsce wkleić zwykłe, wysokie kalosze - kupione w najbliższym sklepie obuwniczym. Po kilku próbach udało się wreszcie połączyć wszystko we właściwy sposób i właściwej kolejności. Teraz mogłem przystąpić do sprawdzenia w wodzie.
Pierwszy sprawdzian wypadł prawie dobrze. Jednak najsłabszym punktem był swoisty rodzaj „włazu”, gdzie w piersiowej części uniformu umieszczono jak gdyby szeroki dodatkowy rękaw z elastycznego, gumowego płótna. I to on właśnie, jak wskazuje nazwa, służył do wchodzenia.
            Żeby się ubrać, należało w ów właz wcisnąć najpierw nogi, później górną część ciała. Będąc już wewnątrz, naciągnąć na głowę szczelny kaptur po czym znaleźć taki sposób zawiązania włazu, by przez zagięcia węzła nie dostawała się woda - lecz akurat to było najtrudniejsze. Do końca nie rozszyfrowałem systemu. Bywały nurkowania, kiedy to nie wiedząc dlaczego, wychodziłem z wody zupełnie suchy.
Gdy już cały podwodny ekwipaż miałem skompletowany, nadeszła zima. A że prace, zarówno wojskowo-szkoleniowe, jak i działalność klubowa przebiegały bez incydentów, mogłem sobie pozwolić na snucie planów… zimowej eksploracji jeziora Rudnik. Ponadto mroźne lutowe dni, podsycały wyobrażenie o pierwszym w życiu nurkowaniu pod lodem - co nawet dla doświadczonych nurków było czymś niezwykłym.
Wreszcie stało się. Pewnego niedzielnego poranka z grupą przyjaciół, wyekwipowani w sprzęt nurkowy, liny tudzież siekiery, ruszyliśmy za miasto na zamarzniętą taflę. Ustaliwszy miejsce, koledzy zabrali się do wyrąbywanie przerębla - gdy ja w tym czasie trzęsącymi rękoma zakładałem na siebie cały swój przydźwigany rynsztunek. Lód był wyjątkowo gruby, więc chłopaki namordowali się zdrowo, lecz po pół godzinie mogliśmy zacząć podwodną wyprawę.
Sprzęt nałożony jak należy, automat oddechowy pracuje bez zarzutu, jeszcze tylko sprawdzenie linki asekuracyjnej... i pod wodę!
Linka asekuracyjna, która we wcześniejszych eskapadach spełniała rolę tylko sygnałowej, tym razem miała być prawdziwą „linką życia”. Od niej zależało, czy kiedy odpłynę od przerębla, będę mógł do niego wrócić. Każda jej grubość wtedy wydaje się zbyt mała, a każdy węzeł za słaby.
Moja rzeczywiście nie robiła wrażenia mocnej, ale od czego wiara w Opatrzność. Jeszcze raz - niezbyt uczciwie - zrobiłem rachunek sumienia, po czym przeżegnałem się pobożnie i usadowiony na krawędzi, zamknąwszy oczy chlupnąłem do lodowej dziury, jak w czarną przepaść.
Pierwsze odczucie to paraliżujące zimno. Gołe dłonie i odsłonięta część twarzy drętwieją do bólu. Parzy zimnem każda kropla pod maską. Równocześnie przez węzeł na piersiach zaczyna przenikać pierwsza strużka wody i niczym sopel wrzucony za koszulę, „rozkosznie” rozpływa się po ciele. Wszystko to głupstwo, ważne, że automat podaje powietrze, można oddychać. Jeszcze znak do Włoda-sygnalisty, że wszystko OK! Odruchowe nabranie oddechu z aparatu, i w dół. Wraz z głębokością, skafander pod wpływem wzrastającego ciśnienia pozbywał się resztek zalegającego powietrza, a w załamaniach, mimo kilku warstw bielizny boleśnie podszczypywał skórę.
Głębia w tym miejscu wynosiła około ośmiu metrów, zatem już w połowie ból w uszach zasygnalizował konieczność zrobienia przedmuchu. Przełamując niechęć do jakiegokolwiek wysiłku, przycisnąłem maskę do nosa, by mocnym dmuchnięciem zniwelować napór wody na błonę bębenkową. Ulżyło po drugiej próbie - i podlodowy świat od razu pod stał się bardziej litościwy. Nadspodziewanie szybko zobaczyłem szary muł dna i... nie mogłem wyjść z podziwu. Jezioro, w którym widoczność latem nie przekracza 1,5 metra, teraz pozwalała na odróżnianie przedmiotów z odległości sześciu, siedmiu metrów i to mimo pokrytej śniegiem, grubej warstwy lodu.
Mulista płaszczyzna bez roślinności i żadnych przyciągających wzrok szczegółów nie nadawała się do długiego oglądania. Jak wszędzie przypominała pusty, księżycowy krajobraz. Rozejrzałem się pobieżnie, a nie napotkawszy nic godnego uwagi, po pokonaniu krótkiego dystansu, ruszyłem ku powierzchni. Chciałem teraz obejrzeć taflę od strony, którą tylko nieliczni mają możliwość oglądać. Pionowo dopłynąłem do lodu i… pierwszym, co przykuwa uwagę nurka-podglądacza, jest lśniąca, ruchoma kałuża pod sufitem ze szklistej masy. Swoim połyskiem, kształtem, ruchliwością, jak żywo przypomina rozlaną rtęć. Rozedrgana, pulsująca i przybywa jej z każdym wydechem. Dotknięta dłonią rozpada się na drobne kropelki, które po chwili wracają do swojej kałuży. Niezwykłe zjawisko zadziwia i ekscytuje. Nakłania do zabawy.
W końcu zaspokoiwszy ciekawość, zacząłem rozglądać się za innymi wrażeniami. I nagle... co to!? Nad głową kroczą w parze dwa owalne cienie, obok następne, śmiesznie podskakujące. Ni to kaczki, ni to mewy, ni jakieś dziwne, zabawne stwory. Trzeba chwili, żeby domyślić się, że są to po prostu ludzkie stopy - wykuty przerębel i cuda, które się w nim działy, zwabiły gapiów a każdy ich krok podglądany od dołu, przypomina spacerującego ptaka.
Zapatrzony w podlodowe dziwowisko mógłbym zapomnieć o zimnie i niebezpieczeństwach, gdyby nie powtarzające się, natrętnie nerwowe szarpnięcia linki. Doprowadzają one czasem do pasji, zwłaszcza gdy ma się nad sobą mało doświadczonego sygnalistę. Nurkującemu nie zawsze starcza świadomości, że asekurowanie z góry sprawia więcej emocji niż samo nurkowanie. Sygnalista, stojąc na krawędzi przerębla z liną w ręku, w wyobraźni najczęściej widzi wszystko co najgorsze. Nie wie, co się dzieje z facetem uwiązanym na drugim jej końcu, w dodatku pod lodem. Na odsłoniętym akwenie może obserwować wypływające pęcherze powietrza, a po ich regularności potrafi odczytać kondycję swojego nurka. Tutaj nic, poza niezrozumiałymi ruchami sygnałówki. Dlatego na każde swoje szarpnięcie, co sekundę chciałby mieć bezzwłoczną odpowiedź: „Wszystko w porządku”.
        Niepokojony ciągłym poszarpywaniem, jakoś panowałem nad chęcią natychmiastowego wynurzenia po to, by posłać wiązankę komu się należała. Lecz w końcu cierpliwość uległa wyczerpaniu. Wkurzony ruszyłem ku dziurze. Linka, jeszcze przed chwilą przeklinana, teraz była jedynym drogowskazem. Tylko ona pokazywała właściwy kierunek.
Na tle białego lodu ukazał się ciemniejszy kwadrat, więc miałem już pewność, że wracam tam, skąd przyszedłem - czyli do normalnego świata. Lecz kiedy ujrzałem rozpromienioną, pełną szczęścia twarz Włoda, zapomniałem o wszelkich złościach. Nawet, gdy z jakąś nienaturalną gorliwością wywlókł mnie na lód jak zdechłą fokę - jakby bał się, że zechcę zaraz wrócić w czerń przerębla.
Zasmarkany, nieco zzieleniały z zimna, naprawdę miałem ochotę wejść tam jeszcze raz, ale powietrza w butlach zostało raptem na parę minut pływania. Powtórne zanurzenie więc nie miało sensu. Z pomocą kolegów zdjąłem z pleców aparat i jeszcze z maską w ręku rozejrzałem się po przybyłych. Pierwszym, który zwrócił na siebie uwagę był, ku zaskoczeniu, znajomy z mojej jednostki major. Jako pierwszy podszedł, żeby się przywitać - był chyba szczęśliwy, że mógł uścisnąć rękę „prawdziwego nurka”. Wśród opowiadań o wrażeniach, likwidowaliśmy stanowisko. Po godzinie, zadowolony z udanej wyprawy, wracałem do domu - albo bardziej poprawnie - miejsca zakwaterowania.
Następny dzień przyniósł niemiłą niespodziankę - wezwanie do raportu. Nie mogłem pojąć. Liczyłem raczej na wyrazy podziwu, a tu dywanik, i to u samego dowódcy jednostki. Okazało się, że spotkany major opisał moje wyczyny tak malowniczo i tak sugestywnie, że pryncypałowi włosy stanęły dęba. Aby w przyszłości uchronić jednostkę przed stratami w ludziach, postanowił „bohaterowi wodnych przestworzy” udzielić surowego upomnienia. Wyszedłem z gabinetu z poczuciem krzyczącej niesprawiedliwości. Ale trudno, nurek i takie przypadki musi wkalkulować w ryzyko swojej profesji.
           Refleksje po jakimś szczególnym wydarzeniu nachodzą najczęściej dopiero najbliższej nocy. - Podobnie było po moim pierwszym nurkowaniu pod lodem. Wieczorem, gdy leżałem wygodnie w łóżku, zamiast snu wyobraźnia podsuwała najgorsze scenariusze. Uparcie powracało widmo realnego ryzyka: czym by się skończyło, gdyby rzeczywiście pękła linka, odwiązała albo wypadła z rąk sygnalisty? Gdyby zawiódł reduktor, czy choćby odpiął się pas balastowy, albo spadła płetwa? W normalnych warunkach w każdej z takich sytuacji było wyjście. Natomiast w nurkowaniu pod lodem wszystkie podobne przypadki stanowiły wielokrotnie poważniejsze niebezpieczeństwo. Bo - zgubienie linki to utrata łączności z powierzchnią, szukanie drogi powrotnej po omacku na chybił trafił. Każdy obrany kierunek mógł być dobry albo niedobry. Jeśli jest jako taka głębokość i w miarę przyzwoita przejrzystość, można z dołu wypatrywać zbawczego otworu. Lecz jeśli jest on poza zasięgiem widoczności, zaczyna się bezładne krążenie. Pojawia się strach nie do opanowania. Z każdym wdechem ubywa powietrza w butlach, aż wreszcie zaczyna go brakować, i tylko wyjątkowo szczęśliwy przypadek pozwali wyjść cało z opresji

                               


                 !  Jezioro Rudnik. - Dobrowolnie w czerń przerębla
                 2  Włod - i ja na sznurku gdzieś tam pod lodem

.
- Awaria automatu (reduktora) to urwany w połowie wdech albo haust wody zamiast powietrza. Rozpoczyna się rozpaczliwy wyścig z czasem, a droga ucieczki ku powierzchni jest wielokrotnie wydłużona. Dobrze jeżeli doświadczony sygnalista zorientuje się w porę i ciągnąc  linkę przyspieszy ewakuację. Lecz częściej popuszcza ją, nieświadomy niczego. Wtedy ratuj się sam.
- Głupie, wydawałoby się zgubienie pasa balastowego, a nastąpi bezwładny lot ku skutej lodem powierzchni - dodam, że klamra balastu jest tak skonstruowana, by odpięcie było jak najłatwiejsze, toteż nie trudno o zgubę.  Wówczas brak stateczności utrudnia manewrowanie i nie daje możliwości przemieszczenia.
Takie ponure wizje przelatują przez głowę akurat wtedy, gdy czas spać. Koszmary, od których trudno się opędzić, powracają po kilka razy. Przewraca się człowiek z boku na bok z łomotem serca. W końcu, gdzieś nad ranem, zapada w kojącą drzemkę.

Do lata przyrzekłem sobie dać spokój z podwodnymi przygodami. Lecz już dwa miesiące później, przypadek zrządził, że z przyrzeczenia nic nie wyszło.
Mroźna zima 65 roku, tak jak gwałtownie nadeszła, tak równie niespodziewanie złagodniała. Już na początku marca zapachniało wiosną. Szkolenie przyszłej kadry podoficerskiej nabierało tempa, a akurat w tym czasie dopadło mnie jakieś, zwykłe dla tej pory roku, przeziębienie. Jego przebieg był na tyle łagodny, że zamiast leżeć uwięziony w swojej służbowej kwaterze, postanowiłem chyłkiem wyjechać do Bydgoszczy.
Już pierwszy etap podróży o mało nie skończył się nieprzyjemnościami. Siedziałem w dworcowej restauracji w Laskowicach czekając na połączenie kolejowe, gdy nagle przy stoliku pojawiło się dwóch smutno wyglądających jegomości. Jeden z nich, tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał maszerować za sobą. A że polecenie wydane było bardziej urzędowo niż zaczepnie, podporządkowałem się bez oporu - za plecami czułem oddech drugiego, jako eskortę. Po chwili znalazłem się w pomieszczeniu dworcowego posterunku milicji. Zrazu nie mogłem zrozumieć tej niespodziewanej zmiany lokalu. W dodatku, bez jakichkolwiek wyjaśnień z miejsca padły pytania,:
- Skąd? Dokąd? Dlaczego? I na końcu polecenie prawie w formie komendy: Dowód Osobisty!
Nie miałem. Jedno, co mogłem okazać, to Książeczka Wojskowa. Położyłem na biurko wojskowy dokument licząc na jego niezaprzeczalną wagę. Okazał się jednak zbyt mało wiarygodny. Zażądano innego. A tu pusto w kieszeniach. Nic, czym mógłbym się dodatkowo legitymować. W tej sytuacji jedynym ratunkiem było podanie numeru telefonu oficera dyżurnego jednostki - tylko on mógł potwierdzić prawdziwość personaliów. Lecz przecież to wpadka. Nie wolno mi przed nikim ujawniać zwolnienia lekarskiego. Na szczęście w ostatniej chwili, kiedy posterunkowy sięgał po słuchawkę, przypomniałem sobie o schowanej w torbie Książeczce Zawodnika. Ten dokument wystarczył, pozwolono mi wrócić na peron. Odetchnąłem. Zaciekawiony już chciałem zapytać o powód tej mało uprzejmej kontroli, gdy obejrzawszy się za siebie, na ścianie ujrzałem plakat. Przedstawiał zbira poszukiwanego przez wszystkie posterunki w Polsce a jego oblicze, naprawdę nie należało do sympatycznych. - Nie wiem czy zrobiło mi się raźniej, gdy opuszczałem komisariat. Na dobrą sprawę pod drzwiami powinna stać już spora kolejka takich jak ja pięknisiów! Przedstawiony portret pasował bowiem do każdej, mniej lub bardziej chrześcijańskiej facjaty.
W domowych pieleszach zapomniałem o incydencie i... przeziębieniu. Toteż zgodnie dobrym obyczajem należało odwiedzić najpierw przyjaciół z sąsiedztwa, a potem kolegów w klubie. Tak, rankiem następnego dnia udałem się pod lokowską siedzibę zrzeszenia płetwonurków, licząc, że zastanę kogoś z kim będzie można przez chwilę pogadać. Natomiast na miejscu zdziwił mnie niezwykły, jak na tę porę, ruch. Do stojącego przy chodniku klubowego robura ładowano butle, skafandry, liny, oraz cały szpej potrzebny do nurkowania. Podszedłem by się przywitać, a przede wszystkim dowiedzieć, co to za wyprawa. Chyba na mnie czekali! Bo z miejsca padła informacja i zarazem pytanie:
- Jedziemy szukać topielców, zabierasz się z nami?
Momentalnie poczułem, jak wraz z napływem adrenaliny kurczy się żołądek. Intensywnie zacząłem rozmyślać: o nieodpowiednim ubiorze, braku czasu i innych „ważnych” przeszkodach, które w rzeczywistości były mało istotne. Jednocześnie całkiem odruchowo wypaliłem:
- No jasne!
- No to się pakuj.
Nie pytałem o więcej. Dorzuciliśmy jeszcze trochę niezbędnego sprzętu i w drogę.
Trasa wiodła nad Zalew Koronowski - to około 35 kilometrów od Bydgoszczy. Ekipa poszukiwawcza, jak na tak poważną akcję przedstawiała się wyjątkowo skąpo. Jechało nas zaledwie czterech nie licząc kierowcy. Kierownik ekspedycji, dawny mój instruktor, z racji funkcji nie powinien wchodzić pod wodę. Zostało więc trzech do „mokrej roboty”, nic więc dziwnego, że tak chętnie zaoferowano mi udział w wyprawie. O szczegółach nieszczęścia mieliśmy dowiedzieć się dopiero na miejscu.
W Koronowie, przed posterunkiem czekała na nas ekipa milicyjna, toteż po zdawkowej prezentacji, poprowadzeni przez radiowóz, kolumną zajechaliśmy nad brzeg zalewu - możliwie najbliżej miejsca przypuszczalnego utonięcia. Wszystko odbywało się bez słów, w milczeniu i prawie grobowej atmosferze. Na miejscu, nie zwlekając przystąpiliśmy do rozkładania sprzętowej bazy. Krótko po nas przybyli ściągnięci świadkowie wypadku - równie ponurzy i milczący, jednak widząc ekipę, wykazali nieco większe ożywienie, ale dopiero pociągnięci za języki, z przymusem odsłonili przed nami obraz… prawdziwej tragedii. - Miała ona miejsce trzy miesiące wcześniej, gdy zalew częściowo pokryty był lodem - niby wówczas mocnym i wydawało się, bezpiecznym, więc na jego tafli często bawiły się dzieci. Feralnego dnia też widziano znajomą trójkę. Naraz... dzieci zniknęły. Została tylko wiele mówiąca wyrwa na krawędzi płyty. Samego wypadku nikt nie zauważył, nie chciano więc przyjąć od razu najgorszego. Ale gdy dzieciaki nie wróciły na noc, wszystko stało się jasne.
           Nie pamiętam czym tłumaczono; dlaczego nie podjęto akcji poszukiwawczej - a raczej wydobywczej - od razu. Wtedy miejsce było wyraźnie zaznaczone. Teraz my musieliśmy zacząć poszukiwania opierając się na raczej wątpliwych domysłach. Zadanie trudne i najbardziej czasochłonne. Na domiar, zmierzona głębokość w tym rejonie wynosiła dwadzieścia jeden metrów. A to już nie żarty. Nic więc dziwnego, że zarówno  straszność opowiadania, jak i groza głębi sprawiła, że nie czuliśmy się najpewniej.
         Gdy skompletowany sprzęt już zalegał na stoku nabrzeżnej pożółkłej łąki,  nieuchronne pytanie zabrzmiało jak wyrok. - Kto wchodzi pierwszy?  Czy to przez skromność, czy też z innego powodu, jakoś nikt się nie odezwał. Byliśmy tak zmrożeni historią, że musiał zadecydować „marynarz”. No i… w tego typu losowaniu nigdy nie miałem szczęścia.
Gdy inni z ulgą tylko patrzyli, ja ubierałem na siebie nowy, zupełnie nieznany mi sprzęt. Po raz pierwszy zakładałem skafander typu „Foka” - trzyczęściowy ubiór z płótna gumowanego, z  maską zakrywającą w całości głowę oraz twarz, a połączona kołnierzem z resztą uniformu, umożliwiała regulowanie ciśnienia od wewnątrz za pomocą własnych płuc. Walory tego typu skafandra ujawniają się dopiero po długim treningu, natomiast dla nieobeznanych, mógł być naprawdę niebezpieczny. - Na szczęście wtedy nie wiedziałem o tym.
 Pośpieszne pouczenie brzmiało: - Broń Boże nie oddychaj nosem, bo się zatrujesz. Trzymaj ustnik w zębach i oddychaj tylko ustami! - To musiało wystarczyć.
Z obawą, ale i z pewnym zaciekawieniem nakładałem na wełnianą bieliznę poszczególne elementy innowacyjnego kompletu. Z kolei aparat, jakkolwiek inny od tych, które wcześniej znałem, raczej nie krył tajemnic. Był to pierwszy polskiej konstrukcji aparat oddechowy, o nazwie „Mors”. Powietrzny, z automatem o jednostopniowym systemie rozprężania i dwóch ośmiolitrowych butlach. Dla mnie nowością, do której musiałem dopiero przywyknąć, było urządzenie rezerwy. Zmyślny mechanizm odcinał dopływ powietrza przy spadku ciśnienia w butlach do  wartości, która gwarantowała zapas do bezpiecznego wypłynięcia. Aby przywrócić możliwość oddychania, należało ściągnąć specjalną dźwignię. (Taki system jest stosowany w większości aparatów na świecie, lecz ja do dzisiaj chwalę sobie stary, rosyjski sygnalizator gwizdkowy.) Teraz nie miałem wyboru. Należało ubierać sprzęt, jaki był na wyposażeniu.
Gotowy do nurkowania, wszedłem do wody by zrobić obowiązkowe zanurzenie sprawdzające. Zatem wykręciwszy efektowny piruet tuż pod powierzchnią, upewniony, że wszystko funkcjonuje, wgramoliłem się do czekającej łodzi - wypożyczonej z niedalekiej przystani - i wypłynęliśmy na zalew. Poszukiwanie prawdopodobnego miejsca załamania się lodu - którego już niema - nawet po kilku dniach jest trudne, a co dopiero po takim czasie. I chociaż od brzegu dzieliła stosunkowo niewielka odległość, odnalezienie trwało kilkanaście długich minut. Wreszcie z lądu oznajmiono okrzykiem:
- To tam!!!
Jak zawsze, nie bez emocji przetoczyłem się przez burtę i po sekundzie zawisłem w toni. Zalew zadziwił przezroczystością - Przez większą część roku widoczność nie przekracza w nim kilku metrów. Tym razem miała chyba kilkanaście.
Rozpocząłem zanurzanie. Ostrożnie spływałem w dół kontrolując jednocześnie działanie oporządzenia. Na piątym metrze zaczęły się kłopoty z uszami. Coraz bardziej narastał dokuczliwy ból: - lecz jak w takiej masce zrobić przedmuch? - Bezradny, zadawałem sobie ważne pytanie. Ostatecznie pomogło energiczne przełknięcie śliny. Mogłem schodzić niżej - byle pilnować oddychania, bo każde wdmuchnięcie nosem, to napełnienie skafandra zdradliwą mieszaniną powietrza z dużą zawartością dwutlenku węgla. Starałem się więc respektować przestrogę. Na razie szło dobrze. Jeszcze jeden próg ciśnieniowy oznaczał, że mam nad sobą kilkunastometrowy słup wody. Pomimo dobrej widoczności dokoła panowała egipska ciemność. Na szczęście z mroku już wyłonił się pierwszy zarys dna. Nareszcie!
Ale co to?
Poczułem, jak pod wełnianą czapką jeżą się włosy. Przez moment przestałem oddychać. Nie miałem nawet odwagi ruszyć płetwą. Na szarym, smolistym, spowitym w półmroku mule, leżało coś nieznanego! Coś jak kontur olbrzymiej ośmiornicy z szeroko rozczapierzonymi mackami: Skąd tu w zalewie ośmiornice!? A może to jakiś potworny pająk? - przelatywały przez głowę absurdalne myśli. Ale nie ruszał się! To dobrze: a jeśli taki kształt przyjął utopiony malec? Po trzech miesiącach nic nie wiadomo. Powoli zbliżyłem się do tego czegoś. Dotknąłem palcami, i ulga. Upiorny „pająk” okazał się zwykłym pniakiem. Woda podmyła i odsłoniła korzenie, nadając mu niesamowity, irracjonalny kształt. W sąsiedztwie majaczył następny „pająk”. Z innej perspektywy wyglądał równie upiornie. Podpłynąłem już z większą odwagą. W obszarze widoczności majaczyło kilka innych.
Do przesyconego azotem mózgu dotarła w końcu świadomość: przecież nurkuję w zalewie, sztucznym zbiorniku, gdzie na obecnym dnie jeszcze niedawno wyrastał dorodny sosnowy las. Nieco uspokojony ruszyłem za liną sygnałową, prowadzoną z łódki dwadzieścia metrów nade mną. Mimo woli w każdym z pniaków, zanim nabrał realnych kształtów, widziałem topielca - bo przecież nie było wątpliwości, że gdzieś tu na pewno powinien być! Wszystkimi sposobami starałem się zachować spokój. Nie wolno dać się ponieść panice - chociażby po to, by panować nad prawidłowym funkcjonowaniem. Układ pni był w miarę regularny, a płynąc dwa metry nad dnem miałem dość rozległe pole widzenia. Naraz! Coś zakłóciło tę regularność.
Ze ściśniętym gardłem, prawie na wstrzymanym oddechu podpłynąłem bliżej. To „coś” już nie wyglądało na pień. Zbliżywszy się na półtora metra, nie miałem wątpliwości. To był człowiek! Mały, skulony, wtopiony w szlam, spod którego, oprócz wyraźnie widocznej głowy wystawał skrawek kraciastego materiału. W obawie że za moment prowadząca łódź odciągnie mnie od makabrycznego znaleziska, bez namysłu kurczowo zacisnąłem palce na oślizgłej tkaninie kurtki.- Byle nie puścić!!!
Od tej chwili zupełnie zapomniałem o kontroli oddychania. Nabierałem i wypuszczałem powietrze nosem, ustami i czym się dało, a bezwiednie napełniany skafander, jak balon zaczął wynosić w górę. Po sekundzie, obciążony okrutnym balastem szybowałem ku powierzchni głową w dół i tylko nabyty, instynktowny odruch ciągłego wydechu sprawił, że płuca na skutek gwałtownej zmiany ciśnienia nie zamieniły się w porozrywane strzępy.  W tym czasie sygnalista ledwie nadążał z wybieraniem linki.
Dwie minuty później, nad lustrem wody ukazały się najpierw moje płetwy opinające nadęte nogawki, po nich, równie pękaty zadek. Wywołało to - jak mi później opowiadano - gromki śmiech, ale zamarł natychmiast w momencie, gdy dostrzeżono… że nie jestem sam.
Podaną linką szybko obwiązałem dzieciaka i nie oglądając się za siebie, uciekałem do brzegu. Moje zadanie zostało wykonane.
Dopiero na twardym lądzie, po zdjęciu pustego aparatu poczułem ulgę. Z satysfakcją przyjmowałem gratulacje, lecz w oczach widniał mi ciągle obraz bezkształtnej ludzkiej masy, zagłębionej w mule, i tej chłopięcej, kraciastej kurteczki - ona najbardziej wryła mi się w pamięć.
Nie koniec poszukiwań, bo do odnalezienia pozostało jeszcze dwoje dzieci. Do zanurzenia przygotowywał się już zmiennik. Natomiast moje czynności związane z przejęciem roli, tym razem płetwonurka asekurującego, uchroniły przed przeżywaniem tego, co działo się na brzegu.
Nieodłącznym finałem takich akcji - z czym w przyszłości miałem nieszczęście spotykać się dziesiątki razy - są sceny bezgranicznej rozpaczy najbliższych, oczekujących na brzegu. Pryskają wtedy wszelkie tlące się jeszcze nadzieje. Wynurza się (bez przenośni) obezwładniająca, tragiczna, nieodwracalna rzeczywistość. I aby chronić resztek jako takiego samopoczucia, czym prędzej uciekaliśmy nad wodę by zająć się czymkolwiek, byle nie patrzeć na ludzki ból
Po godzinie bezowocnego krążenia wokół miejsca, w którym znalazłem pierwszego malca, trzeba było przerwać poszukiwanie. Zapas powietrza drugiego nurka uległ wyczerpaniu. Poza tym robiło się późno i lada chwila mógł zapaść zmrok.
Zwijaliśmy sprzęt z poczuciem nie w pełni wykonanego zadania. Na dnie ciągle jeszcze leżały zwłoki dwojga dzieci. Kontynuowanie akcji przełożyliśmy na dzień następny.
Wracając do domu jeszcze raz rozpatrywałem swój ponury sukces - który z upływem lat nabierania podobnego rodzaju doświadczeń - miał się okazać dziełem wyjątkowego szczęścia. Na ogół takie poszukiwania ciągną się godzinami, a nawet dniami, i nie zawsze z dobrym efektem. Tym razem zrządził szczęśliwy przypadek. - Potwierdziły to wielokrotne jeszcze wyjazdy tej samej ekipy, (już beze mnie) do tego samego miejsca. W rezultacie, po tygodniu wydobyto drugiego nieszczęśnika. Trzeciego nie odnaleziono nigdy.
Następnego dnia musiałem wracać do jednostki, gdyż kończyło się zwolnienie lekarskie. Równocześnie nielegalność mojego podwodnego dokonania zmuszała do zachowania pełnej tajemnicy przed przełożonymi. Przez pierwsze dni trapiły jeszcze obawy, że sprawa może jakimś cudem nabrać rozgłosu, i gdy powoli zapominałem o wydarzeniu, nagle… zewsząd posypały się powinszowania.
- Stary! Pisali o tobie w gazecie. Podobno wyciągnąłeś jakiegoś topielca! - wykrzykiwali z entuzjazmem koledzy.
Struchlałem. Więc jednak wyszło szydło z worka. Wypierałem się zaciekle, ale bez przekonania. Wiedziałem, że tym razem nie uniknę dywanika. „Wykroczenie w warunkach recydywy!” - z takim bagażem na karku, cało się nie wychodzi.
Mijały dni, a ja ciągle czekałem z mundurem wyjściowym w pogotowiu. - Hasło: „Na wyjściowo do dowódcy!” znaczyło zawsze najgorsze. Dopiero po tygodniu, gdy nikt się nie zainteresował, doszedłem do wniosku, że albo przełożeni nie czytają gazet, albo machnęli po prostu ręką.

                      

                                            11


Mniej więcej w tym samym okresie moją uwagę zaprzątnęło coś z goła innego. Po raz pierwszy Podoficerska Szkoła Wojsk Samochodowych, w ramach rozszerzonej działalności edukacyjnej zaczęła szkolić adeptów sztuki operowania dźwigami, koparkami i najrozmaitszym sprzętem budowlanym. Ściągnęło więc wojsko z odległych garnizonów. Naraz zabarwiło się od różnokolorowych mundurów  najbardziej egzotycznych formacji, a wśród nich, równie mało pospolity w Grudziądzu, uniform marynarski - to Gdynia przysłała swoich żołnierzy. Naturalnie właśnie on wzbudził u mnie największe zainteresowanie. Jego nagłe pojawienie się wśród wszechobecnej zieleni było niczym ożywczy zapach bryzy, sprawiło, że w jakiś podświadomy, niezrozumiały sposób powróciła tęsknota za morzem - tym, co było ciągle przedmiotem marzeń. Co prawda chłopaki z „MarWoja” wywodzili się tylko z jednostek samochodowych, niemniej ich opowiadania przybliżyły nadzieję spełnienia nie całkiem pogrzebanych planów. Nie byli „moimi” żołnierzami, mimo to w kontaktach traktowałem ich wyjątkowo przyjaźnie. I właśnie wtedy podczas jednej z rozmów przewinęła się po raz pierwszy nazwa: BAZA NURKÓW. Niewiele o niej mogłem wydobyć szczegółów, ale już zaistniała. Jeszcze jako nikły i bardzo odległy cel, lecz z biegiem czasu coraz wyraźniej określony. Od pewnego momentu stał się prawie obsesją.
Po kilku dniach rozmyślań usiadłem do kartki papieru formatu A4 i najmądrzej, jak tylko potrafiłem, wypociłem raport (tak w języku wojskowym nazywa się każde oficjalne pismo) do Dowództwa Marynarki Wojennej. - To był początek upartego wiercenia dziur w brzuchach najwyższym wojskowym szarżom. Znałem również zawiłości drogi służbowej i wiedziałem, że odpowiedź nie nadejdzie szybko, jednak uzbrojony w cierpliwość, z determinacją podjąłem się dopiąć swego.
Ale było jeszcze coś. Otóż podporządkowany dalekosiężnym planom, miałem do pokonania jeszcze jeden próg, równie trudny jak zmianę formacji, mianowicie zmianę miasta. Gdzie po roku zadzierzgniętych przyjaźni i nawiązanych rozległych znajomości, gdy Grudziądz wraz z jego mieszkańcami stał się równie bliski jak rodzinna Bydgoszcz, miał być na raz nikczemnie zdradzony! Dla jakichś mniej lub bardziej wzniosłych ambicji?! A jednak, postanowienie nieodwołalne. Zdecydowała nie tyle wizja granatowego, marynarskiego munduru i nie tylko służba w upragnionej specjalności. Równie mocno przyciągało swoim czarem miasto, do którego czułem szczególne nabożeństwo - Gdynia. Miasto morza, portu, statków, osławionego Oksywia. Wszystkiego tego, co przez lata, od najwcześniejszego dzieciństwa kształtowało moją wyobraźnię. O czym wyczytywałem w niezliczonych książkach i o którym tylokrotnie opowiadał mi ojciec, wspominając czasy swojej młodości. W Gdyni skończył szkołę, a zaraz po niej tam rozpoczął pracę. Również tam - zanim okrutna wojna kazała mu bronić Oksywia - przeżywał swoje pierwsze sukcesy na bieżniach stadionów .
Póki co, u mnie toczyło się zwyczajne grudziądzkie życie. Do południa zajęcia w jednostce, wieczorami, jak nie treningi, to spotkania z przyjaciółmi, albo w mieście, albo nad jeziorem w pogodne niedziele. Przy tym kolejne lato zapowiadało się słoneczne, a przez to nie pozbawione atrakcji. Mogło w jakiś sposób złagodzić czas niecierpliwego wyczekiwania.
Odpowiedź na pierwszy raport do dowódcy Marynarki Wojennej nadeszła stosunkowo szybko, bo przed upływem regulaminowego miesiąca. Z nadesłanego pisma wynikało, że owszem jest dla mnie etat w „szkolno-bojowej jednostce płetwonurków”, lecz zgoda należy do dowódcy Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Toteż nie zastanawiając się długo, wystosowałem monit - tym razem do władz Okręgu - z prośbą o przeniesienie, i najlogiczniej jak to było możliwe, uzasadniałem powód swojej decyzji.
- Czas oczekiwania na odzew, skracały codzienne zajęcia służbowe.

Znowu zaczęły się letnie wakacje. Odpadły więc treningi, powrócił natomiast zapał do głębinowych eksploracji. A wierny niecnej zasadzie: im mniej pytań o oficjalne zezwolenia, tym mniej negatywnych odpowiedzi!  wyruszałem cichcem na nielegalne (z punktu widzenia przełożonych) nurkowania. W nieodłącznym towarzystwie Włoda, korzystając z kompletnego ekwipunku penetrowałem bliższe i dalsze akweny. Nie oszczędziłem naturalnie jezior saleńskich. No i zachwycające ich piękno, udzieliło się przyjacielowi równie mocno jak mnie przed laty. Po pierwszym wspólnym nurkowaniu przysiągł spędzać wszystkie dłuższe biwakowania, właśnie tam - nad szmaragdową wodą wśród lasów, trzydzieści kilometrów od Bydgoszczy, a sto kilometrów od Grudziądza.
W drugiej połowie lata znowu mocniej załomotało mi serce, gdy któreś przedpołudniowe zajęcia zakłóciła wiadomość: - Nadeszła odpowiedź ze Sztabu Okręgu! W te pędy pognałem do kancelarii kadrowca. Niestety, kiedy z kamienną twarzą podawał mi pismo, wiedziałem, że wieść na pewno nie jest dobra. Faktycznie, odpowiedź znowu była negatywna. Nie pamiętam uzasadnienia, ale z całą pewnością minę musiałem mieć nietęgą, skoro rozczulił się nawet stary kancelaryjny wyga - a przecież niejednokrotnie stykał się z ludzkimi rozczarowaniami. Za jego namową, po odczekaniu kilku dni ponownie usiadłem nad kartką regulaminowego formatu, by wykaligrafować kolejną petycję. Przy tym, jak wcześniej, powołałem się na najbardziej wzniosłe argumenty, szermując takim hasłami jak: dobro ojczyzny, wzmocnienie obronności kraju i chwałę armii, a wszystko to na bazie „moich niewykorzystanych, niewątpliwych talentów i nieprzeciętnie wysokich kwalifikacji”.
Niezbyt pewny czy cała ta argumentacja poruszy nieczułe mózgi pryncypałów, gotowy walczyć do końca, jeszcze raz uruchomiłem procedurę drogi służbowej. Wręczyłem swojemu dowódcy spreparowane pismo, po czym znowu nadeszły długie tygodnie oczekiwania.

                         

                         12



Końcówkę lata mogłem nareszcie przeznaczyć na pierwszy mój prawdziwy, bo trzytygodniowy urlop wypoczynkowy. Lecz plany co do jego wykorzystania miałem mocno niesprecyzowane. Wiedziałem tylko tyle, że pojadę do Bydgoszczy. Nie chciałem wozić z sobą ciężkiego sprzętu do nurkowania wobec tego, dzień później, w rodzinnym domu zjawiłem się zaledwie z podręczną torbą. Akurat zastałem rodziców pakujących się do wyjazdu na niedzielną, daleką wycieczkę. - Ojciec dawno temu obiecał zabrać matkę do nie często odwiedzanego Ciechocinka swoją przechodzoną „Syrenką”. Teraz szykowali się z powagą godną nie wiadomo jak wielkiej wyprawy. Mnie natomiast, Ciechocinek kojarzył się z bliskim mu Aleksandrowem a ten, z niewidzianą od lat, ciągle niezapomnianą pierwszą miłością. Toteż zaproponowałem swój udział w wyjeździe, licząc na niezapowiedziane, szczęśliwe spotkanie.
Słoneczny niedzielny poranek następnego dnia wróżył udaną imprezę. - W tym miejscu muszę wyjawić powód, dla którego zabrałem się do opisywania tak błahego epizodu, jak wycieczka do Ciechocinka. Otóż miało się okazać, że jego skutki zdecydowanie zaważyły na moim życiorysie.

A skoro każda szanująca się opowieść musi zawierać wątek miłosny, to i w tej nie powinno go zabraknąć. Opowieść dotyczy miłości po trochu sztubackiej, po trochu wzniosłej, wielkiej, a i dramatycznie nieszczęśliwie szczęśliwej, i jak wszystko co u mnie, nieco nietypowej (a może tylko mnie się tak wydaje). Niemniej, zamierzam wrócić wspomnieniem jeszcze do lat szkolnych, kiedy to w któreś wakacje wraz z dwójką nieodłącznych przyjaciół Pawłem i Genkiem, jako drużynowy wybrałem się na obóz harcerski do odległego o sto kilometrów od Bydgoszczy Płochocina. Przypadek sprawił, że trzeciego dnia obozowania akurat Gienka i mnie oddelegowano - być może jako największych nierobów - do pomocy w zorganizowaniu kolonii zuchowej w pobliskim Warlubiu, gdzie gospodyniami kolonii były harcerki chełmińskiego liceum pedagogicznego.
Dziewczyny jak się patrzy, więc pod ich okiem nie można było się obijać. Świadomi powagi misji, by przygotować sale z mozołem taszczyliśmy na plecach z piętra na piętro ciężkie szkolne ławy. - Oczywiście, żeby przy okazji popisać się sprawnością i zaimponować siłą, bo jakże inaczej wzbudzić zaciekawienie, o ile nie zachwyt. Opłaciło się. Bowiem oprócz obfitego podwieczorku, zostałem obdarzony zainteresowaniem pewnej, z całą pewnością najładniejszej spośród rezydujących tam harcerek, wielkookiej, filigranowej, uczesanej w warkocz Basi. Jej uroda i sposób bycia były tak odurzające, iż po pierwszym wspólnym spacerze wiedziałem, że będzie to moja wielka miłość. Życie jako takie, a obozowe w szczególności, zapowiadało się więc cudownie. Niestety, kiedy następnego dnia swoją osobistą, jak uważałem, dziewczynę przedstawiłem Pawłowi, ten z miejsca oświadczył:
- Też jestem w niej równie ciężko zakochany i nie ma na to rady…
Jeszcze rozpaczliwie próbowałem pertraktować, ale nie pomogło. Był ode mnie przystojniejszy i bardziej doświadczony w amorach, wobec tego wiedziałem, że nie mam innego wyjścia, jak stłuc mu mordę. Zatem zabrałem się do sprawy bezzwłocznie. I mimo że w tej kwestii miałem przewagę, praliśmy się równo, zajadle, na samym środku placu apelowego. Rezultat był taki, że następnego dnia obaj zostaliśmy wylani z obozu. Tak skończyło się szczęście. Z podbitym okiem wróciłem do domu, by od tej chwili nieustannie tęsknić i rozmyślać o PIĘKNEJ BARBARZE.
Odwiedzałem ją parę razy w kolonijnej szkole, ale zajęta swoimi sprawami niewiele miała czasu dla zakochanego chłopaka.
Skończyło się lato i urwał kontakt. Czas pędził, a wakacyjna miłość zamiast blaknąć, trwała. Nie znając adresu, ani szkoły, ani domu, nie mogłem pisać. Wyrywałem się więc raz po raz na niespodziewane spotkania, to do Chełmna, to do Aleksandrowa, w którym miała ukryty wśród kwiatów i zieleni swój rodzinny domek. - Mnie jawiący się jako zaczarowany. W tej harcersko-szkolnej miłości wszystko było zaczarowane. Na niezapowiedzianych spotkaniach, niczym zjawa raz pojawiała się, raz nie. Kiedy udawało się ją zobaczyć, stawała się czymś nierzeczywistym. Nieomal niedotykalnym zjawiskiem, które jak gdyby w każdej chwili mogło zniknąć, rozpłynąć w powietrzu jak obłok. Po każdym spotkaniu długo nie mogłem uwierzyć, że stało się to naprawdę. Lecz nastawały dni, potem miesiące bez spotkań, pełne tęsknych marzeń.
Mój wyjazd do Grudziądza miał sprawić, że zapomnimy o sobie. Czas i odległość powinny zrobić swoje, a jednak nie. Nadeszła pora egzaminów maturalnych. Wiedziałem, że moja Baśka przeżywa właśnie egzaminacyjną gorączkę. Na przybliżony adres szkoły wysłałem list z gratulacjami pomyślnie zdanej matury. Na ślepo, ale z absolutną wiarą, że przecież nie może być inaczej. Po kilku dniach nadeszła kartka z podziękowaniami.
Od tej chwili poczta miała pełne ręce roboty.
Ja, który pisząc do domu ślęczałem godzinami nad listem, i żeby znaleźć temat do zapełnienia strony przepisywałem wojskowy rozkład dnia, teraz zacząłem tworzyć długie, pełne polotu dzieła. Co najbardziej niewiarygodne, pisałem je prawie codziennie, ale też prawie codziennie otrzymywałem odpowiedź. Znowu nastały piękne, słoneczne dni.
Naraz, jakieś niefortunne zdanie brutalnie przerwało wymianę korespondencji. Byłem zdruzgotany, gdyż od tego momentu powróciły  dni, potem miesiące, czarne, smutne, beznadziejne. I być może trwałyby one do końca świata, gdyby nie szczęśliwy przypadek, dzięki któremu niespodziewanie wybrałem się z rodzicami do Ciechocinka.
Na miejscu pomogłem rozłożyć się ojcu i matce nad przytężniowym basenem, a sam wsiadłem do pociągu, by po kilkunastu minutach jazdy wysiąść w Aleksandrowie.
I znowu, jak to już bywało, z łomoczącym sercem przechadzałem się pod magicznym domem nieuchwytnej dziewczyny. W rozgorączkowanej wyobraźni widziałem, jak otwierają się drzwi, a z nich wybiega i rzuca mi się na szyję moja najdroższa. Ale drzwi, jak były zamknięte, tak pozostały. Dokoła cicho i pusto, tylko zza płotu przyglądał mi się jakiś kilkunastoletni młokos ze wzrokiem mówiącym - a ty tu czego? Nie zagadnąłem, nie miałem odwagi zapukać, po prostu wróciłem na dworzec.
W południe znowu znalazłem się w Ciechocinku. Rodziców zastałem w miejscu w którym byli wcześniej rozlokowani. Nie wtajemniczałem ich w cel ani rezultat wyjazdu. Z głową jeszcze w chmurach ułożyłem się obok na piasku, aż nagle, moją uwagę przykuły dwie panienki, walczące nieopodal z rozłażącym się leżakiem. Serce stanęło mi w gardle. Czyżby jedna z nich to właśnie Barbara? Nie wierząc szczęściu podszedłem, by z głupia zaproponować pomoc. I nagle! Stało się coś, co widziałem tylko w swoich snach. Stojąca dotąd tyłem dziewczyna odwróciła się i, z radosnym okrzykiem autentycznie zawiesiła mi się na szyi. Wtedy po raz pierwszy ją pocałowałem. Od tej chwili stała się realna. - Był to, jak w bajce, pocałunek odczarowujący.
Już nie wróciłem tego dnia z rodzicami do Bydgoszczy. Zjawiłem się dopiero nazajutrz ku zgorszeniu matki. - Nie wiedziała biedna, że noc musiałem przesiedzieć samotnie na ciechocińskim dworcu. Na następne spotkania umawialiśmy się regularnie. Co tydzień lub dwa, przyjeżdżałem do Ciechocinka z odległego Grudziądza, by po wspólnie spędzonym dniu wracać do wojskowej codzienności. Ale też i do życia towarzyskiego, które… już zupełnie inaczej wyglądało.
Nasza wielka i piękna miłość zmieniła się po prostu w zwyczajne narzeczeństwo. Mało tego, pod koniec lata ustaliliśmy, że jeszcze tego roku weźmiemy ślub. Z jednej strony, przecież o to chodziło, z drugiej - żal było tęsknot, marzeń i radości sporadycznych spotkań. Ot, taka pokręcona proza poezji życia.
Z urlopu powróciłem do służby szczęśliwszy. Może jeszcze nie jako prawdziwy narzeczony, ale na pewno jako chłopak swojej dziewczyny, tej, która była marzeniem przez lata.
Póki co, w mojej „samochodówce” nadchodził finał kolejnego roku szkoleniowego. Nazbierało się roboty. Trzeba było intensywnie przygotowywać elewów do egzaminów, sprawdzianów i najrozmaitszych testów. Poza tym zwykłe wojskowe obowiązki. - Mimo to musiał się znaleźć czas, choćby jeden dzień w tygodniu, na wyjazd na Kujawy. Zbliżał się jednocześnie początek roku szkolnego. Do Grudziądza zjeżdżała młodzież, należało więc przygotować salę sportową dla wznowienia treningów. Nic dziwnego, że zabrakło już zapału na sporty wodne, a kontakt z wodniackim bractwem został mocno ograniczony.
Nagle, w moim rozgorączkowanym, pełnym obowiązków życiu wszystko, albo prawie wszystko przestało być ważne. Oto przyszła odpowiedź ze sztabu okręgu. Jeszcze raz, z takim samym zaaferowaniem i w takim jak wcześniej galopie przemierzyłem wydeptaną ścieżkę do kancelarii ogólnej. Tym razem kadrowiec z uśmiechem wręczał mi przysłane pismo.  Na gęsto zadrukowanej stronie bez trudu odnalazłem najważniejszą adnotację - zapisaną jak gdyby wielkimi literami. Informowała: „PRZENIEŚĆ DO SŁUŻBY W SIŁACH ZBROJNYCH MARYNARKI WOJENNEJ”. Hurrra!!! Znaczy, że jadę do Gdyni?!
Opuściwszy kancelarię kilka razy okrążyłem długość sztabowego korytarza, żeby pozbierać rozbiegane, pełne radosnego podniecenia myśli. Nagle świat dookoła nabrał niewyobrażalnej rozległości. Zobaczyłem nie tylko Gdynię. Zobaczyłem bezkres morza, okręty i siebie, płetwonurka w marynarskim mundurze. Ze wstydem teraz przyznaję, że to, co mnie dotychczas otaczało, zrobiło się naraz tymczasowe, gdyż termin rozstania był nieodwołalnie przesądzony.
Równocześnie - jak gdyby na przekór radosnemu uniesieniu - zrobiło mi się żal uroczego Grudziądza. Miasta, które żyło w tak nieprawdopodobnej przyjaźni ze mną i z całym wszechobecnym tutaj wojskiem. Inna sprawa, jeszcze przedwojenna tradycja tworzyła tą swoistą symbiozę. Tu funkcjonowały kiedyś szkoły oficerskie. Stąd wywodzili się słynni piloci i znani kawalerzyści - być może też niebawem i …płetwonurkowie? Imponowała mi bogata historia szacownego grodu wraz z jego fortami, spichrzami i przesympatycznymi ludźmi. - Za parę dni, wszystko co tutaj przeżyłem miało stać się dla mnie przeszłością, a wiele serdecznych przyjaźni dalekim wspomnieniem.
Jeszcze nie ochłonąłem, a już wyznaczono mi termin rozliczenia się z obowiązków, a także częściowo z sortów mundurowych. Nastał czas pakowania, uroczystych pożegnań z kolegami i przygotowań do zmiany adresu. Godność trenera-szkoleniowca sekcji judo - z należnym ceremoniałem przekazałem Włodkowi. Do Bydgoszczy, poza niezbędną odzieżą, wywiozłem cały swój dobytek,.
A rankiem 20 września 1966 roku, ze służbową walizką w ręku i stosownymi dokumentami w kieszeni maszerowałem na grudziądzki dworzec - ten sam, na którym z taką grozą i rozpaczliwym poczuciem krzywdy wysiadałem trzy lata wcześniej.


               KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ



              









              

                      



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz